piątek, 17 sierpnia 2012

Rozdział V
Promienie Słońca wpadały do środka, oświetlając cztery stoły i odbijając się od dzbanów, talerzy oraz półmisków. Po pomieszczeniu roznosiły się rozkoszne zapachy.
W Wielkiej Sali panowała radosna atmosfera; uczniowie śmiali się, żartowali z siebie nawzajem i rzucali w siebie zwiniętymi kartkami, z których wyskakiwały pająki - był to nowy wynalazek George'a Weasley'a. Woźna, Edna Flores, ujmując to delikatnie, dostawała szału. Była jak Filch w spódnicy, wszyscy więc nazywali ją nazwiskiem jej poprzednika, czego jakimś cudem jeszcze nie wiedziała. Zachowywała się opryskliwie i to nawet dosłownie: krzycząc na uczniów, pluła na nich - celowo, przypadkowo, różne krążyły opinie, jednak ona broniła się brakiem zęba.
Po śniadaniu opiekunowie domów chodzili wzdłuż stołów i rozdawali uczniom plany lekcji. Jak się okazało, opiekunką Gryffindoru była nadal profesor McGonagall, która ze względu na wiek zrezygnowała z posady zastępcy dyrektora, lecz wciąż nauczała. Jak na swoje lata miała wyjątkowo prostą sylwetkę, ale zmarszczki niczego nie ukrywały.
Zanim przybyłam do Hogwartu zrobiłam coś, co większości mugoli zapewne nie mieściłoby się w głowie - zrezygnowałam z zabrania komórki. Zobowiązałam się więc, iż jak najszybciej wyślę rodzicom list opisujący podróż i pierwsze wrażenia. Napisanie go zostawiłam na później, bo teraz moje myśli zaprzątało dostanie się do klasy zaklęć razem z Aleshą. Co jakiś czas spoglądałam na swój szkarłatno-złoty krawat, pękając z dumy.
Po kilku minutach dotarłyśmy pod niskie, dębowe drzwi (zapewne pozostałość po obecności Flitwicka), pochylając głowy, aby wejść do środka. Profesor Russell odpowiedziała na nasze powitanie skinieniem głowy zza okazałego biurka i dalej rozglądała się po klasie. Połowa uczniów nadal nie dotarła, co mnie uspokoiło. Ja i moja przyjaciółka zajęłyśmy miejsca w środkowym rzędzie i wyjęłyśmy podręczniki, pergaminy, pióra oraz różdżki. Jako że bardzo stresowałam się pierwszymi lekcjami w Hogwarcie, przeczytałam kilka tematów z książek i wiedziałam już, czego dotyczyć będzie lekcja. Dyskutowałam o tym z Aleshą, a na sali przybywało uczniów. W końcu nauczycielka powstała z miejsca i rozpoczęła zajęcia:
- Witam wszystkich na pierwszej godzinie zaklęć w tym roku szkolnym. Nazywam się profesor Edith Russell i od razu na wstępie mogę was zapewnić, iż jestem cierpliwa, ale i to ma swoje granice. Nie życzę sobie chodzenia po klasie, rzucania zaklęć na siebie nawzajem jeśli nie wymaga tego przerobienie tematu oraz nie chcę słyszeć żadnych obelg pod adresem innych. Możecie rozmawiać, kiedy ja nie mówię do nas i o ile sami mówicie cicho. Zgadzacie się? - po czym, nie czekając na odpowiedź, rzuciła: - Tak, zgadzacie się, bo w tej sytuacji nie macie nic do powiedzenia. Zaczynamy lekcję.
Kiedy podchodziła do tablicy, uczniowie wymieniali między sobą zdziwione spojrzenia. Nie spodziewałam się takiego zachowania Russell, kiedy spotkałam ją w wakacje.
- Dziś rozpoczniemy poznawanie zaklęcia Wingardium Leviosa. A oto - ręką wskazała znak namalowany na tablicy. - wzór, który powinniście naśladować ręką, aby rzucić to zaklęcie. Musicie się skupić, łatwo coś przez nieuwagę podpalić. - zmierzyła nas srogim spojrzeniem, jakby chciała dać do zrozumienia, że takie wypadki nie będzie mile widziane. - Każdy ma wyjąć sobie coś lekkiego do ćwiczeń: pióro, kawałek pergaminu, byleby nie było możliwości by ktoś dostał czymś ciężkim w głowę. Kiedy rzucicie zaklęcie, prowadźcie swoje rzeczy różdżką po klasie. No, zaczynamy.
Ja i Alesha położyłyśmy przed sobą nasze pióra, chwyciłyśmy różdżki i zabrałyśmy się do ćwiczeń. Na początku uważnie przyglądałam się symbolowi na tablicy, aby wzrokowo zapamiętać jego kształt, po czym skierowałam swoją uwagę na pióro. Nie okazało się to takie łatwe, jak przypuszczałam. Machanie patykiem i wypowiadanie formuły mogłoby się wydawać banalne, jednak moje pierwsze poważne podejście do czarów pod okiem nauczycielka nie szło tak gładko. Po minie przyjaciółki i jej ukradkowych spojrzeniach na innych uczniów wywnioskowałam, iż ona myśli tak samo jak ja.
Za piątym razem, kiedy wypowiedziałam Wingardium Leviosa, pióro drgnęło. Napełniło mnie to nadzieją i determinacją. Skupiłam się mocno na zadaniu, lecz przez kilka następnych prób  nie posunęłam się ani trochę do przodu. Spojrzałam na Puchonów. Jeden z nich, gruby i z małymi oczami, był czerwony z wysiłku i ruszał szybko różdżką w sposób, który w ogóle nie przypominał wzoru. Tłumiąc śmiech, odezwałam się do Aleshy:
- Chyba nie tego się spodziewałyśmy, co?
- No, tego na pewno nie. - wskazała na swoje pióro, które przesuwało się w lewo i w prawo po stoliku, co niewątpliwie bardzo rozpraszało.
Profesor Russell, spacerująca między ławkami, zlikwidowała problem mojej przyjaciółki krótkim machnięciem różdżki.
Po dwudziestu minutach już tylko gruby Puchon nie zrobił postępów. Pióra moje i Aleshy unosiły się na wysokość dziesięciu centymetrów, a przedmioty należące do innych co najmniej drżały w miejscu. Po połowie lekcji udało się nam prowadzić pióra magią po klasie, za co zarobiłyśmy po dziesięć punktów dla naszego domu.
Następne były eliksiry. Idąc do klasy, spotkałyśmy Phoebe i Rebeccę, i opowiedziałyśmy im o swoich przeżyciach na zaklęciach. Pochwaliły nas za sukcesy oraz przyznały, iż Russell faktycznie jest z zachowania bardzo podobna do McGonagall, ponieważ wzoruje się na niej odkąd zdała sobie sprawę, jaka nauczycielka transmutacji jest szanowana. Wcześniej Russell była nerwowa i wiecznie spięta.
Schodząc do lochów, czułam ciarki na plecach. Co prawda eliksirów już z pewnością nie nauczał Snape (Zresztą, czy spotkanie kolejnej wielkiej postaci byłoby aż takie złe? Nawet jeśli byłby to Severus Snape?), ale i tak atmosfera była mroczna i tajemnicza. Powoli odchyliłam niedomknięte drzwi klasy i zajrzałam do środka. Wśród stolików, kociołków, słoików z wieloma niezachęcającymi ingrediencjami kręcili się Gryfoni i Ślizgoni. Oczywiście, nie kręcili się między sobą nawzajem - każdy dom trzymał się swoich, rzucając jedni na drugich pogardliwe spojrzenia. Zastanowiło mnie, ile jest w tym uzasadnionej niechęci, a ile tradycji, ale wówczas jakaś Ślizgonka z zadartym nosem rzuciła we mnie zza odwróconego do nas tyłem profesora okiem traszki i wtedy przestałam się zastanawiać.

Nauka szła mnie i Aleshy na ogół bardzo dobrze. Moim jedynym problemem do tej pory była historia magii, a problemem Aleshy zielarstwo. Żadna z nas nie szalała na punkcie opieki nad magicznymi stworzeniami, ale robiłyśmy dobą minę do złej gry z powodu Hagrida. Doceniałyśmy jego pasję, jak większość Gryfonów i paru nielicznych Krukonów.

Dzień minął szybko. Wieczorem po kolacji wszyscy zmierzali do swoich pokojów wspólnych, śmiejąc się, rozmawiając, a uczniowie klas starszych - ziewając. Ja wracałam z Remy, która wysłuchiwała cierpliwie mojego podekscytowanego głosu, opowiadającego o pierwszym dniu w Hogwarcie. Spojrzenie miała przy tym rozbiegane, jakby kogoś szukała na ruchomych schodach, ale odpowiadała na wszelkie moje pytania, więc miałam pewność, iż uważała.
Przeszłyśmy przez dziurę za portretem Grubej Damy i rozdzieliłyśmy się - ja ruszyłam w stronę Aleshy, Phoebe i Rebecki, które rozsiadły się w fotelach przy kominku i odrabiały lekcje; Remy poszła do dormitorium po torbę z podręcznikami. Moja leżała na parapecie, pomiędzy dwoma kotami. Wzięłam ją stamtąd, pomimo pełnych oburzenia miauknięć i usiadłam na kanapie koło przyjaciółki. Była już w połowie zadania z zielarstwa, zaciskając usta i ciągle stukając w pergamin różdżką, żeby pozbyć się błędów i kleksów. Idąc w jej ślady, wyjęłam niezbędne przedmioty i po zorganizowaniu sobie miejsca wśród cudzych kałamarzy i książek, zabrałam się do pracy. Umiałam odpowiedzieć na sporą część pytań, na widok czego Alesha rzucała w moją stronę zazdrosne spojrzenia. Role odwróciły się, gdy przyszła kolej na historię magii.
Phoebe i Rebecca już dawno uporały się ze swoimi lekcjami (kiedy my zastanawiałyśmy się, czy pierwsze profesjonalne różdżki pojawiły się na początku czy w połowie starożytności) i poszły do swojego dormitorium. Wtedy fotel najbliżej kominka zajęła Remy, słuchając z uśmiechem naszej dyskusji.
- Może sprawdzicie w podręczniku? - zaśmiała się.
- Myślisz, że tego nie zrobiłyśmy? - spytała z oburzeniem Alesha. - Tylko że tam nie ma o tym mowy! Jest tylko Pierwsze profesjonalne różdżki, dobierane długością do czarodzieja według różnych rozmiarów jego części ciała, przede wszystkim wzrostu i obwodu głowy, wytwarzał Nicolas Gamerin w starożytności. - wyrecytowała z pamięci. - A w pytaniu jest, czy na początku czy w środku starożytności.
Remy przez jakiś czas na nią patrzyła, jakby jej nie widziała. W świetle tańczących płomieni jej zielone, zamyślone oczy zdawały się szkliste i puste. Zaraz jednak się otrząsnęła i powiedziała:
- Gdyby nie to, że ja miałam w pierwszej klasie inne podręczniki, to pewnie mogłabym wam pomóc. Jak nie macie jutro historii magii, to możecie to odłożyć i sprawdzić w bibliotece. 
- Właśnie problem w tym, że mamy. - jęknęła.
- Ale dopiero po przerwie na drugie śniadanie. - przypomniałam. - Po prostu zamiast do Wielkiej Sali pójdziemy wtedy do biblioteki, poprosimy bibliotekarkę o pomoc i dopiszemy ten jeden punkt. - ziewnęłam. - A teraz, jeśli nie macie nic przeciwko, pójdę już spać. Dobranoc. - zaczęłam się podnosić.
- Zaczekaj. - niemal rozkazującym tonem rzuciła Remy. - Chciałam o czymś z tobą porozmawiać. 
Ja i Alesha spojrzałyśmy na nią zaciekawione. Usiadłam z powrotem na swoim miejscu, odgarniając grzywkę sprzed oczu.
- Słucham.
Remy spojrzała niepewnie na Aleshę, ale dałam jej do zrozumienia, iż nie ważne, co chce mi powiedzieć, może to zrobić przy niej. Otrzymawszy owo przyzwolenie, wyciągnęła w moją stronę otwartą dłoń, na której spoczywała łuska.
Łuska, którą znalazłam dziś rano pod poduszką.
Przez chwilę nie mogłam oderwać od niej wzroku. Hipnotyzowała swoją błyszczącą powierzchnią oraz soczystą zielenią...
- Skąd to masz? - spytałam, starając się, by mój głos się nie zachwiał. 
- Leżała na twoim łóżku. Miałam sprawę do Amandy Hayes, więc odwiedziłam wasze dormitorium. Ciebie i Aleshy już tam nie było. Zobaczyłam jakąś lśniącą plamkę na twojej pościeli i... - urwała na moment. - To było właśnie to.
Kiedy nic na to nie powiedziałam, spytała:
- Skąd się tam wzięła?
Powierciłam się na kanapie, która nagle zrobiła się bardzo niewygodna.
- Też chciałabym to wiedzieć.

W pokoju wspólnym została już tylko nasza trójka oraz Phoebe i Rebecca, które dołączyły akurat wtedy, kiedy zaczęłam swoją opowieść. Wspomniałam o wszystkim, włączając w to tajemniczego kruka. Remy nie widziała na moim łóżku pióra, ale niczego tam nie szukała, więc nie można było stwierdzić, czy ono jeszcze tam jest.

Skończyłam koło jedenastej. Dziewczyny z początku milczały, patrząc jedna na drugą. Rebecca bezwiednie owijała sobie loczek wokół palca, Phoebe bawiła się palcami, a Alesha przygryzała wargę. 
Remy pochyliła się do przodu, oparła łokcie na kolanach i zakryła twarz dłońmi.
- Tylko nie znowu... - szepnęła.

- Phoebe i Rebecca zapewne doskonale pamiętają wydarzenia ubiegłego roku, tak jak ja. - rozpoczęła Remy, lecz zamiast patrzeć na nas, obserwowała ogień w kominku tym samym niewidzącym spojrzeniem, którym wcześniej obdarzyła Aleshę. - Trudno zapomnieć o czymś takim. Wszystko zaczęło się dość niepozornie. Jim Travis z Hufflepuffu wciąż próbował wszystkich przekonać, że prześladują go węże. Nikt mu nie wierzył, Jim lubił sobie ze wszystkiego i wszystkich żartować, cień powagi pojawiał się na jego twarzy jedynie w czasie egzaminów. W każdym razie Travis znalazł sobie garstkę kolegów, którzy mu uwierzyli. Reszta go wyśmiała, bo nikt nie widział na terenie Hogwartu ani jednego żywego węża. Chłopak nie dawał za wygraną: opowiadał, jak to owe gady syczały mu do uszu, gdy spał i budził się wśród łusek. Raz zobaczył ogon węża znikający za drzwiami dormitorium chłopców. Nie potrafił znaleźć powodu tych prześladowań. Z początku często odwiedzał skrzydło szpitalne, ale zaniechał tego, gdy podawane mu eliksiry przeciw omamom nie dawały rezultatów. - przerwała, nieświadomie wyjęła gąbkę wystającą z dziury w fotelu i ciągnęła dalej: - Pewnego dnia podczas opieki nad magicznymi stworzeniami, wiem, bo razem chodziliśmy na te lekcje, krzyczał, iż widzi na drzewach Zakazanego Lasu dużego, wiszącego na gałęziach węża. Wrzeszczał z przerażenia, aż Hagrid podniósł go i zaniósł siłą do opiekuna domu. Nikt poza nim tego węża nie zobaczył... - łzy napłynęły jej do oczu, pociągnęła nosem. - Dwa dni później, po eliksirach, poprosił mnie, żebym poszła z nim do Izby Pamięci, bo po ostatnim szlabanie zostawił tam sweter. Nie mogłam mu towarzyszyć, miałam iść do Russell. Wieczorem znaleziono ciało Jima wśród pucharów i medali. Jego rodzice byli zrozpaczeni, ich córka miała tego roku iść do Hogwartu, ale zapisali ją do jakiejś szkoły w Irlandii, byle daleko od tego miejsca... - głos jej się załamał.
Przez pięć minut żadna z nas się nie odzywała, jakbyśmy bezgłośnie zmówiły się, by uczcić pamięć Jima chwilą ciszy. Po twarzy Remy ciekły łzy, ale nie szlochała. Wyczarowała sobie chusteczkę i wydmuchała nos, a my starałyśmy się na nią nie patrzeć. Było coś dziwnego w płaczącej Remy. Płacz do niej nie pasował, wydawała się silna, złośliwa i pewna siebie, z wysoko podniesioną głową przyjmująca to, co przynosił los...
- Jim... - odezwała się. - ... był świetnym kolegą, bardzo go lubiłam, nie można się było z nim nudzić... Zawsze wiedział, co powiedzieć, żeby kogoś rozśmieszyć, nawet McGonagall... - skierowała wzrok na mnie. - I lubię też ciebie, Rose. Więc kiedy znalazłam tę łuskę na twoim łóżku... - krople w jej oczach zabłysły - Po prostu... uważaj na siebie. - szepnęła i nie mogąc znieść dłużej sytuacji, oddaliła się do dormitorium bez pożegnania.

Tej nocy nie mogłam zasnąć, podobnie jak Alesha. Siedziałyśmy na moim łóżku, szepcząc do siebie, dzieląc się odczuciami, w których dominował strach.
Alesha przyznała, że tata nie chciał puścić jej do Hogwartu, bo znał historię Jima, ale ona mu się postawiła. Nie bała się wtedy, kiedy wydawało jej się to mało realne, ale teraz...
- ... ale teraz, kiedy mam świadomość, że moja przyjaciółka jest w niebezpieczeństwie, dociera do mnie najdrobniejszy szczegół. Och, Rose, coś trzeba zrobić, coś trzeba wymyślić...
Poklepałam ją po ramieniu, a ona zakryła usta dłonią, tłumiąc szloch.
- Alesha... - przełknęłam ślinę. - Ja wiem, że to jest straszne. Wiem to chyba nawet lepiej od ciebie, chociaż jeszcze nie do końca to do mnie dotarło... Ale jednej rzeczy jestem absolutnie pewna. To nie minie samo z siebie. Temu trzeba się postawić. Nie krzyczeć, nie obnosić się z tym, jak to zrobił Jim. - podałam jej chusteczkę, bo zobaczyłam jej pierwsze łzy. - Wiesz, co jeszcze myślę?
Pokręciła głową.
Nie wiedziałam, co mnie do tego podkusiło, skąd wzięła się u mnie ta cała odwaga i pewność, żeby tak postąpić.
- Skoro... Skoro i tak niebezpieczeństwo jest ogromne... Być może śmiertelne... To nie zamierzam czekać na to w łóżku, śpiąc. Trzeba coś zrobić. Skoro Jim widział węże i w końcu umarł w tajemniczych okolicznościach, to myślę, że trzeba... Trzeba... - zaczerpnęłam głęboko powietrza. - Myślę, że trzeba odwiedzić Komnatę Tajemnic.
Alesha wybałuszyła oczy.
______________________________________________________________________

Przepraszam, że dodanie nowego rozdziału zajęło mi tyle czasu. Przez kilka dni odkładałam to na później, potem byłam nad morzem, a potem absolutnie pochłonęło mnie kibicowanie naszym siatkarzom na Igrzyskach. Później zastanawiałam się, co by tu napisać i tak minął mi cały miesiąc z hakiem.
Niestety, nie mogę obiecać, że odtąd rozdziały będą pojawiały się częściej, ponieważ zbliża się wrzesień. Poza tym znam siebie, nie zawsze mam wenę na zawołanie.
Ostatnio wciągnęły mnie testy na dom w Hogwarcie, chociaż pottermore.com już wyraziło swoją opinię. Ciekawym polecam właśnie wspomnianą przed chwilą stronę oraz test: http://hogsmeade.pl/hat.php , który na początku wydał mi się niezbyt obiecujący ze względu na pytania o ulubione kolory, ale jako że wybrałam niebieski i srebrny, a trafiłam do Gryffindoru, nie sądzę, by miało to jakoś specjalnie duże znaczenie. W komentarzach możecie pisać, co Wam wyszło :)
Pozdrawiam i proszę o cierpliwość ;)

5 komentarzy:

  1. ach!! warto było tyle czekać :D jestem ciekawa co się stanie dalej... :D czy teoria mojej koleżanki będzie trafna co do tego węża i kruka :D
    czekam na następne rozdziały :) to co piszesz jest świetne :)
    i na tej str. wyszedł mi Gryffindor :D ach jestem z siebie dumna :)

    OdpowiedzUsuń
  2. hahaha jeah!!! Doczekałam się Ever!!! coś tak czułam że dzisiaj sie pojawi coś nowego....;D
    czekam no to co sie zdarzy dalej....
    i mam wielką nadzieję że puszczą 31 sierpnia harrego pottera i księcia półkrwi na TVN-ie
    mi też wyszedł gryffindor;D
    weny życzę ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Super rozdział:)
    Mi też wyszedł griffindor (chyba wszystkim tak wychodzi-to pewnie przez ostatnie pytanie)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, też miałam takie podejrzenia, ale tak nie jest. Sama sprawdzałam i zaznaczałam w ostatnim pytaniu każdy z domów po kolei, nie zmieniając odpowiedzi na wcześniejsze pytania i wychodził mi Gryffindor tak czy tak :)

      Usuń
  4. Łał genialny rozdział. Właściwie przed chwilą znalazłam twój blog i od razu się zakochałam w twoim stylu pisania, niezwyłuch bohaterach i fabule. Jestem jak najbardziej ZA. Genialne, genialne. ^.^
    Na pewno będę wpadać na nowe rozdziały i komentować. :)
    Jeśli chodzi o domy, to ja zwykle ląduję w Ravenclaw i właściwie jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu. :D
    No, to wszystko. :)
    Jakbyś miała czas i ochotę to zapraszam do mnie. :)
    http://fantasies-sherry.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń