Rozdział II
Tej nocy nie spałam spokojnie, choć trzeba przyznać, iż cudem w ogóle zasnęłam. Wiatr świszczał wokół domu, gałęzie wysokiego dębu rosnącego przed moim domem uderzały o okna i rzucały swoje cienie na dywan. Owe czarne plamy w moim oświetlonym Księżycem pokoju tworzyły makabryczne kształty, przypominające sięgające po mnie szpony.
Krucze szpony - myślałam ze zgrozą.
Budziłam się co godzinę. Przyglądałam się im wtedy, przekonując samą siebie jak idiotyczne są takie skojarzenia. To gałęzie. To tylko gałęzie...
Około czwartej nad ranem, gdy już zaczynało świtać, wstałam z łóżka, znalazłam swój aparat i próbując nawet nie zerknąć na straszne zdjęcie, usunęłam je. Mimo moich usilnych starań, obraz mignął mi przed oczyma. Wzdrygnęłam się.
Nikomu nie powiedziałam o tym zdjęciu. Nie chodziło mi o to, że rodzina mogłaby mi nie uwierzyć. Bałam się im tego pokazać, ponieważ nie chciałam, by inni przypominali mi później o istnieniu potwora. Chowając odkrycie przed nimi, zasłaniałam się przed tym faktem nadzieją, że coś mi się przywidziało.
Że to był tylko zły sen.
Po usunięciu zdjęcia nie miałam już żadnych dowodów, nawet dla siebie.
Rano obudziłam się z przekonaniem, iż to był jedynie kolejny bezsensowny koszmar.
Przez miesiąc żyłam w spokoju. Spotykałam się z przyjaciółkami, zarzucając im zawsze wysłanie mi fałszywego listu z Hogwartu. One tylko patrzyły po sobie, pytając siebie nawzajem spojrzeniem To ty?. Nie wierzyłam im.
Wykonywałam swoje obowiązki, znajdowałam sobie rozrywkę, rysowałam, pisałam... I przede wszystkim marzyłam - o magii, zamku, latających miotłach oraz sekretnych przejściach. Świat będący fantazją dzieciństwa niespodziewanie się pokazał i równie szybko zniknął...
- Rose, otwórz! - zawołał na dźwięk dzwonka do drzwi robiący kolację tata.
Oderwałam się od ulubionego serialu i poszłam wypełnić polecenie. To był wczesny wieczór, promienie schylającego się już ku horyzontowi Słońca wpadały przez małe okienko nad wejściem, więc nie musiałam zapalać światła w przedsionku. Rzuciłam okiem przez wizjer. Na zewnątrz stało dwoje ludzi, mężczyzna i kobieta. Rozglądali się niespokojnie po podwórku, jakby byli na niebezpiecznym, obcym terenie.
- A może to coś służy do czegoś innego? - spytała kobieta, wskazując ruchem głowy na dzwonek.
- Nonsens, Edith. - odparł mężczyzna. - To właśnie służy mugolom do informowania domowników o swoim przybyciu. Anthony mi tak powiedział, a on przecież pracuje w Urzędzie Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli. Zna się.
Zawahałam się. To mógł być kolejny żart dziewczyn, ale nie wypadało nie otworzyć. Uchyliłam drzwi tak, by było widać całą moją twarz i odezwałam się:
- Dzień dobry.
- Witamy, witamy. - odpowiedział ponaglająco mężczyzna. - Ja jestem Charles Bell, a to Edith Russell. Mamy pilną sprawę do panienki. Możemy wejść?
- Do mnie? - zdziwiłam się. - No cóż... - zastanowiłam się. - Dobrze, proszę.
Odsunęłam się, a oni weszli do środka, oglądając uważnie lampę na suficie.
- Tato! - zawołałam. - Mamy gości!
- Więc mówią państwo - podsumowała grzecznie moja mama. - że moja córka jest czarownicą?
- Tak. - przyznał Bell. - Mugolakiem. Sprawdziliśmy dokładnie drzewo genealogiczne Rose i odnaleźliśmy jeszcze jednego mugolaka w rodzinie, ale to bardzo daleka kuzynka. Mówiąc szczerze, to i tak zaskakujące zjawisko, dwie czarownice pochodzące w linii prostej od jednego mugola...
- Nie, żebyśmy jeszcze się z tym nie spotkali. - przerwała mu Russell. - Ale był to tylko jeden raz.
- Pan jest Ministrem Magii, a pani jedną z nauczycielek z Hogwartu, dobrze zrozumiałem? - tym razem odezwał się tata.
- Tak. - odparli jednocześnie.
- Póki co mam tylko jedno pytanie. - tata miał nieufną minę. - Dlaczego mielibyśmy w to uwierzyć?
Goście wymienili spojrzenia. Minister odchrząknął i zaproponował:
- Moglibyśmy to państwu z łatwością udowodnić. Obawiam się jednak reakcji na to, co musielibyśmy zrobić.
- Co zrobić? - dociekali rodzice.
- Jak to co? - czarodziej poprawił się w fotelu i zerknął niespokojnie na radio znajdujące się na półce obok niego. - Czarować.
Po tym zdaniu spodziewałam się ciszy, ewentualnie cienia kpiny. Tata jednak skinął głową i udzielił pozwolenia.
Pani profesor Russell sięgnęła do swojej torebki, pogrzebała w niej przez chwilę, mrucząc jednocześnie pod nosem, jakie to mugolskie akcesoria są nieporęczne i źle zaprojektowane, a potem wyjęła długą, nierówną różdżkę. Rozejrzała się po pokoju, wyraźnie szukając czegoś, co nie miało nic wspólnego z elektroniką. Jej wzrok spoczął na biblioteczce. Wyciągnęła w jej stronę różdżkę i z pewną siebie, dumną miną wypowiedziała głośno i wyraźnie Wingardium Leviosa.
Najgrubsza książka z całej szafki powoli wysunęła się z rzędu innych, uniosła się nieco, po czym całkiem się oswobodziła. Profesor Russell prowadziła ją magią gdzie jej się zachciało - nad naszymi głowami, za okno i z powrotem... Na sam koniec książka poszybowała ku niej, a ona złapała ją w locie i podała tacie.
- Wystarczy? - zapytała, ale raczej nie spodziewała się zaprzeczenia, bo schowała różdżkę.
- W zupełności. - przyznałam za zaskoczoną rodzinę.
- Więc są jeszcze jakieś nieścisłości?
- Tak. - znów się odezwałam. - Dlaczego teraz? W listopadzie kończę piętnaście lat. Dlaczego więc nie cztery lata temu?
Russell przygładziła dłonią swój ciasny kok, zastanawiając się jak zacząć. W końcu wpadła na pomysł.
- Czytałaś Harry'ego Pottera?
Pokiwałam głową.
- Więc zapewne znasz przebieg, a przede wszystkim skutki bitwy o Hogwart?
- Tak. Wygrana Harry'ego nad Voldemortem.
Minister i nauczycielka wzdrygnęli się. Zmarszczyłam brwi.
- Co jest takiego strasznego w tym imieniu? To znaczy wiem, że jego właściciel był potworem, ale to tylko powieść...
- Nie. - Bell pokręcił głową. - Posłuchaj, Rose. To wszystko - od części pierwszej po siódmą – to prawda. To wszystko się wydarzyło. Ci wszyscy bohaterowie żyli naprawdę, a pan Potter, pan Weasley i, cóż, obecnie pani Weasley żyją nadal. Jak wielu ich rówieśników.
Szczęka mi opadła. Zaniemówiłam. Patrzyłam na Bella tak tępo, jak jeszcze nigdy na nikogo. Trwało to tak długo, że zaczął się niespokojnie wiercić w fotelu, ale ja wciąż nie rozumiałam tego, co powiedział.
- A... N-no... Dobrze. - Wyjąkałam. - Ale co to ma wspólnego z progiem wiekowym w Hogwarcie?
- Ma to - Russell przybrała przygnębioną minę. - że po bitwie, pomimo zwycięstwa Pottera, była cała masa ofiar. W większości były to jednak małe dzieci. Osoby poniżej czternastego roku życia. Dlaczego się nie obroniły, skoro już nauczyły się wielu pożytecznych zaklęć? Nie udało im się to, gdyż małe dzieci nie potrafią zachować zimnej krwi w takich momentach. Nie potrafią stawić czoła groźnemu przeciwnikowi z chłodnym myśleniem. W wielu przypadkach winą była też ich siła fizyczna, jej marność w porównaniu ze śmierciożercami - choć tu mam na myśli głównie pierwszorocznych. Dlatego dyrektor i nauczyciele po odnowieniu Hogwartu stwierdzili, że do poznawania świata magii, a co za tym idzie również wkraczania w niebezpieczeństwo należy dopuszczać osoby po czternastym roku życia. Są bardziej opanowane w razie zagrożenia.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Kiedy czytałam o walce z Voldemortem i o ofiarach w postaci uczniów czułam grozę. Ale teraz... Czułam przerażenie.
- Czy nadal... - wystraszyła się mama. - Czy nadal jest tak niebezpiecznie?
- Oczywiście czasy są już dużo pewniejsze. - załagodziła. - Nikt podejrzany od lat nie przekroczył progu naszej szkoły. Nie możemy jednak zmienić starych postanowień. Wszystkie szkoły magii na świecie wprowadziły takie same zmiany, więc odstawanie od nich byłoby bezsensowne, nie mówiąc już o zamieszaniu - jedenastoletnie dzieci z piętnastolatkami w jednej klasie? Szaleństwo. Mogę zapewnić, że już nic nikomu nie grozi, wiek nie jest teraz granicą spokoju, lecz nową zasadą.
- Nie zgadzam się. - powiedział tata. - Rose nie pójdzie do szkoły, w której dzieją się takie rzeczy.
- Proszę pana. - Bell pochylił się w jego stronę. - Wiem, że mugolowi ciężko puścić dziecko na obcy, magiczny teren. A pan powinien się dowiedzieć, że tak trzeba. Rose ma ogromy potencjał. Wiemy, że już od dawna przeczuwa, co wydarzy się w przyszłości. To niesamowita oznaka talentu. A gdybym chciał być niegrzeczny, mógłbym okrutnie powiedzieć, że państwa zdanie nie ma tu nic do rzeczy. Tu liczy się zgoda samej Rose.
- Z jakiej racji? - zaprotestował. - Przecież jak jej nie pozwolimy, to nie zniknie od tak, pstryk! i już w Hogwarcie.
Minister magii wstał. Spojrzał po kolei na każdego z nas, po czym obrócił się dookoła, skoczył do przodu i... zniknął. Rodzice wyraźnie się spięli.
- Tu jestem. - dobiegł zza naszych pleców głos.
Obróciliśmy się i zobaczyliśmy nikogo innego, jak samego Bella, wracającego z wyniosłym wyrazem twarzy na swoje miejsce i otrzepującego długi płaszcz.
- Teraz widzi pan - zwrócił się do taty. - że pana córka jak najbardziej może zniknąć od tak, pstryk! Z tym, że nie musi. To jej decyzja. Muszę pana jednak zapewnić o jednej rzeczy. Obserwowaliśmy każdego mugolaka. Rose jest jedną z tych zdolniejszych osób, potrafi jasno myśleć w każdej sytuacji. Jej miejsce jest wśród czarodziejów. Powinniście jej państwo na to pozwolić. Nie dlatego, że tego pozwolenia specjalnie potrzebujemy, ale dlatego, że jej sumienie i wasz również tego potrzebują.
Zapadła cisza.
- Jack... - odezwała się moja mama. - Chyba powinniśmy... Zgodzić się.
- Dlaczego?
- Nie widzisz tego po niej? Ona ma niespotykane zdolności. Często to zauważałam, ty na pewno też. Poza tym... Ona nie wie, kim być w przyszłości. Żaden... jak to było? Mugolski kierunek jej nie pasuje. A to jest ogromna szansa.
Tata patrzył się na mamę, a w jego oczach wszystko było widać: przeciw, wahanie, niepokój, a na sam koniec...
- Zgoda. - westchnął. - Ja się zgadzam.
Wszyscy skierowali swoją uwagę na mnie. Rodzice w napięciu, a czarodzieje z wyczekiwaniem. To była dla mnie wielka chwila. Mogłam dostać się do świata, w którym było pełno niespodzianek, tajemnic, przygód, a przede wszystkim...
Magii.
- Ja również się zgadzam. - wyszeptałam.