niedziela, 30 grudnia 2012

Rozdział VII
Słońce świeciło ostro, niepowstrzymywane nawet przez jedną chmurkę. Z Zakazanego Lasu słychać było krakanie i pohukiwanie różnych ptaków, ale jeszcze nigdy moich uszu nie dobiegło  żadne pochodzące stamtąd ćwierkanie. Widać pogodniejsze stworzenia traciły tam wesołość.
Pogładziłam Nimbusa 1000 z 1999 roku, najlepszą miotłę jaką dysponowała szkoła i którą jakimś cudem profesor Dominic Hawkins mi pożyczył, pomimo przykrej świadomości, co może z nią zrobić Rose Light, nieświadomy cyrkowiec. Na pewno Nate maczał w tym palce, w końcu członkowi drużyny quidditcha nauczyciel latania na miotle mógł zaufać.
- To jak? - usłyszałam za sobą głos Nate'a. Niósł własnego Nimbusa 2000 - Byłaś już wcześniej na boisku?
Pokręciłam głową.
- Robi ogromne wrażenie. - przyznałam, wzdychając głęboko.
- Masz lęk wysokości?
- Nie. Tu nie chodzi o żadne lęki, tylko o to, że nie umiem porządnie kierować miotłą. I utrzymać się na niej. I łagodnie skręcać. I...
- To zaczynamy od podstaw. - przerwał mi, szczerząc zęby. Delikatny wiatr mierzwił mu włosy. - Odłóż miotłę na ziemię.
Zastosowałam się do polecenia.
- Teraz wyciągnij rękę przed siebie i przywołaj miotłę.
- Do mnie! - rzuciłam dziarskim tonem, mając nadzieję, że nie ośmieszę się, nie potrafiąc zrobić czegoś tak prostego. Niestety, Nimbus 1000 ani drgnął. - Do mnie! - powtórzyłam ostrzej. Nimbus delikatnie się poruszył. - DO MNIE! - krzyknęłam. Miotła podniosła się o stopę w górę, ale zaraz opadła i leniwie się przeturlała.
To idiotyczne, uznałam. Nie mogę jej po prostu podnieść? Albo zawołać Accio? Nawet w wypadku zagrożenia, gdyby miotła leżała parę metrów ode mnie, to nie będę przecież wrzeszczała Do mnie! Kto by tak zrobił? Od czego są różdżki?
Nate odchrząknął.
- Czy chciałabyś... Chciałabyś być w drużynie quidditcha?
Oniemiałam.
- Gryfoni są aż tak zdesperowani?
- Nie. - zaśmiał się. - Ale nie musisz się tego uczyć, jeśli nie chcesz być w drużynie. Zawodnicy podczas meczu nie mogą mieć przy sobie różdżek, żeby nie oszukiwać, więc wymyślono przywoływanie mioteł samą siłą woli. W innych okolicznościach nie jest to niezbędne.
- Rozumiem. Nie chcę być w drużynie, chcę tylko umieć latać. 
Nate pokiwał głową z absolutną powagą, jakby bał się, co za chwilę może nastąpić.
- A więc słuchaj.

Odkąd poprosiłam go o lekcję, spodziewałam się jakiejś tragedii i za każdym razem, gdy go widziałam, chciałam wszystko odwołać. Z drugiej jednak strony bardzo mi zależało na lataniu i jakaś część mnie nie chciała dać za wygraną tylko dlatego, że profesor Hawkins nie dostrzegał dla mnie nadziei. Po trzech godzinach spędzonych z Nate'em na boisku, o których wcześniej wolałam ze strachu nie myśleć, zupełnie zmieniłam swoje pesymistyczne nastawienie i uznałam, że dobrze zrobiłam. Nate był cierpliwym nauczycielem, mógł tłumaczyć jedną rzecz kilka razy bez nerwów i zauważał każdy mój błąd, na dodatek potrafił go poprawić. Ostatnie pół godziny poświęciliśmy na rozrywkę, ścigając się od jednych bramek do drugich i raz nawet udało mi się wygrać, z czego byłam nieszmiernie dumna.
Zbliżała się pora kolacji i wszyscy uczniowie na błoniach kierowali się w stronę zamku. Nawet nie zauważyłam, że na trybunach rozsiadło się kilka grupek uczniów, przeważnie dziewczyn z drugiego roku z Hufflepuffu i Ravenclaw, ale dostrzegłam też parę moich rówieśniczek, w tym Amandę, oraz nielicznych chłopaków - Davida, który do mnie pomachał, siedzącego obok niego Krukona z pierwszej klasy, który na ten widok natychmiast zaczął coś do niego gorączkowo szeptać, kilku złośliwie uśmiechniętych Ślizgonów, a także samotnie siedzącego Puchona, którego jakoś nigdy wcześniej nie widziałam.
Wraz z Nate'em skierowałam się do schowka na miotły, gdzie zostawiliśmy Nimbusa 1000. Już chciałam wyjść, gdy Nate zatrzymał mnie w środku.
- Zaczekaj. Tu możemy porozmawiać na osobności.
- Co, zmieniłeś zdanie i chcesz mnie jednak wcisnąć do drużyny? - droczyłam się.
- Nie. - uśmiechnął się. - To nie w mojej mocy.
- Więc o co chodzi?
- Chciałem tylko ustalić z tobą jakiś plan działania. W związku z... - zawahał się.
- Z Komnatą Tajemnic. - szepnęłam. - Nie bardzo wiem, jak dalej ruszyć z przygotowaniami z tego punktu, w którym się znaleźliśmy, Nate. Wiemy na razie tylko, jak wydać przejściu polecenie otwarcia się, wiemy, że najlepiej udać się tam nocą, żeby nikt nie zobaczył jak razem wkradamy się do łazienki Jęczącej Marty... Potrzebujemy jednak pelerynki niewidki, dobrych zaklęć obronnych i czegoś, co pozwoli nam na atak.
- Właśnie. Pelerynkę już załatwiłem od Mike'a - Mike był jego przyjacielem, byli na tym samym roku i obaj w Gryffindorze - Ale nie pytaj, jak sobie tłumaczy, po co mi ona. - zaczerwienił się nagle. - Co do zaklęć, wypożyczyłem kilka książek z biblioteki i pozaznaczałem te, które uznałem za przydatne. Już się ich nauczyłem, umiem nawet parę innych, na poziomie piątej klasy. Kiedy będziemy w pokoju wspólnym, to dam ci te księgi. Tylko oczywiście, stała czujność przy Remy. Ona nie może nic wiedzieć, bo ci je sprzątnie sprzed nosa i doniesie McGonagall.
Pokiwałam na znak, że rozumiem, ale zaraz się zamyśliłam.
- Ale gdzie mam ćwiczyć, skoro nie w pokoju wspólnym, gdzie dopadnie mnie Remy, ani nie w dormitorium, gdzie zobaczy mnie Alesha?
Uśmiechnął się porozumiewawczo i wtedy sobie uświadomiłam.
- Pokój życzeń. - szepnęliśmy jednocześnie.

Za pierwszym razem wybraliśmy się tam wspólnie, ściśnięci pod pelerynką niewidką Mike'a. Musieliśmy uważać, ponieważ Nate był bardzo wysoki i ciężko nam było przemieszczać się pod nią we dwoje. Spytałam się wtedy swojego towarzysza, o co takiego posądzał go jego przyjaciel, pożyczając mu pelerynkę, ale on znów zrobił się czerwony z zażenowania i burknął, że wolałby o tym ze mną nie rozmawiać.
Podczas tej pierwszej wizyty ustaliliśmy, w co ma zmieniać się Pokój Przychodź-Wychodź, aby jedno z nas mogło dołączyć to drugiego, gdyby akurat tam się znajdowało. Wybraliśmy pokój Gwardii Dumbledore'a i przez kilkanaście minut oglądaliśmy wszystko, co tam się znajdowało, z zapartym tchem oglądając książki, z których GD korzystało oraz podziwiając resztę wyposażenia, umożliwiającą ćwiczenie różnych zaklęć, uroków oraz przeciwuroków.
Codziennie chodziłam tam sama, a Nate mnie krył. Zajmował czymś dziewczyny, podczas gdy ja szłam do dormitorium, chowałam się pod pelerynką i pędziłam do Pokoju Życzeń. Czasami do mnie dołączał, przeważnie jednak siedziałam tam sama, atakując magią manekiny ćwiczebne, poduszki i inne przedmioty, czasem prosząc Pokój o rozmaite efekty grozy, wyzwania, chcąc podnieść sobie adrenalinę i przekonać się, jak w takich okolicznościach bym sobie poradziła. Testy tego rodzaju na ogół wypadały pomyślnie, nie mogłam się jednakże z tego cieszyć, ponieważ miałam świadomość, iż niewiele mi wtedy groziło.
Remy kilka razy zaczepiła mnie, o co chodzi z tymi moimi zniknięciami, ale ja wymigiwałam się od odpowiedzi. Niejednokrotnie Alesha przyłapywała mnie, jak po północy wkradałam się do dormitorium i zarzucała mnie pytaniami, ale ja odwodziłam ją od tematu swoimi spostrzeżeniami odnośnie Davida. Od razu traciła zainteresowanie czymkolwiek innym.
Po okrągłym tygodniu siedziałam wymęczona w Wielkiej Sali na śniadaniu, popijając sok dyniowy, odrzucając niesforny kosmyk z twarzy i ze średnim zainteresowaniem przeglądając najnowszy numer Proroka Codziennego. Usiłowałam się skupić na artykule o Magicznych Dowcipach Weasley'ów, ich sukcesie i sieci sklepów w całej Wielkiej Brytanii, ale marnie mi to szło. Złożyłam gazetę i rozejrzałam się wzdłuż stołu. Na jego drugim końcu zobaczyłam Nate'a z Mike'iem. Skierowałam się do nich, dotknęłam ramienia przyjaciela, a kiedy się odwrócił z miłym uśmiechem, chciałam nadać swojej minie nieco pewności siebie.
- Dzisiaj? - spytałam, unosząc brwi.
Spoważniał. Przyglądał mi się przez moment, po czym kiwnął głową.
- Dzisiaj.
Mike przyglądał się nam z lekko uniesionymi kącikami ust i złośliwymi iskierkami w oczach.
________________________________________________________________________
A oto i siódmy rozdział. Zapewne nikt się go nie spodziewał. Tak, tak, sama się zastanawiałam, czy nie darować sobie prowadzenia tego bloga, ale nie mogłabym uszczuplić potterowskiej części mnie o to ziarnko kreatywności, które powolnie wykiełkowało i zaczęło się rozwijać. Miejmy nadzieję, że go nie zdepczę, nawet jeśli zignoruję jego zahamowanie w rozwoju na następne kilka miesięcy.
Wiem, że chyba wszyscy, którzy zaglądają na mojego bloga mają konto na pottermore, więc jeśli ktoś jest zainteresowany i jeszcze o tym nie wie, to są odblokowane pierwsze rozdziały Więźnia Azkabanu. Oprócz tego hip hip hurra! dla lwów za zdobycie Pucharu Domów. Moja duma.
Moja mama znalazła wczoraj obrazek z plasteliny, który zrobiłam w czwartej klasie. Przedstawia Hermionę i herb Gryffindoru. Tylko potteromaniak skapnąłby się, że to zwierzę na tym herbie to lew, ponieważ pod spodem jest napis Gryffindor. Tak to wszyscy pomyśleliby, że to pies. Może nawet nie wszyscy doszliby do takiego wniosku. W każdym razie to była moja pierwsza szóstka z plastyki, jaką kiedykolwiek dostałam. W czwartej klasie zrobiłam trzy prace dotyczące Pottera i to były tego roku moje jedyne szóstki, co dowodzi, ile pasji w to włożyłam. Pamiętam to nawet po latach.
Jutro Sylwester, więc życzę wszystkim czarodziejom super zabawy i przede wszystkim dużo magii w roku 2013! No i trzymajcie za mnie kciuki, żebym częściej tu zaglądała.
PS Sporo się kilka miesięcy temu naczytałam o pewnej stronce, która była swego czasu była bardzo popularna. Potem niestety zmieniła adres, ale dziś przez przypadek znów ją znalazłam!
http://swiat-magii.pl/ Ktoś może o niej słyszał? Podobno zaczyna się, że chodzimy po domu i wykonujemy różne prozaiczne zajęcia, typu szukamy czegoś w domu, bo mama tego potrzebuje, ale potem przenosimy się do Hogwartu. Pamiętam, że bardzo się cieszyłam na wieść o tej grze, ale niestety nie mogłam znaleźć jej nowego adresu, więc nadzieja się we mnie wypaliła. Teraz kiedy ją znalazłam, jestem już bardziej doświadczona w stronach związanych z HP i chciałabym się dowiedzieć, czy warto. A jeśli nikt tego nie zna, ale się zainteresuje to może "zbadam teren" i dam znać. Chciałabym jednak najpierw się dowiedzieć na czym to polega, o ile ktoś się orientuje ;) 

wtorek, 25 września 2012

Rozdział VI
- Albo jesteś niesamowicie odważna, albo strasznie głupia. - orzekła Remy, usłyszawszy następnego dnia o moim pomyśle. Pokręciła głową i odłożyła Proroka Codziennego obok swojego talerza. - Komnata Tajemnic? Zwariowałaś?
Nate, który siedział obok niej, już dłuższą chwilę żuł ten sam kawałek tosta, spoglądając to na mnie, to na kuzynkę. Wczoraj nie uczestniczył w naszej rozmowie, więc trzeba mu było wyjaśnić, skąd wzięła się ta szalona myśl. Osobiście nie miałam ochoty go w to mieszać, ale nie chciałam nikogo urazić, więc dałam Remy przyzwolenie na opowiedzenie mu o wszystkim. Teraz siedziałam pod ostrzałem spojrzeń kuzynostwa i Aleshy, która co prawda nie powiedziała nic od początku tematu, ale jej mina głosiła wyraźnie A nie mówiłam?
Kiedy nic nie odpowiedziałam, Remy wybuchnęła:
- OBIŁO CI?! JAK TY W OGÓLE CHCESZ SIĘ TAM DOSTAĆ?! DZIEWCZYNO, TO PEWNA...
Nate szturchnął ją łokciem, bo Puchoni odwracali się, by zbadać sytuację. Remy zacisnęła usta i posłała mi gromy oczami. Nate nachylił się i powiedział cicho:
- Wiesz, mnie by taka akcja bardzo pasowała, uwielbiam takie rzeczy. - uśmiechnął się z błyskiem w oku, ale gdy jego sąsiadka go kopnęła, syknął, schylił się jeszcze niżej, rozmasowując sobie łydkę i mruknął: - To znaczy powinnaś natychmiast udać się do dyrektora i  poprosić o pomoc.
Zmierzyłam całą trójkę wzrokiem. Alesha nadal nic nie mówiła, bardzo zajęta swoimi płatkami z mlekiem. Przyglądałam się jej długo, lecz ona nadal uparcie mieszała łyżką w misce. Już przestałam się spodziewać, iż cokolwiek powie, kiedy wyprostowała się i rzekła:
- Nate ma rację.
Remy nachmurzyła się jeszcze bardziej, ale Alesha szybko uściśliła:
- Co do dyrektora i pomocy, oczywiście. - zrobiła uspokajający gest. - Rose, to czyste wariactwo. 
- Poza tym nic nam nie wiadomo, że jesteś wężousta. - zauważyła kąśliwie najstarsza z naszego towarzystwa.
- To chyba nie problem, skoro już o tym wspomniałaś. W końcu wystarczy obejrzeć Harry'ego Pottera i Komnatę Tajemnic i posłuchać, jak...
- Och, Alesha, błagam cię! - jęknęłam. - Na serio wydaje ci się, że mugole tworzący film znali mowę wężów?
- Przecież Rowling jest czarownicą, może im powiedziała? - broniła się.
- To nonsens. Po co? Miałam na to inny pomysł. Myślałam, że może w dziale ksiąg zakazanych jest jakiś słownik albo coś takiego.
Przez chwilę nikt nic nie mówił. Niemal słyszałam monologi prowadzone w ich umysłach, a każdy czuł co innego. Zachwyt, zaskoczenie, stanowczy sprzeciw. Ja sama zastanawiałam się nad tym pół nocy i doszłam do wniosku, że przy odrobinie dobrych chęci można by wykombinować sposób na namówienie profesor McGonagall na pisemne zezwolenie... Lub zakraść się do biblioteki nocą, pod pelerynką niewidką, jeśli ktoś ze znajomych taką ma.... Już wyobrażałam sobie wysokie półki pełne książek na nurtujący mnie temat, gdy Remy przerwała mi stanowczo:
- Nawet o tym nie myśl.
Zamrugałam, przywrócona do rzeczywistości i spytałam:
- Dlaczego?
- Nie ma mowy żebyś ubłagała McGonagall, czy jakiegokolwiek innego nauczyciela. Informacje z działu ksiąg zakazanych są użyteczne dla uczniów tej szkoły dopiero od trzeciego roku. - uniosła znacząco podbródek. - A ja nie mam zamiaru pozwolić ci na coś takiego.
Uśmiechnęłam się nieco złośliwie. 
- A po co zezwolenie? Są inne sposoby.
- Chyba mi nie powiesz, że w końcu kupiłaś pelerynkę niewidkę u Weasley'ów? - zmrużyła ostrzegawczo oczy.
- Nie, nie kupiłam. - nie odwracałam od niej wzroku, mieszając powoli herbatę. - Jeszcze nie.
Remy zerwała się gwałtownie z ławki, a następnie, nie patrząc na żadne z nas, bezceremonialnie wyszła z Wielkiej Sali, zadzierając nos tak wysoko, że cudem trafiła do drzwi.
Nate trącił moją nogę butem pod stołem i uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam uśmiech, nie bardzo wiedząc, co po tym całym zajściu powinnam czuć.

Podczas zielarstwa Alesha milczała, lecz na lekcji obrony przed czarną magią paplała jak najęta - ciężko stwierdzić, czy przyczyniła się do tego atmosfera owych fascynujących nas od dawna zajęć, czy to, że na przerwie rozmawiała z Davidem Cliftonem. 

Tak czy owak, temat Komnaty Tajemnic, węży i kruków nie powrócił aż do lunchu.
Podeszła do mnie wówczas profesor McGonagall i kazała mi iść za sobą. Rzuciłam pełne wyrzutów spojrzenie na Remy, która siedząc razem ze swoimi koleżankami z trzeciej klasy, udawała, że tego nie widzi.
McGonagall, posiadająca ostry wyraz twarzy osoby z wymiaru sprawiedliwości, poprowadziła mnie do posągu chimery na siódmym piętrze. Zmieszałam się i zrobiłam niepewną minę, bo spodziewałam się raczej pouczającej rozmowy w gabinecie opiekunki Gryffindoru i tradycyjnego polecenia Weź sobie ciasteczko, niż wizyty w gabinecie dyrektora.
- Mysterium. - rzuciła nauczycielka, a chimera odskoczyła w bok i ustąpiła nam z drogi do kręconych schodów prowadzących na wieżę.
McGonagall ruszyła w górę pewnym krokiem, ja za to opuściłam głowę i powlokłam się za nią na wieżę. Zapukałyśmy, a kiedy przyjazny głos zaprosił nad do środka, weszłyśmy do kolistego pokoju, wyglądającego na dziwnie... pusty.
Za czasów Dumbledore'a (który teraz przyglądał mi się życzliwie znad swoich okularów-połówek, opierając dłonie na ramie portretu) gabinet dyrektora pełen był zagadkowych instrumentów o dziwnych kształtach i obcych właściwościach. Można tam też było spotkać Faweksa, zobaczyć myślodsiewnię oraz poczuć się jak w domu dobrego staruszka o nietypowej pasji.
Gabinet profesora Wrighta wydawał się być bardzo... urzędowy? Czysto służbowy? Nie wiedziałam, jak to nazwać. Na półkach poukładano grube tomy, wszystkie w równych rzędach oraz o podobnych okładkach. Na biurku stał kubek z piórami, a obok niego leżał stos czystych kartek. Szmaragdowozielone zasłony, związane szarymi wstążkami, wpuszczały ostre promienie południowego Słońca.
- Och, to ty, Minerwo. - odezwał się przyjaźnie dyrektor, wyłaniając się zza jednej z półek. - I jest nasza Rose!
Ja i profesor McGonagall uśmiechnęłyśmy się dość wymuszenie. Wright wydawał się w porządku, jednak sytuacja była zbyt stresująca, by się nad tym zastanawiać.
- Dzień dobry. - bąknęłam, nie wiedząc jak się zachować.
- Siadajcie, siadajcie. - zaprosił nas na dwa fotele naprzeciwko biurka, za którym właśnie zajmował miejsce. - Życzycie sobie czegoś? Kawy, herbaty, soku dyniowego? - wyczarował je jednym machnięciem różdżki, po czym zwrócił się do mnie już z powagą i przejęciem. - A więc, Rose... - zakasał rękawy. - To prawda? Prześladują cię węże?
Upiłam łyk soku dyniowego, spoglądając na jego splecione palce i mrucząc cicho:
- I kruki. Ale to jeszcze przed rokiem szkolnym.
Wydawało mi się, że przez chwilę przyswajał sobie nową wiadomość, ale wciąż nie patrzyłam mu w oczy. Pomimo wcześniejszej złości, byłam wdzięczna Remy, że załatwiła mi to spotkanie. Z drugiej jednak strony... Czy to mogło coś zmienić? Jeśli węże - może nawet młode bazyliszki - czaiły się na mnie choćby w dormitorium, to na co mi pomoc grona pedagogicznego? Nie chciałam słuchać wymuszonych zapewnień, iż jestem całkowicie bezpieczna, skoro zagrożenie mogło czaić się, przykładowo, za zasłonami w oknach.
- Cóż, panna Morgan - rzekł po chwili pełnej napięcia ciszy. - poinformowała nas, iż chcesz to załatwić na własną rękę, udając się do Komnaty Tajemnic. Czy to prawda?
- Prawda. - mruknęłam ponownie.
McGonagall wciągnęła gwałtownie powietrze przez nos.
- I nie zamierzałaś zawiadomić o tym jakiegokolwiek nauczyciela? Nawet mnie? - spytała, a nie słysząc odpowiedzi, wycedziła: - Gryffindor traci dziesięć punktów. Nie, nie próbuj zmienić mojego zdania, zostałaś ukarana za lekkomyślność. 
Odstawiłam kubek na stół tak gwałtownie, że aż kilka kropli soku prysnęło na biurko. 
- Tak, zamierzałam udać się do Komnaty Tajemnic. Tak, nie zamierzałam poinformować o tym żadnego nauczyciela, nawet pani, pani profesor. - z trudem opanowałam zbliżający się wybuch. - Ale gdybym komuś powiedziała, to co by to dało? Czy kiedy Komnata Tajemnic została otwarta, to czy ktoś był w stanie coś poradzić, poza Harrym Potterem, który pokonał bazyliszka nie dzięki sprytnym planom, ale dzięki czystej odwadze? Niektóre sytuacje da się rozwiązać tylko w ten sposób, czyli, w przenośni i dosłownie, na oślep.
- Bardzo nas cieszy twoja znajomość tej historii - ucięła McGonagall. - Ale nauczyciele już wiedzą, gdzie jest Komnata Tajemnic i odkąd w ubiegłym roku zmarł uczeń, pilnujemy wejścia do niej, stojąc na warcie, lub... - prychnęła cicho pod nosem. - ...lub patrząc w szklane kule, jak profesor Trelawney. Powinnaś wiedzieć, iż od tego czasu Komnata nie została otwarta ani razu, więc nie ma mowy, by prześladował cię bazyliszek. Zresztą kwestią sporną jest sama teoria, że Jima Travisa zabiło spojrzenie takiego węża, skoro widział go ponoć tyle razy, a przeżył...
- Racja. - przytaknął od razu Wright i odchrząknął. - Dodając do tego jeszcze tego kruka, całość robi się dość skomplikowana, by zacząć się zastanawiać, czy aby to wszystko jest prawdą.
- Przecież ja nie kłamię! - zaperzyłam się.
- A ja cię o to nie oskarżam. - podwinął rękawy granatowej szaty. - Mówię tylko o tym, że ty i panna Morgan możecie zbyt szybko i pochopnie wyciągać wnioski. Czy widziałaś jakiegoś agresywnego kruka, kiedy byłaś na terenie Hogwartu?
Zastanowiłam się.
- Nie.
- A czy zaatakował cię jeszcze jakiś wąż?
- Też nie.
- Widzisz! - uśmiechnął się i rozwarł ręce, jakby trzymał w ramionach coś, co chciałby mi pokazać. - Może ktoś sobie z ciebie zwyczajnie żartuje? Może jakiś uczeń słyszał lub widział, jak wąż cię oplótł i postanowił cię nastraszyć, podkładając łuskę pod twoją poduszkę? 
- A co z tym piórem, które było razem z łuską? - zmarszczyłam brwi, zdenerwowana.
- Też na pewno da się znaleźć na to jakąś rozsądną odpowiedź... - pocieszył mnie, ale już z mniejszym przekonaniem. - Może to było pióro czyjejś sowy, a ty się zwyczajnie pomyliłaś? Albo coś ci się przywidziało, a może nawet przyśniło? - uniósł wysoko brwi, z uśmiechem na swojej twarzy oznaczonej pierwszymi zmarszczkami i małą blizną na lewym policzku, skłaniając mnie do przyjęcia tej teorii.
- Wiem, co widziałam. - rzekłam chłodno, lekko zaciskając usta.
Dyrektor odchylił się w swoim fotelu, kładąc ręce na podłokietnikach. Profesor Dumbledore przyglądał mu się zamyślony, bezwiednie gładząc śnieżnobiałą brodę, jednak Wright tego nie zauważał. 
- Pewnie zastanawiasz się teraz, do czego ma prowadzić ta rozmowa, skoro powinienem być wystraszony, a jestem jedynie zmieszany. - mówił cicho. - Jednak jestem przekonany, Rose, absolutnie przekonany, iż ta łuska... i to pióro, o ile ono tam w ogóle było... To tylko żart. Na terenie naszej szkoły, a zwłaszcza na skraju zakazanego lasu, uczniom zdarzają się gorsze przygody niż atak węża, w dodatku bezskuteczny. Natomiast za kruki, których nie spotkałaś na terenie Hogwartu, nie mogę odpowiadać, ani się ich pozbyć. Wydaje mi się więc, że nie mamy czego roztrząsać.
Uniosłam wyżej brodę i wyprostowałam się w fotelu. Iskierka nadziei, nabierająca siły w trakcie rozmowy, teraz, na sam jej koniec, zgasła bezpowrotnie.
- Oczywiście.
- Możesz już iść na lekcje. Do widzenia. - znów przywołał uśmiech.
- Żegnam. - odparłam nieco kąśliwie i nie czekając na profesor McGonagall, wyszłam z gabinetu, zbiegłam po schodach i skierowałam się na boisko quidditcha, na pierwszą lekcję latania na miotle.

Wiatr leniwie unosił chorągiewki na dachach trybun dookoła boiska, od czasu do czasu przysłaniając mi widok moimi własnymi włosami. Pożyczyłam od Amandy gumkę i związałam niesforne kosmyki w warkocz. Jednocześnie rozglądałam się wokoło, upajając się zielenią trawy i świadomością bliskiego już wzbicia się w powietrze.

Rozległ się gwizd, po którym wszystkie głowy skierowały się w stronę wysokiego i chudego czarodzieja o mysiej twarzy. Trzymał przed sobą wyciągniętą różdżkę, za pomocą czarów prowadząc około dwóch tuzinów mioteł. Uczniowie rozstępowali się, by zrobić mu miejsce, a gdy już dotarł na sam środek grupy pierwszoroczniaków, miotły opadły na ziemię, stukając o siebie nawzajem. Dookoła posypało się kilka witek z gorszych modeli.
- Dzień dobry. - przywitał się. - Nazywam się profesor Dominic Hawkins, a mój przedmiot, chociaż nie będzie z niego ocen, może się wam w przyszłości bardzo przydać. Jak wszyscy wiecie, miotły są jednym z najpopularniejszych magicznych środków transportu. Kto mi powie, kiedy zostały wynalezione?
Alesha uniosła rękę i udzieliła perfekcyjnej odpowiedzi, kiedy ja starałam się skupić na lekcji zamiast na tym, jak dopiąć swego.

Tak jak przewidywałam, dosiadanie przeze mnie miotły stworzyło ogromne zagrożenie dla pozostałych osób na boisku. Dwa razy wpadłam na jakiegoś Krukona, który nie szczędził mi potem obelg, ale pomimo wszelkich niemiłych przypadków świetnie się bawiłam. Ścigałyśmy się z Aleshą, a jako że żadna z nas sobie najlepiej nie radziła, nasze wybryki nagradzano śmiechem.

Wieczorem nadal się ekscytowałam i żałowałam, że jest tylko jedna lekcja latania w Howarcie, żeby umieć chociaż dosiąść miotły. Pochylając głowę nad pracą domową zastanawiałam się, kto ze znajomych byłby skłonny trochę mnie potrenować po lekcjach. Wtedy ciemna czupryna Nate'a pojawiła się po mojej prawej stronie z triumfalnym uśmiechem.
- Mam dla ciebie niespodziankę. - oznajmił.

- Jak to zdobyłeś?! - ucieszyłam się, przewracając kartki potężnego słownika. Kiedy najeżdżało się różdżką na wybrane angielskie słowo, słyszało się jego syczący odpowiednik z języka wężów. Z zachwytem pogładziłam okładkę.

- Przecież Remy mówiła, że dział ksiąg zakazanych...
- Jest dostępny dla uczniów od trzeciego roku, zgadza się. - dokończył za mnie z uśmiechem, rzucając jednocześnie spojrzenie na drzwi klasy, w której właśnie rozmawialiśmy, aby upewnić się, że nikt się tu nie wybiera. - Pamiętasz Davida Cliftona? To jego zasługa.
Na dźwięk nazwiska blondyna z Ravenclaw przyszła mi na myśl Alesha. Muszę jej o tym wspomnieć - pomyślałam, wpatrując się w okładkę słownika.
- Co masz taką minę? - spytał podejrzliwie Nate.
- Jaką minę? - wybudziłam się z wyobrażania sobie Aleshy piszczącej z zachwytu nad uczynnością Davida.
- Taką... rozmarzoną?
- A, to nic takiego. - próbowałam stłumić jeszcze szerszy uśmiech.
Nate przyglądał mi się chwilę, ale zaraz wzruszył ramionami i przybrał wyraz twarzy z serii I tak bym pewnie nie zrozumiał, przecież jesteś kobietą. Milczenie niezręcznie się przeciągało, a ja z braku lepszego zajęcia zabrałam się za tłumaczenie polecenia otwórz się.
- Dlaczego mi pomogłeś? - odezwałam się w końcu, podnosząc głowę.
Uniósł brwi.
- Uważasz mnie za jakąś złą osobę?
- Nie, nie o to mi chodzi. To niebezpieczne. Powinieneś zdawać sobie z tego sprawę, zwłaszcza po wybuchu Remy.
- Wiem o tym. Ale ciągnie mnie do przygody, a jak nie pójdziesz sama, tylko ze mną to będziesz bezpieczniejsza.
Zaśmiałam się. Czy on naprawdę sądzi, że...
- Daj spokój. Nie zabiorę tam nikogo, to za duże ryzyko. Ja już w nim siedzę po uszy, ty masz jeszcze spokój...
- Jeśli mnie nie weźmiesz - zagroził, ale z uśmiechem. - to powiem o twoich planach Remy, a ona zamieni twoje życie w piekło.
- Silna broń. - przyznałam. - Ciekawa jestem, jak ty się wybronisz, kiedy dowie się, kto mi załatwił słownik.
- To moja kuzynka. Ciągle skaczemy z miłości do nienawiści i na odwrót. - zażartował.
Oparłam się o biurko i zastanowiłam. Nie chciałam iść do Komnaty Tajemnic sama, lecz zabieranie kogoś było wielką odpowiedzialnością. Z drugiej jednak strony w grupie siła...
Oby że w parze również.
- Dobra. - mruknęłam, a kiedy wyciągnął rękę, dodałam: - Ale musisz mnie nauczyć latać na miotle, bo póki co się na niej miotam.
Zaśmiał się.
- Umowa stoi.
Potrząsnęliśmy dłońmi, a ja miałam nadzieję, że postępuję słusznie - przede wszystkim myślałam o planowanej przygodzie, ale też o tym, czy dobrze robię, zamierzając ośmieszyć się na lekcji latania u Nate'a.
________________________________________________________________________

Przepraszam za robienie zamieszania, ale zmieniłam różdżkę Rose. Założyłam nowe konto na pottermore i wypełniłam test na różdżkę ponownie, tym razem zwracając szczególną uwagę na ostatnie pytanie, czyli co wybrałabym ze skrzyni MAGICZNYCH artefaktów. Wcześniej nie zwróciłam uwagi na słowo "magical" i wybrałam zrolowany papirus, bo byłam ciekawa, co mogłoby tam być. Ale tym razem się zastanowiłam i stwierdziłam, że skoro to są MAGICZNE artefakty, to srebrny miecz zapewne należy do Godrica Gryffindora, a ja nie mogłabym zignorować mojego poczucia... "gryfonizmu" i to zlekceważyć. 

Bardzo utożsamiam się z Rose i różdżkę pozostawiłam do wyboru pottermore, tworząc tego bloga, ale skoro Rose jest jednak trochę inna, niż wyszło na początku, to poczułam chęć zaznaczenia tego, póki jeszcze nie jest za późno. Tak więc, o ile kiedyś na tym blogu jeszcze będzie coś dokładnego o różdżce mojej głównej bohaterki (czyli zasadniczo mojej), to nie zdziwcie się, kiedy zobaczycie: modrzew, rdzeń z piórem feniksa, dwanaście i pół cala. :)
Pozdrawiam.

piątek, 17 sierpnia 2012

Rozdział V
Promienie Słońca wpadały do środka, oświetlając cztery stoły i odbijając się od dzbanów, talerzy oraz półmisków. Po pomieszczeniu roznosiły się rozkoszne zapachy.
W Wielkiej Sali panowała radosna atmosfera; uczniowie śmiali się, żartowali z siebie nawzajem i rzucali w siebie zwiniętymi kartkami, z których wyskakiwały pająki - był to nowy wynalazek George'a Weasley'a. Woźna, Edna Flores, ujmując to delikatnie, dostawała szału. Była jak Filch w spódnicy, wszyscy więc nazywali ją nazwiskiem jej poprzednika, czego jakimś cudem jeszcze nie wiedziała. Zachowywała się opryskliwie i to nawet dosłownie: krzycząc na uczniów, pluła na nich - celowo, przypadkowo, różne krążyły opinie, jednak ona broniła się brakiem zęba.
Po śniadaniu opiekunowie domów chodzili wzdłuż stołów i rozdawali uczniom plany lekcji. Jak się okazało, opiekunką Gryffindoru była nadal profesor McGonagall, która ze względu na wiek zrezygnowała z posady zastępcy dyrektora, lecz wciąż nauczała. Jak na swoje lata miała wyjątkowo prostą sylwetkę, ale zmarszczki niczego nie ukrywały.
Zanim przybyłam do Hogwartu zrobiłam coś, co większości mugoli zapewne nie mieściłoby się w głowie - zrezygnowałam z zabrania komórki. Zobowiązałam się więc, iż jak najszybciej wyślę rodzicom list opisujący podróż i pierwsze wrażenia. Napisanie go zostawiłam na później, bo teraz moje myśli zaprzątało dostanie się do klasy zaklęć razem z Aleshą. Co jakiś czas spoglądałam na swój szkarłatno-złoty krawat, pękając z dumy.
Po kilku minutach dotarłyśmy pod niskie, dębowe drzwi (zapewne pozostałość po obecności Flitwicka), pochylając głowy, aby wejść do środka. Profesor Russell odpowiedziała na nasze powitanie skinieniem głowy zza okazałego biurka i dalej rozglądała się po klasie. Połowa uczniów nadal nie dotarła, co mnie uspokoiło. Ja i moja przyjaciółka zajęłyśmy miejsca w środkowym rzędzie i wyjęłyśmy podręczniki, pergaminy, pióra oraz różdżki. Jako że bardzo stresowałam się pierwszymi lekcjami w Hogwarcie, przeczytałam kilka tematów z książek i wiedziałam już, czego dotyczyć będzie lekcja. Dyskutowałam o tym z Aleshą, a na sali przybywało uczniów. W końcu nauczycielka powstała z miejsca i rozpoczęła zajęcia:
- Witam wszystkich na pierwszej godzinie zaklęć w tym roku szkolnym. Nazywam się profesor Edith Russell i od razu na wstępie mogę was zapewnić, iż jestem cierpliwa, ale i to ma swoje granice. Nie życzę sobie chodzenia po klasie, rzucania zaklęć na siebie nawzajem jeśli nie wymaga tego przerobienie tematu oraz nie chcę słyszeć żadnych obelg pod adresem innych. Możecie rozmawiać, kiedy ja nie mówię do nas i o ile sami mówicie cicho. Zgadzacie się? - po czym, nie czekając na odpowiedź, rzuciła: - Tak, zgadzacie się, bo w tej sytuacji nie macie nic do powiedzenia. Zaczynamy lekcję.
Kiedy podchodziła do tablicy, uczniowie wymieniali między sobą zdziwione spojrzenia. Nie spodziewałam się takiego zachowania Russell, kiedy spotkałam ją w wakacje.
- Dziś rozpoczniemy poznawanie zaklęcia Wingardium Leviosa. A oto - ręką wskazała znak namalowany na tablicy. - wzór, który powinniście naśladować ręką, aby rzucić to zaklęcie. Musicie się skupić, łatwo coś przez nieuwagę podpalić. - zmierzyła nas srogim spojrzeniem, jakby chciała dać do zrozumienia, że takie wypadki nie będzie mile widziane. - Każdy ma wyjąć sobie coś lekkiego do ćwiczeń: pióro, kawałek pergaminu, byleby nie było możliwości by ktoś dostał czymś ciężkim w głowę. Kiedy rzucicie zaklęcie, prowadźcie swoje rzeczy różdżką po klasie. No, zaczynamy.
Ja i Alesha położyłyśmy przed sobą nasze pióra, chwyciłyśmy różdżki i zabrałyśmy się do ćwiczeń. Na początku uważnie przyglądałam się symbolowi na tablicy, aby wzrokowo zapamiętać jego kształt, po czym skierowałam swoją uwagę na pióro. Nie okazało się to takie łatwe, jak przypuszczałam. Machanie patykiem i wypowiadanie formuły mogłoby się wydawać banalne, jednak moje pierwsze poważne podejście do czarów pod okiem nauczycielka nie szło tak gładko. Po minie przyjaciółki i jej ukradkowych spojrzeniach na innych uczniów wywnioskowałam, iż ona myśli tak samo jak ja.
Za piątym razem, kiedy wypowiedziałam Wingardium Leviosa, pióro drgnęło. Napełniło mnie to nadzieją i determinacją. Skupiłam się mocno na zadaniu, lecz przez kilka następnych prób  nie posunęłam się ani trochę do przodu. Spojrzałam na Puchonów. Jeden z nich, gruby i z małymi oczami, był czerwony z wysiłku i ruszał szybko różdżką w sposób, który w ogóle nie przypominał wzoru. Tłumiąc śmiech, odezwałam się do Aleshy:
- Chyba nie tego się spodziewałyśmy, co?
- No, tego na pewno nie. - wskazała na swoje pióro, które przesuwało się w lewo i w prawo po stoliku, co niewątpliwie bardzo rozpraszało.
Profesor Russell, spacerująca między ławkami, zlikwidowała problem mojej przyjaciółki krótkim machnięciem różdżki.
Po dwudziestu minutach już tylko gruby Puchon nie zrobił postępów. Pióra moje i Aleshy unosiły się na wysokość dziesięciu centymetrów, a przedmioty należące do innych co najmniej drżały w miejscu. Po połowie lekcji udało się nam prowadzić pióra magią po klasie, za co zarobiłyśmy po dziesięć punktów dla naszego domu.
Następne były eliksiry. Idąc do klasy, spotkałyśmy Phoebe i Rebeccę, i opowiedziałyśmy im o swoich przeżyciach na zaklęciach. Pochwaliły nas za sukcesy oraz przyznały, iż Russell faktycznie jest z zachowania bardzo podobna do McGonagall, ponieważ wzoruje się na niej odkąd zdała sobie sprawę, jaka nauczycielka transmutacji jest szanowana. Wcześniej Russell była nerwowa i wiecznie spięta.
Schodząc do lochów, czułam ciarki na plecach. Co prawda eliksirów już z pewnością nie nauczał Snape (Zresztą, czy spotkanie kolejnej wielkiej postaci byłoby aż takie złe? Nawet jeśli byłby to Severus Snape?), ale i tak atmosfera była mroczna i tajemnicza. Powoli odchyliłam niedomknięte drzwi klasy i zajrzałam do środka. Wśród stolików, kociołków, słoików z wieloma niezachęcającymi ingrediencjami kręcili się Gryfoni i Ślizgoni. Oczywiście, nie kręcili się między sobą nawzajem - każdy dom trzymał się swoich, rzucając jedni na drugich pogardliwe spojrzenia. Zastanowiło mnie, ile jest w tym uzasadnionej niechęci, a ile tradycji, ale wówczas jakaś Ślizgonka z zadartym nosem rzuciła we mnie zza odwróconego do nas tyłem profesora okiem traszki i wtedy przestałam się zastanawiać.

Nauka szła mnie i Aleshy na ogół bardzo dobrze. Moim jedynym problemem do tej pory była historia magii, a problemem Aleshy zielarstwo. Żadna z nas nie szalała na punkcie opieki nad magicznymi stworzeniami, ale robiłyśmy dobą minę do złej gry z powodu Hagrida. Doceniałyśmy jego pasję, jak większość Gryfonów i paru nielicznych Krukonów.

Dzień minął szybko. Wieczorem po kolacji wszyscy zmierzali do swoich pokojów wspólnych, śmiejąc się, rozmawiając, a uczniowie klas starszych - ziewając. Ja wracałam z Remy, która wysłuchiwała cierpliwie mojego podekscytowanego głosu, opowiadającego o pierwszym dniu w Hogwarcie. Spojrzenie miała przy tym rozbiegane, jakby kogoś szukała na ruchomych schodach, ale odpowiadała na wszelkie moje pytania, więc miałam pewność, iż uważała.
Przeszłyśmy przez dziurę za portretem Grubej Damy i rozdzieliłyśmy się - ja ruszyłam w stronę Aleshy, Phoebe i Rebecki, które rozsiadły się w fotelach przy kominku i odrabiały lekcje; Remy poszła do dormitorium po torbę z podręcznikami. Moja leżała na parapecie, pomiędzy dwoma kotami. Wzięłam ją stamtąd, pomimo pełnych oburzenia miauknięć i usiadłam na kanapie koło przyjaciółki. Była już w połowie zadania z zielarstwa, zaciskając usta i ciągle stukając w pergamin różdżką, żeby pozbyć się błędów i kleksów. Idąc w jej ślady, wyjęłam niezbędne przedmioty i po zorganizowaniu sobie miejsca wśród cudzych kałamarzy i książek, zabrałam się do pracy. Umiałam odpowiedzieć na sporą część pytań, na widok czego Alesha rzucała w moją stronę zazdrosne spojrzenia. Role odwróciły się, gdy przyszła kolej na historię magii.
Phoebe i Rebecca już dawno uporały się ze swoimi lekcjami (kiedy my zastanawiałyśmy się, czy pierwsze profesjonalne różdżki pojawiły się na początku czy w połowie starożytności) i poszły do swojego dormitorium. Wtedy fotel najbliżej kominka zajęła Remy, słuchając z uśmiechem naszej dyskusji.
- Może sprawdzicie w podręczniku? - zaśmiała się.
- Myślisz, że tego nie zrobiłyśmy? - spytała z oburzeniem Alesha. - Tylko że tam nie ma o tym mowy! Jest tylko Pierwsze profesjonalne różdżki, dobierane długością do czarodzieja według różnych rozmiarów jego części ciała, przede wszystkim wzrostu i obwodu głowy, wytwarzał Nicolas Gamerin w starożytności. - wyrecytowała z pamięci. - A w pytaniu jest, czy na początku czy w środku starożytności.
Remy przez jakiś czas na nią patrzyła, jakby jej nie widziała. W świetle tańczących płomieni jej zielone, zamyślone oczy zdawały się szkliste i puste. Zaraz jednak się otrząsnęła i powiedziała:
- Gdyby nie to, że ja miałam w pierwszej klasie inne podręczniki, to pewnie mogłabym wam pomóc. Jak nie macie jutro historii magii, to możecie to odłożyć i sprawdzić w bibliotece. 
- Właśnie problem w tym, że mamy. - jęknęła.
- Ale dopiero po przerwie na drugie śniadanie. - przypomniałam. - Po prostu zamiast do Wielkiej Sali pójdziemy wtedy do biblioteki, poprosimy bibliotekarkę o pomoc i dopiszemy ten jeden punkt. - ziewnęłam. - A teraz, jeśli nie macie nic przeciwko, pójdę już spać. Dobranoc. - zaczęłam się podnosić.
- Zaczekaj. - niemal rozkazującym tonem rzuciła Remy. - Chciałam o czymś z tobą porozmawiać. 
Ja i Alesha spojrzałyśmy na nią zaciekawione. Usiadłam z powrotem na swoim miejscu, odgarniając grzywkę sprzed oczu.
- Słucham.
Remy spojrzała niepewnie na Aleshę, ale dałam jej do zrozumienia, iż nie ważne, co chce mi powiedzieć, może to zrobić przy niej. Otrzymawszy owo przyzwolenie, wyciągnęła w moją stronę otwartą dłoń, na której spoczywała łuska.
Łuska, którą znalazłam dziś rano pod poduszką.
Przez chwilę nie mogłam oderwać od niej wzroku. Hipnotyzowała swoją błyszczącą powierzchnią oraz soczystą zielenią...
- Skąd to masz? - spytałam, starając się, by mój głos się nie zachwiał. 
- Leżała na twoim łóżku. Miałam sprawę do Amandy Hayes, więc odwiedziłam wasze dormitorium. Ciebie i Aleshy już tam nie było. Zobaczyłam jakąś lśniącą plamkę na twojej pościeli i... - urwała na moment. - To było właśnie to.
Kiedy nic na to nie powiedziałam, spytała:
- Skąd się tam wzięła?
Powierciłam się na kanapie, która nagle zrobiła się bardzo niewygodna.
- Też chciałabym to wiedzieć.

W pokoju wspólnym została już tylko nasza trójka oraz Phoebe i Rebecca, które dołączyły akurat wtedy, kiedy zaczęłam swoją opowieść. Wspomniałam o wszystkim, włączając w to tajemniczego kruka. Remy nie widziała na moim łóżku pióra, ale niczego tam nie szukała, więc nie można było stwierdzić, czy ono jeszcze tam jest.

Skończyłam koło jedenastej. Dziewczyny z początku milczały, patrząc jedna na drugą. Rebecca bezwiednie owijała sobie loczek wokół palca, Phoebe bawiła się palcami, a Alesha przygryzała wargę. 
Remy pochyliła się do przodu, oparła łokcie na kolanach i zakryła twarz dłońmi.
- Tylko nie znowu... - szepnęła.

- Phoebe i Rebecca zapewne doskonale pamiętają wydarzenia ubiegłego roku, tak jak ja. - rozpoczęła Remy, lecz zamiast patrzeć na nas, obserwowała ogień w kominku tym samym niewidzącym spojrzeniem, którym wcześniej obdarzyła Aleshę. - Trudno zapomnieć o czymś takim. Wszystko zaczęło się dość niepozornie. Jim Travis z Hufflepuffu wciąż próbował wszystkich przekonać, że prześladują go węże. Nikt mu nie wierzył, Jim lubił sobie ze wszystkiego i wszystkich żartować, cień powagi pojawiał się na jego twarzy jedynie w czasie egzaminów. W każdym razie Travis znalazł sobie garstkę kolegów, którzy mu uwierzyli. Reszta go wyśmiała, bo nikt nie widział na terenie Hogwartu ani jednego żywego węża. Chłopak nie dawał za wygraną: opowiadał, jak to owe gady syczały mu do uszu, gdy spał i budził się wśród łusek. Raz zobaczył ogon węża znikający za drzwiami dormitorium chłopców. Nie potrafił znaleźć powodu tych prześladowań. Z początku często odwiedzał skrzydło szpitalne, ale zaniechał tego, gdy podawane mu eliksiry przeciw omamom nie dawały rezultatów. - przerwała, nieświadomie wyjęła gąbkę wystającą z dziury w fotelu i ciągnęła dalej: - Pewnego dnia podczas opieki nad magicznymi stworzeniami, wiem, bo razem chodziliśmy na te lekcje, krzyczał, iż widzi na drzewach Zakazanego Lasu dużego, wiszącego na gałęziach węża. Wrzeszczał z przerażenia, aż Hagrid podniósł go i zaniósł siłą do opiekuna domu. Nikt poza nim tego węża nie zobaczył... - łzy napłynęły jej do oczu, pociągnęła nosem. - Dwa dni później, po eliksirach, poprosił mnie, żebym poszła z nim do Izby Pamięci, bo po ostatnim szlabanie zostawił tam sweter. Nie mogłam mu towarzyszyć, miałam iść do Russell. Wieczorem znaleziono ciało Jima wśród pucharów i medali. Jego rodzice byli zrozpaczeni, ich córka miała tego roku iść do Hogwartu, ale zapisali ją do jakiejś szkoły w Irlandii, byle daleko od tego miejsca... - głos jej się załamał.
Przez pięć minut żadna z nas się nie odzywała, jakbyśmy bezgłośnie zmówiły się, by uczcić pamięć Jima chwilą ciszy. Po twarzy Remy ciekły łzy, ale nie szlochała. Wyczarowała sobie chusteczkę i wydmuchała nos, a my starałyśmy się na nią nie patrzeć. Było coś dziwnego w płaczącej Remy. Płacz do niej nie pasował, wydawała się silna, złośliwa i pewna siebie, z wysoko podniesioną głową przyjmująca to, co przynosił los...
- Jim... - odezwała się. - ... był świetnym kolegą, bardzo go lubiłam, nie można się było z nim nudzić... Zawsze wiedział, co powiedzieć, żeby kogoś rozśmieszyć, nawet McGonagall... - skierowała wzrok na mnie. - I lubię też ciebie, Rose. Więc kiedy znalazłam tę łuskę na twoim łóżku... - krople w jej oczach zabłysły - Po prostu... uważaj na siebie. - szepnęła i nie mogąc znieść dłużej sytuacji, oddaliła się do dormitorium bez pożegnania.

Tej nocy nie mogłam zasnąć, podobnie jak Alesha. Siedziałyśmy na moim łóżku, szepcząc do siebie, dzieląc się odczuciami, w których dominował strach.
Alesha przyznała, że tata nie chciał puścić jej do Hogwartu, bo znał historię Jima, ale ona mu się postawiła. Nie bała się wtedy, kiedy wydawało jej się to mało realne, ale teraz...
- ... ale teraz, kiedy mam świadomość, że moja przyjaciółka jest w niebezpieczeństwie, dociera do mnie najdrobniejszy szczegół. Och, Rose, coś trzeba zrobić, coś trzeba wymyślić...
Poklepałam ją po ramieniu, a ona zakryła usta dłonią, tłumiąc szloch.
- Alesha... - przełknęłam ślinę. - Ja wiem, że to jest straszne. Wiem to chyba nawet lepiej od ciebie, chociaż jeszcze nie do końca to do mnie dotarło... Ale jednej rzeczy jestem absolutnie pewna. To nie minie samo z siebie. Temu trzeba się postawić. Nie krzyczeć, nie obnosić się z tym, jak to zrobił Jim. - podałam jej chusteczkę, bo zobaczyłam jej pierwsze łzy. - Wiesz, co jeszcze myślę?
Pokręciła głową.
Nie wiedziałam, co mnie do tego podkusiło, skąd wzięła się u mnie ta cała odwaga i pewność, żeby tak postąpić.
- Skoro... Skoro i tak niebezpieczeństwo jest ogromne... Być może śmiertelne... To nie zamierzam czekać na to w łóżku, śpiąc. Trzeba coś zrobić. Skoro Jim widział węże i w końcu umarł w tajemniczych okolicznościach, to myślę, że trzeba... Trzeba... - zaczerpnęłam głęboko powietrza. - Myślę, że trzeba odwiedzić Komnatę Tajemnic.
Alesha wybałuszyła oczy.
______________________________________________________________________

Przepraszam, że dodanie nowego rozdziału zajęło mi tyle czasu. Przez kilka dni odkładałam to na później, potem byłam nad morzem, a potem absolutnie pochłonęło mnie kibicowanie naszym siatkarzom na Igrzyskach. Później zastanawiałam się, co by tu napisać i tak minął mi cały miesiąc z hakiem.
Niestety, nie mogę obiecać, że odtąd rozdziały będą pojawiały się częściej, ponieważ zbliża się wrzesień. Poza tym znam siebie, nie zawsze mam wenę na zawołanie.
Ostatnio wciągnęły mnie testy na dom w Hogwarcie, chociaż pottermore.com już wyraziło swoją opinię. Ciekawym polecam właśnie wspomnianą przed chwilą stronę oraz test: http://hogsmeade.pl/hat.php , który na początku wydał mi się niezbyt obiecujący ze względu na pytania o ulubione kolory, ale jako że wybrałam niebieski i srebrny, a trafiłam do Gryffindoru, nie sądzę, by miało to jakoś specjalnie duże znaczenie. W komentarzach możecie pisać, co Wam wyszło :)
Pozdrawiam i proszę o cierpliwość ;)

czwartek, 12 lipca 2012

Rozdział IV
Pierwszego września stałam przed barierką wyznaczającą czarodziejom drogę na peron numer dziewięć i trzy czwarte, rozglądając się wokół i szukając kogoś z klatką z sową lub kufrem - innymi słowy kogoś takiego, jak ja. Moi rodzice przyglądali mi się zmieszani, kilkakrotnie pytając mnie, czy wiem co mam zrobić, bo wyglądam na zdezorientowaną. Zapewniałam ich, że wszystko jest w porządku, ale nie przerywałam czynności.
Powód mojego zmartwienia był prosty. Ja, jako czarownica, mogłam bez strachu rozpędzić się i wjechać w barierkę, przenosząc się na magiczny peron. Ale co z moimi rodzicami? Próbowałam przypomnieć sobie, czy w Harrym Potterze rodzice Hermiony choć raz widzieli Ekspress Hogwart, lecz moje wysiłki spełzły na niczym. Nigdy nie zwracałam na to specjalnej uwagi i teraz bardzo żałowałam. Nie chciałam, żeby mama i tata pobiegli za mną i odbili się od słupa, ściągając na nas tym samym uwagę innych mugoli.
Wtedy dostrzegłam dwie dziewczyny pchające wózki z kuframi. Wyższa miała ciemnoblond włosy związane w ciasny kok i niebieskie wesołe oczy. Na jej kufrze siedział śpiący biały kot w czarne łaty. Jego ogon zwisał znad wózka i falował delikatnie przy podmuchach powietrza. Druga dziewczyna miała mocno kręcone, brązowe włosy, zagarnięte do tyłu okularami przeciwsłonecznymi niczym opaską, zielone oczy i niepewny uśmiech. Koleżanka opowiadała jej o czymś z ożywieniem, a ona cieszyła się pod maską poddenerwowania. Również miała kota, ale typowego dachowca w szare paski. Trzymała go idąca obok niej kobieta, zapewne jej rodzicielka. Zwierzę potrzebowało niańki, gdyż usiłowało się wyrwać, zaaferowane wszystkim, co się działo.
Za dziewczynami szli ich rodzice, z których tylko jedna matka wydawała się spokojna. Uspokajała swojego męża, prowadzącego ją pod rękę... Chociaż to ona bardziej prowadziła jego, bo widać było, że mężczyzna nie ma pojęcia, gdzie iść.
Kiedy nas mijali, zaczepiłam ową kobietę.
- Przepraszam. - ściągnęłam na siebie jej uwagę. - Próbuję się dostać na peron numer dziewięć i trzy czwarte, i...
- Ach! - przerwała mi, ucieszona. - Kolejna młoda czarownica. Jak miło. Co do peronu, to właśnie przed nim stoisz. - zaśmiała się.
- Tak, tylko... - zakłopotałam się. - Chodzi mi o to, że moi rodzice... Oni są mugolami... I chciałam się spytać, czy, no... Czy oni też mogą się dostać na ten peron?
- Oczywiście. - wymieniła z nimi uprzejmości. - Muszą tylko pobiec tam razem z tobą, bo sami tam nie wejdą.
- A jak wyjdą?
- Nie martw się, zaprowadzimy ich do wyjścia.
Podziękowałam uprzejmie i wróciłam do rodziców. Tata złapał za wózek po mojej lewej stronie, mama po prawej i zanim któreś z nich mogłoby się zawahać, narzuciłam szybkie tempo. W chwilę potem staliśmy na czarodziejskim peronie.
Pociąg już czekał na uczniów, bardziej lub mniej zawstydzonych podczas pożegnań z rodzinami. Między ludźmi były niewielkie przerwy, pozwalające przecisnąć się osobom, które jeszcze nie wniosły kufrów do wagonów. Zewsząd dobiegało miauczenie, pohukiwanie i skrzeczenie. Ogromny zegar wiszący nad wejściem obwieszczał pięć minut do odjazdu.
Odwróciłam się do mamy i taty. Już wcześniej rozmawialiśmy o tym, że najprawdopodobniej zobaczymy się dopiero na Gwiazdkę. Tłumaczyłam im sposób naszego przyszłego kontaktowania się - przywiązywanie do nóżki Nefele listu z moim nazwiskiem i wypuszczanie jej bez względu na porę dnia czy nocy (Sowa to nie pies, nie prowadzi się jej na smyczy, można puścić, a ona zawsze dotrze w odpowiednie miejsce). Doskonale wiedziałam, że są zmartwieni; ja również byłam. Nie było jednak mowy, bym miała się wycofać teraz, kiedy zaczynała się największa przygoda w moim życiu.
Pożegnałam się z nimi, gdy pociąg dawał do zrozumienia swój zamiar odjazdu. Tata pomógł mi wnieść kuferek i klatkę z sową do środka wagonu, ale sama dalej miałam je nieść. Kiedy ruszyliśmy, stałam przy oknie, machając zawzięcie, trzęsąc się w środku z ekscytacji.
Tracąc rodziców z oczu, zaczęłam manewrować wózkiem, żeby swobodnie przeprowadzić go przez wąski korytarz. Podążając nim, rozglądałam się za znajomymi twarzami w przedziałach. Widziałam Remy, ale nie było przy niej wolnego miejsca - musieli tam siedzieć wszyscy Gryfoni z trzeciego roku. Zresztą, nawet gdyby było miejsce, nie lubiłam pchać się w obce towarzystwo. Następną osobą, jaką spotkałam, był Nate, siedzący z trzema kuplami w swoim przedziale. Zobaczył mnie, uśmiechnął się i gestem zaprosił do środka, wywołując zaciekawienie swoich kolegów moją osobą. Starając się nie oblać rumieńcem (co nigdy mi się nie zdarzało, ale czułam zbliżającą się falę gorąca), odmówiłam, mówiąc, iż ktoś już na mnie czeka. Co oczywiście było kłamstwem, lecz ja i czwórka obcych chłopaków... Moja nieśmiałość ani razu nie dałaby mi dojść do głosu.
Ostatni przedział, który nie był zatłoczony, zajmowały trzy dziewczyny. Dwie z nich widziałam już wcześniej na peronie, a trzecia...
- Alesha! - zawołałam, otwierając drzwi przedziału.
Odwróciła się w moją stronę, zdziwiona. Alesha była wyższa ode mnie, miała jasnoblond włosy i szarozielone oczy. Smukła, pewna siebie, otwarta na innych. Jako że zazwyczaj zaskakiwała bladością - jak ja - opalała się na delikatną czerwień, a i to przychodziło jej z trudem. Ludzie często brali nas za siostry - nie wiedziałam czemu. Co prawda ja też byłam blondynką, ale bardzo ciemną, niemalże szatynką. Poza tym miałyśmy zupełnie inne rysy twarzy.
- Rose! - ucieszyła się na mój widok. - Nie spodziewałam się ciebie tutaj! Dlaczego nic mi  nie powiedziałaś?
- No... - zająkałam się. - Bo minister magii pozwolił mi powiedzieć tylko jednej osobie spoza rodziny... A ja wiedziałam, że jakbyś się dowiedziała, to powiedziałabyś Nancy, a jakbym powiedziała jej, to ona dałaby znać tobie. To nie mogło się tak roznieść...
- Niepotrzebnie się martwiłaś. - machnęła ręką. - Nancy wie, że ja jestem czarownicą, bo mój tata jest czarodziejem. A w mojej rodzinie wszyscy wszystko wiedzą... - urwała. - Tylko ja nie mogłam nikomu powiedzieć.
Naszej rozmowie przysłuchiwały się spod okna dziewczyny, uśmiechając się do mnie przyjaźnie. Alesha spojrzała na nie, potem na mnie i zaprosiła mnie na miejsce obok jednej z nich. Pomogła mi wtaszczyć na półkę bagaże, zachwycając się Nefele, a następnie zapoznała mnie ze swoimi koleżankami.
Blondynka nazywała się Phoebe Swan, była półkrwi uczennicą drugiego roku oraz ścigającą drużyny Gryfonów. Na wstępie naszej znajomości okazało się, że mamy wspólne zainteresowania, na co moja potworna nieśmiałość mruknęła niezadowolona i zwinęła się gdzieś w kącie. Natomiast brunetka, Rebecca Johnson, z dumą walczyła na pozycji szukającego tego samego domu, była mugolakiem oraz rówieśniczką Phoebe.
Przyjaciółka zręcznie przerwała ciszę interesującym tematem, czyli jak jest w Hogwarcie. Od niechcenia bawiła się różdżką, obracając ją w palcach. Potem wyraziła nadzieję, że będzie w Gryffindorze, a ja nie ukrywałam podejrzeń o swojej przyszłości Krukonki.
Minęły dwie godziny, a za oknem wciąż przesuwał się las. Nagle ktoś otworzył wejście do przedziału, wyrywając nas z rozmowy. Spojrzałyśmy tam. W drzwiach stał Nate oraz jeden z jego kolegów, mniej więcej jego wzrostu Krukon (o czym świadczył niebieski krawat) o jasnych włosach sięgających ramion i wesołych błękitnych oczach. Alesha niespokojnie powierciła się na swoim miejscu.
- Hej, dziewczyny. - Nate wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Przebierajcie się, już dojeżdżamy.
- Obchód robisz? - Rebecca uniosła brwi. - W ogóle, to gdzie czarownica z wózkiem?
- Nie ma jej. - za Nate'em pokazała się Remy. - Mówiłam, żeby ją zastąpił, ale się nie zgodził. - a zauważywszy mnie, rzuciła: - No, no, Rose. Żeby się nie przywitać?
Nie wydawała się jednak przejęta. Usiadła obok mnie, za nią jej kuzyn, a naprzeciwko Krukon. Alesha poprawiła się na swoim miejscu. Posłałam jej niedwuznaczne spojrzenie.
- Chłopaki, jak mamy się przebrać, to zasadniczo powinniście stąd wyjść. - odezwała się Phoebe.
- Zaraz pójdziemy. Chcieliśmy tylko pogadać. - Nate omiótł wzrokiem twarze zgromadzonych. - Znam wszystkich, oprócz ciebie. - zwrócił się do mojej przyjaciółki.
Nowoprzybyła trójka zapoznała się z Aleshą, a następnie Krukon ze mną. Nazywał się David Clifton, był na czwartym roku i okazał się zaskakująco uprzejmy. Phoebe i Rebecca już wcześniej ich znały, więc wiedziały, jak zagadnąć, by nie zapadło milczenie. Poszli po piętnastu minutach, a Remy na odchodne zwróciła się do zawodniczek:
- Hej, w tym roku kapitanem naszej drużyny quidditcha jest Alan Oldman. Da nam popalić, więc wygospodarujcie trochę wolnego czasu.
Obie głośno jęknęły, ale pokiwały głowami.

- Pirszoroczni! - tubalny głos rozniósł się nad głowami podekscytowanych uczniów. - Pirszoroczni do mnie!
Odwróciłam się w stronę źródła głosu, nie mogąc uwierzyć we własne podejrzenia. Miałam jednak rację. Kilkanaście metrów od stacji pociągu stał człowiek wysoki jak dwaj dorośli mężczyźni, z ciemnymi włosami i brodą, poprzetykanymi pasmami siwizny. Zmarszczki wokół oczu pogłębiały się jeszcze bardziej, gdy uśmiechnął się do zbierającego się  przy nim tłumu.
Hagrid.
Ja i Alesha spojrzałyśmy na siebie, nie ukrywając szoku. No, dobrze, Harry Potter nie kłamie, ale że Hagrid jeszcze trzyma się swojej pracy...?
Poprowadził nas w stronę jeziora, gdzie czekały już kilkuosobowe łódki, kołyszące się sennie na czarnej tafli. Nikt nie zadawał zbędnych pytań - uczniowie znali tradycję. My szłyśmy na samym końcu, więc jedyne wolne miejsca, które dla nas zostały, były wąskimi siedzeniami po obu bokach półolbrzyma. Niepewnie wcisnęłyśmy się do łódki, zastanawiając się, dlaczego nikt nie skorzystał z okazji na podróż z żywą legendą.
Hagrid był bardzo miły. Pytał o nasze imiona, czy nam się tu podoba i czy lubimy zwierzęta. Nie byłam pewna, jakie ma na myśli - normalne czy magiczne, do których z pewnością miał słabość - lecz i tak żarliwie pokiwałam głową. Okazało się, iż miłośnik wszelkich stworzeń nadal uczy opieki nad magicznymi stworzeniami. Nie mogłam się zdecydować, czy mam szansę polubić ów przedmiot.
Stanęliśmy na brzegu i już mieliśmy skierować się do zamku, kiedy coś owinęło mi się wokół prawej nogi.
Coś syczącego.
Wyjątkowo duży wąż wspinał się po mnie, tworząc serpentynę połyskującego od łusek cielska. Pisnęłam, wyjęłam różdżkę, ale sama nie wiedziałam, co z nią zrobić. W końcu rozpaczliwie, machając nią i tworząc w powietrzu nikomu nieznane kształty, wychrypiałam:
- Drętwota!
Błysnęło. Uścisk zelżał. Zwierzę, pozbawione nad sobą kontroli, zsunęło się, lądując na mojej stopie jako plątanina z ciała. Z trudem wyciągnęłam z niej swoją nogę i potarłam ją, czekając, aż wróciło mi w niej czucie. Wówczas podniosłam wzrok i ujrzałam swoich rówieśników i gajowego, patrzących się w oniemieniu.
- O co chodzi? - spytałam, drżącym głosem, nadal wytrącona z równowagi atakiem węża.
- Czy ty... - zaczął jakiś pucołowaty chłopak. - Czy ty uczyłaś się tego zaklęcia w pociągu?
- Nie...
- A w domu? - spytała Alesha. Pytania mnie zdziwiły, więc zmarszczyłam brwi. - Rose, jesteś mugolakiem! Nie możesz bawić się różdżką, nie mając za sobą ani jednej lekcji magii, i to w miejscu, gdzie nie ma żadnego czarodzieja! To  niebezpieczne!
- Ale ja nic nie robiłam! Nie bawiłam się różdżką!
- A-aale... - jąkał się Hagrid. - Przed chwilą rzuciłaś zaklęcie... Znaczy nie jakieś specjalnie dobre... Trochę by trzeba popracować... Ale jednak niezłe... Cholibka... Naprawdę nigdy wcześniej tego nie robiłaś?
- Nie. - powtórzyłam, odgarniając grzywkę z oczu. - Ja tylko... Krzyknęłam, co mi pierwsze przyszło na myśl, byle jak wymachując różdżką.
Wszyscy patrzyli się na mnie przez dłuższą chwilę, po czym gajowy odchrząknął i nakazał nam iść za nim do zamku. Uczniowie zastosowali się do polecenia, ale co jakiś czas odwracali głowy, by na mnie spojrzeć i szeptali między sobą, tworząc szmer głośniejszy niż wiatr tańczący w Zakazanym Lesie...

Prowadzeni przez profesor Russell przed stół nauczycieli, podziwialiśmy zaczarowany sufit, migoczący milionami złotych gwiazd na granatowym niebie, chociaż ciężko było je dostrzec poprzez blask latających świec. Po prawej stronie mównicy dyrektora stał niski stołek, a na nim postrzępiona, połatana Tiara Przydziału z klapniętym czubkiem. Pani profesor już wcześniej zapoznała nas z przebiegiem Ceremonii Przydziału, bo jakimś cudem nie wszyscy byli z nią obeznani. Odkąd świat obiegła historia Pottera, połowa osób mruczała pod nosem Tylko nie Slytherin albo Błagam Gryffindor tudzież inny dom. Wobec tego Tiara zdecydowała, iż nie będzie słuchała podobnych jęków. Wybór dawała jedynie w wyjątkowo trudnych przypadkach.
Dziura w Tiarze otworzyła się, a niepozorna część ubioru rozpoczęła pieśń powitalną, opowiadającą o czterech założycielach i ich światopoglądach. Genialna akustyka sali niosła muzykę po całym pomieszczeniu, wywołując u mnie gęsią skórkę.
Profesor Russell wyjęła spod Tiary zwój pergaminu, rozwinęła go i przesuwając po nim  spojrzenie swoich małych, szarych oczu z klapniętymi powiekami, odczytywała na głos nazwiska nowych uczniów. Osoby podchodzące do stołka najczęściej miały zaniepokojone miny i trzęsły się na nogach. Wyjątki przeważnie trafiały do Slytherinu, witającego głośnymi okrzykami pewnych siebie i dumnych nowych.
- Light, Rose! - zawołała nauczycielka.
Zerknęłam na Aleshę, a ta uśmiechnęła się i ruchem głowy popędzała do stawienia czoła jednej z najważniejszych w moim życiu chwil. Starając się nie chwiać ze stresu, ruszyłam w stronę stołka, a Russell trzymała już Tiarę w oczekiwaniu. Gdy usiadłam, opuściła ją na moją głowę. Tiara opadła mi prawie do oczu.
Przez sekundę nic się nie działo. Widziałam obserwujących mnie Nate'a, Phoebe, Rebeccę i Remy. Pragnęłam dołączyć do nich przy stole Gryfonów. Zaczęłam się denerwować, że Tiara się nie odezwie i zostanę wystawiona na pośmiewisko i utratę marzeń, lecz wtedy usłyszałam jej głos w swojej głowie.
Kolejny trudny przypadek...
Wyprostowałam się, a serce zaczęło mi bić jeszcze mocniej.
Slyherin należy odrzucić. Tam nie pasujesz. Hufflepuff? Jesteś lojalna i dobra... Ale to wciąż nie to... Ravenclaw? Hm...
Rzuciłam zaniepokojone spojrzenie na moich znajomych.
Mogłoby tak ewentualnie być. Ale najlepiej pasujesz do...
- GRYFFINDOR! - zagrzmiała.
Poczułam tak błogi spokój i radość, że o mało się nie rozpłynęłam. Wstałam, oddałam pani profesor Tiarę i jak na skrzydłach pofrunęłam do grupy wiwatujących na mój widok Gryfonów. Usiadłam między Phoebe a Remy, posyłając każdemu z mojej nowej paczki uśmiech, po czym ponownie skupiłam się na Ceremonii, by nie przegapić przydziału przyjaciółki. Kiedy przyszła jej kolej, wyglądała na równie przejętą jak inni, ale miała też coś takiego wypisanego na twarzy, jakby toczyła wewnętrzną walkę. Ona też musiała czekać na decyzję Tiary, a wynik miała taki sam jak ja. Ucieszona, usiadła obok mnie i uścisnęłyśmy się, czując magię tej niezwykłej chwili.
Po Ceremonii Przydziału rozpoczęły się ciche rozmowy, które stłumił odziany w purpurową szatę mężczyzna w średnim wieku, z kilkudniowym zarostem, siwiejącymi czarnymi włosami i małym nosem. Był wysoki i uśmiechnięty, sprawiał wrażenie sympatycznego.
- Droga młodzieży! - zawołał. - Pragnę przedstawić się pierwszorocznym. Nazywam się Joseph Wright i jestem dyrektorem Hogwartu. - po oklaskach ciągnął dalej. - Mam przyjemność poinformować pierwszorocznych bazujących na Harrym Potterze, iż odkąd Lord Voldemort poniósł ostateczną klęskę, stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią piastuje nadal ten sam nauczyciel, profesor Price. Jednak to jedna z nielicznych rzeczy, które uległy zmianom, ponieważ wstęp do Zakazanego Lasu jest nadal niebezpieczny i zabroniony. Muszę z przykrością przyznać, iż w tamtym roku pewien uczeń poszedł tam w ramach zakładu i przez ponad tydzień leżał nieprzytomny w skrzydle szpitalnym. - tu dyrektor zrobił przerwę i omiótł nas wzrokiem. - Nie ma żartów z zagrożenia, pamiętajcie o tym. No, to wszystko, co chciałem wam powiedzieć. Witam w szkole!
Ponownie zabrzmiały oklaski, lecz szybko naszą uwagę odwróciła uczta zapachów i smaków. Wszyscy rozmawiali i śmiali się, a ja oraz Alesha nie mogłyśmy nacieszyć się swoją przygodą. Remy pokazała mi na jednym ze swoich kolegów Zaklęcie Dezorientacji, polegające na zmienianiu się barw i kształtów wszelkich otaczających ofiarę przedmiotów. W ten sposób chłopak wylądował pośród tuzina kolorowych sów. Kilka razy przyłapywałam Nate'a na przyglądaniu mi się, ale nie uciekał wzrokiem. Uśmiechał się wesoło, a ja wiedziałam, że nie mogłam trafić do lepszego towarzystwa.
Po uczcie powitalnej, najedzeni i śpiący, wszyscy Gryfoni udali się za prefektem do wieży Gryffindoru. Hasło brzmiało Rycerskość. Gruba Dama zaprosiła nas do pokoju wspólnego, wyglądającego dokładnie tak, jak opisywała to Rowling: w kominku trzeszczał ogień, rzucający delikatne światło na znajdujące się blisko niego fotele i kanapę; przy oknie stał mały stolik, a na nim szachownica; portrety na ścianach prowadziły zawziętą dyskusję, który z nich wyszedł spod pędzla lepszego malarza. Rozglądałam się, zachwycona otoczeniem. 
Nikt nie miał w sobie tyle siły, by oprzeć się wizji czekających na końcu krętych schodów łóżek, więc rozeszliśmy się do swoich sypialni. Ja i Alesha dzieliłyśmy ją jeszcze z Caroline Grant, Anne Curtis oraz Amandą Hayes. Wszystkie miały brązowe oczy, ale każda inny kolor włosów - Caroline ciemny blond, Anne brąz, a Amanda kruczoczarne loki. Leżąc w łóżkach rozmawiałyśmy, dopóki nie zmorzył nas sen.

Obudziłam się, kiedy zaczynało świtać. Potarłam oczy, przewróciłam się na brzuch, próbując usnąć w innej pozycji, wsunęłam dłonie pod poduszkę.
Zamarłam. Trzęsąc się, wyjęłam spod niej czarne pióro i zieloną łuskę węża. Wyglądała, jakby należała do tego, z którym walczyłam wczoraj, połyskiwała w świetle nieśmiałych promieni słonecznych i rozjaśniała się na brzegach.
To niemożliwe...

środa, 4 lipca 2012

Rozdział III
Tydzień później cała nasza rodzina stała wraz z Anthonym Morrisem, pracownikiem Urzędu Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli, przed Dziurawym Kotłem - którego moi rodzice nie byliby w stanie dostrzec, gdyby nie rzucone na nich wcześniej pomimo gorących protestów zaklęcie. Budynek był mały, obskurny i, co za tym idzie, niezachęcający. Pan Morris wszedł do środka pierwszy, a my za nim.
W środku było duszno i gwarnie. Większość stolików zajmowali palący papierosy czarodzieje w średnim wieku oraz towarzyszące im czarownice, wolno sączące alkohol z kieliszków. Gdzieniegdzie na ścianach łuszczyła się czerwona farba. Chociaż okna były odsłonięte, w rogach pubu paliły się wysokie świece.
Morris powitał barmana uniesieniem dłoni, powstrzymując go tym samym przed podejściem i rozpoczęciem rozmowy. Poprowadził nas do tylnych drzwi, które tak jak się spodziewałam, prowadziły na małe, zachwaszczone podwórko. Urzędnik wyjął różdżkę, stuknął nią w ceglany mur i puścił nas przodem przez ukazujące się przejście.
Ulica Pokątna wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałam. Po obu stronach drogi, wzdłuż chodników ciągnęły się sklepy z ogromnymi szyldami - Madame Malkin, Esy i Floresy, a nawet...
- Nie mogę w to uwierzyć! - pisnęłam, ściągając na siebie uwagę przechodniów. - To naprawdę Magiczne Dowcipy Weasley'ów?!
Pan Morris spojrzał w tamtą stronę i uśmiechnął się.
- W rzeczy samej. - przytaknął. - Przecież książka Harry Potter nie kłamie. - zaśmiał się.
- I tam pracuje George Weasley? - pytałam z niedowierzaniem. 
- Tak. - pokiwał głową. - Ech, współczuję panu Weasley. Po tym, jak Rowling opublikowała w mugolskim wydawnictwie historię Pottera, wszyscy, którzy w niej wystąpili mają męczące życie. Widzisz, Rose, do tego sklepu ciągnie cała masa mugolaków, i nie tylko mugolaków, tak nawiasem mówiąc, którzy z zapartym tchem wypytują pana George'a o bitwę o Hogwart. Lecz dla niego to okrutny powrót do przeszłości, wspomnienie śmierci brata bliźniaka i wielu innych bliskich. Rose, nie pytaj go o nic. Możesz tam wejść, porozmawiać z nim, choćby o towarze, jeśli chcesz. Tylko nie wchodź na niewygodny temat.
Najpierw byłam zawiedziona. Przepuszczenie okazji na rozmowę z żywą legendą wydawało mi się straszne. Z drugiej strony uświadomiłam sobie, co George Weasley musiał przeżyć, czuć, myśleć. Zapewne nawet nie umiałabym tego pojąć, gdyby próbował mi wyjaśnić, a skoro tak, to niech nie wyjaśnia. Niech nie wraca do przeszłości - nie przeze mnie.
- Skąd Rowling o tym wszystkim wiedziała? Też jest czarownicą?
Morris ponownie pokiwał głową.
- Ukrywa to, mugole nic nie wiedzą. Niektórzy tylko żartują, że ona nią jest, ale nic więcej. Jej dziecko z pierwszego małżeństwa nie jest czarodziejem. Postanowiła spisać całą historię i dać ludziom zakosztować trochę magii, bo nie wiedziała, jakim cudem ludzie funkcjonują bez niej. A informacje miała najlepsze, jest daleką rodziną samej Hermiony Weasley, z domu Granger.
Wybałuszyłam na niego oczy.
- Słucham?!
- Tak, tak. - zaśmiał się urzędnik. - Zaskakujące, prawda? Co prawda pani Hermiona jest mugolakiem, ale jej prapraprababcia była czarownicą i wzięła ślub z mugolem. Jej pierwsza córka była magiczna i to od niej pochodzi Rowling, ale druga, praprababcia pani Weasley, nie. 
Wkraczając w ten nieznany świat, oczekiwałam tajemnic i zagadek. Pragnęłam ich. Tylko że nie spodziewałam się, iż wszystko co z żalem do tej pory uznawałam za fikcję, okazywało się prawdą, a to już zaczynało mnie przerastać.
- Mogłabym zajrzeć do sklepy Weasley'ów? - skierowałam pytanie do rodziców, ale to Morris mi odpowiedział:
- Najpierw wypadałoby iść do Gringotta, nie sądzisz?
- Ale ja nie mam skrytki...
- Oczywiście, że nie. Wymienimy mugolskie pieniądze na te czarodziejów i założymy ci ją. Dopiero po tym będziesz mogła robić zakupy. W drogę. - skinął głową w kierunku Banku, którego majestatyczna, biała sylwetka malowała się daleko przed nami na tle błękitnego nieba.

Podczas gdy moi rodzice siedzieli z urzędnikiem w małej kawiarni na rogu Pokątnej, pilnując mojego kuferka pełnego książek, nowych, nietypowych przyborów szkolnych i szat, ja spokojnie spacerowałam po uliczce, rozglądając się za co ciekawszymi sklepami. Zatrzymałam się na chwilę przed sklepem sportowym, podziwiając najnowszy cud, Błyskawicę 700 (kolejne udoskonalenie starego modelu). Wiedziałam, że według nowych zasad pierwszorocznym pozwala się na posiadanie miotły, a nawet na należenie do drużyny quidditcha, ale zdawałam sobie sprawę również z tego, że to najprawdopodobniej nie dla mnie. W szkole na WF-ie byłam kiepska. Podejrzewałam, iż dałabym sobie radę na miotle, ale rywalizując o tak wysoką stawkę jak Puchar - nie, nie ma mowy.
Moim następnym przystankiem był sklep Weasley'ów. Z bijącym sercem zbliżyłam się do drewnianych drzwi, pomalowanych zieloną farbą i powoli je otworzyłam, kątem oka zerkając na barwną wystawę, pełną najróżniejszych, ale kuszących dziwactw.
Dzwonek nad drzwiami obwieścił nowego klienta, jednak tylko ja go usłyszałam, bo w środku był wielki hałas. Tworzyły go zarówno zabawne wynalazki, jak i kupujący. W tłoku starałam się odnaleźć George'a, jednak moje wysiłki spełzły na niczym. Nigdzie nie było widać żadnej rudej czupryny. Zrezygnowana, lecz mimo wszystko nadal przejęta, zaczęłam przesuwać się wzdłuż półek, oglądając szalone przedmioty i czytając ich opisy - od obrzydliwych, przez niejasne, aż po zachwycające geniuszem braci. Znalazłam słynną Bombonierkę Lesera i wzięłam pudełko do rąk, oglądając znajdujące się na nim obrazki.
- Z biegiem lat nie tracą popularności. - usłyszałam obok siebie męski głos. - Chociaż jest to pewnie zasługa Rowling.
Spojrzałam w stronę źródła dźwięku i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Stałam twarzą w twarz z właścicielem sklepu, czarodziejem tak słynnym, że pewnie nawet tego nie pojmował, a na pewno o tym wiedział.
Lata go zmieniły. Miał teraz niewiele ponad trzydziestkę, ale oczy mówiły, że wieku jego ciała i duszy nie należy porównywać. Delikatny zarost dodawał jego twarzy uroku, a cienie pod oczami dowodziły niedobór snu.
- Zakładam, że ma pan rację. - przyznałam, starając się, by głos mi się nie zatrząsł.
- Oczywiście. - kąciki jego ust się uniosły. - Co do moich produktów, jestem nieomylny.
- Zauważyłam, że ma pan tu nawet pelerynki niewidki.
- Tak. - przyznał. - Ale to nie są takie zwykłe pelerynki niewidki. Są nimi tylko dla właścicieli i dla osób, które owi właściciele dopuszczą do ich tajemnicy. Dla wszystkich innych wyglądają jak zwykłe, czarne, szkolne peleryny. 
- Hm... - mruknęłam. - Chyba kupię jedną.
- Jak już się namyślisz, to znajdziesz mnie przy kasie. - Kiwnął głową w tamtą stronę. - A jak nie mnie, to jakiegoś pracownika.
- Dobrze. - zaśmiałam się nerwowo.
- Bywaj.
George Weasley poszedł porozmawiać z innymi klientami, a ja podekscytowana skierowałam się do półki z pelerynkami. Stanęłam przed nią, znalazłam ciekawiący mnie towar wzrokiem i jeszcze raz przeczytałam opis:


By sekrety poznać innych,
By ich śledzić w miejscach dziwnych
Starczy wrzucić to na siebie,
W tym bezpiecznie jest jak w niebie.

Pod spodem widniała cena - 11 galeonów i dziesięć syków po przecenie. Jęknęłam.
- Tak, ceny są miażdżące.
Znów ktoś mnie zaskoczył, tym razem od tyłu. Stała tam dziewczyna niewiele wyższa ode mnie, o jasnozielonych oczach, idealnie prostych brązowych włosach sięgających połowy pleców i delikatnym uśmiechu. Jej brwi tworzyły zgrabne łuki. Rysy twarzy miała ostre, ale ładne. Długie, opalone na złoto nogi podkreślała krótkimi spodenkami.
- Nawet po przecenie. - pokiwałam głową.
- Przecena jest tylko po to, żeby zachęcić uczniów z mugolskich rodzin. Osoby czystej krwi, jak ja, albo półkrwi przeważnie znają się na rzeczy i kupują prawdziwe pelerynki niewidki. Z tego, co widzę, jesteś mugolakiem, więc ci coś doradzę. Nie kupuj tego, szkoda kasy. Zamów sobie porządną pelerynę. Więcej kosztuje, ale nie traci swoich właściwości tak szybko. Nawet, jeśli nie są one takie ekstrawaganckie, jak tych nowych.
Zacisnęłam nieco usta.
- Moje pochodzenie aż tak rzuca się w oczy? - spytałam.
- Och, tak. - uśmiechnęła się lekko złośliwie. - Oczy ci się świecą, jakby były końcem różdżki podczas zaklęcia Lumos. Widać, że jesteś tu pierwszy raz.

Remy Nina Morgan - bo tak nazywała się ta dziewczyna - na ogół była miła, ale miała też przebłyski złośliwości i cynizmu, co mnie trochę irytowało. Lubiłam zaskakiwać ją swoją wiedzą o świecie magii, ale nie lubiłam jej późniejszej miny, mówiącej No tak, zjadła wszystkie rozumy, bo przeczytała Pottera. Gdyby nie to, że nie wywyższała się swoją czystą krwią i nie mówiła nic o mojej, bezczelnie zapytałabym ją, czy jest Ślizgoną. Choć subtelna kąśliwość nie jest przecież powodem, by od razu tam trafić.
Taka była na początku. Zmieniła się, gdy zaczęłyśmy mówić o quidditchu. Okazało się, że jest ścigającą Gryffindoru. Ucieszyło ją, gdy powiedziałam, że znam się na zasadach tej gry. Wprowadziła mnie w tajemnice reprezentacji poszczególnych krajów i chociaż zachwycała się Irlandią, gorąco kibicowała Anglii i wierzyła w jej przyszły sukces. A może raczej się o niego modliła.
Poszłyśmy razem do sklepu z różdżkami u Boonera. Wystawa była skromna, z kilkoma jedynie wytworami. Wzrok przykuwała połyskująca na złoto tabliczka nad wejściem - Ollivander do 1997 r.
- To tu... - szepnęłam.
- Tak. Właśnie tu.
Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Było tu niepokojąco cicho i tajemniczo. W promieniach Słońca wpadających przez okno tańczył kurz. Ściany całkowicie zasłaniały poukładane jedno na drugim wąskie pudełka z różdżkami. Nie trzeba było dzwonka, by w tej grobowej atmosferze wiedzieć, kiedy ktoś wchodzi. Sam odgłos zamykanych drzwi o tym informował.
- Witam. - do lady podszedł wysoki mężczyzna w średnim wieku i z miłym uśmiechem. Ani trochę tu nie pasował. - W czym mogę pomóc? Nowa różdżka czy naprawa?
- Nowa. - powiedziałam, ale po chwili powtórzyłam głośniej, bo mój głos dopasował się do otoczenia.
- Podejdź tu.
Posłusznie wykonałam polecenie. Pan Booner zmierzył różne odcinki mojego ciała, jak długość ręki i wzrost. Remy stała nadal przy drzwiach, przyglądając mi się, bo niezaprzeczalnie nie było tu niczego ciekawego, by móc się tym zająć.
Wytwórca bez zapowiedzi oddalił się i zniknął wśród regałów, przynosząc po paru minutach sześć brązowych pudełek. Otworzył pierwsze, wyjął z niej różdżkę, przetarł ją białą ściereczką wyjętą z kieszeni i podał mi, mówiąc:
- Jedenaście i trzy czwarte cala, klon, rdzeń z włókna smoczego serca, lekko sprężysta.
Machnęłam nią. Natychmiast mi ją zabrał i podał kolejną. Znów nie to. I znowu. Wkrótce wszystkie przyniesione różdżki okazały się złe. Remy przestępowała z nogi na nogę, zaczynając się męczyć. Pan Booner przyglądał mi się przez chwilę, jeszcze raz dokonał pomiarów, a potem zapatrzył się w przestrzeń. Odszedł ponownie do półek i słyszałam, jak szybko w nich grzebie. Wrócił brudny i zakurzony, z dziwnym błyskiem w oku. Z przyniesionego szarego pudełka wyjął wyjątkowo ładną różdżkę, wytarł ją dokładnie i mi ją podał.
- Dwanaście i pół cala, modrzew, pióro feniksa, lekko sprężysta i jak widać, pięknie zdobiona.
Wzięłam ją delikatnie do ręki i poczułam, jakby przepłynął przeze mnie prąd. Przyjrzałam się jej uważniej. Była prosta, z oplatającym ją na dole kształtem przypominającym winorośl.
- Idealna. - zachwycił się. 
Wziął ją ode mnie i zapakował. Zapłaciłam mu wyznaczoną cenę, pożegnałam się i zabierałam się z Remy do wyjścia, kiedy usłyszałam, ja mówi cicho sam do siebie:
- I tak oto ostatnia różdżka Ollivandera, która tak długo nie mogła znaleźć odpowiedniego czarodzieja, została sprzedana.

Poszłyśmy do lodziarni. Niosłam pakunek z różdżką i klatkę z moją nową sową, czyli puszczykiem, którą nazwałam Nefele, od imienia greckiej bogini chmur. Remy aprobowała mój wybór, chociaż sama podsuwała mi najpierw imię Nike.
Usiadłyśmy razem przy jedynym wolnym stoliku, jedząc słodycze i rozmawiając. Ja pytałam ją, jak to jest od dziecka wiedzieć o magii, a ona mnie, jak to jest nie wiedzieć. Żadna z nas nie mogła się nadziwić opowieści tej drugiej. Kiedy mama do mnie zadzwoniła (nie wiedziałam, jakim cudem był tam zasięg), wyjaśniłam pod czujnym spojrzeniem towarzyszki, gdzie jestem. Potem oczywiście musiałam pokazać koleżance komórkę i jak się nią obsługiwać. Szybko się do niej uprzedziła.
Jedząc drugą gałkę lodów, rozglądałyśmy się obie dookoła. Ja z zaciekawieniem, ona ze znużeniem. 
Dwa stoliki dalej siedział jakiś chłopak. Wyglądał, jakby był niewiele starszy ode mnie. Miał zmierzwione, ciemnobrązowe włosy i delikatne rysy. Popijał napój z plastikowego kubka i przyglądał mi się, co jakiś czas rzucając okiem na Remy. 
Wstał i ruszył w naszym kierunku. Odwróciłam wzrok, udając, że nic mnie nie obchodzi to, co robi, mimo że serce waliło mi jak oszalałe.
- Hej. - przywitał się. - Mogę usiąść?
Już chciałam odpowiedzieć, ale koleżanka mnie uprzedziła.
- Tak, pewnie. - a kiedy zajął miejsce, dodała niedbale, wskazując na mnie ruchem głowy: - To jest Rose Light. Idzie na pierwszy rok.
- Miło poznać. - uśmiechnął się ciepło i podał mi rękę. Uścisnęłam ją, nie mogąc oderwać wzroku od jego chabrowych oczu. - Ja jestem Nate River. To będzie mój drugi rok.
- W jakim jesteś domu? - spytałam z braku pomysłu.
- W Gryffindorze. Tam kwitnie męstwa cnota, więc to dla mnie idealne. - zaśmiał się.
- Skoro męstwo to jedyne, co możesz z siebie wykrzesać... - rzuciła Remy.
- Nie czepiaj się, kuzynko, sama tam jesteś.
- Kuzynko? - wymknęło mi się.
- Tak. - pokiwał głową. - Nasze mamy są siostrami. Ona jest podobna do swojej, ale ja jestem podobny do ojca. Stąd ta różnica w wyglądzie.
- Wracając do tematu - przerwała dziewczyna. - ja bym mogła być w każdym z domów. Tak, nie wypieram się nawet Slytherinu, chociaż nie wytrzymałabym ze Ślizgonami. Może dlatego Tiara chciała mnie umieścić w Hufflepuffie.
Zmarszczyła brwi.
- Myślałam, że tam idą same miłe i uczynne osoby. - zażartowałam.
- Masz u mnie plusa, Rose. - powiedział Nate, kiedy już się uspokoił. - Ale nie do końca tak jest. Znaczy większość przypadków tak właśnie wygląda, ale trafiają tam też osoby, które mają po trochu z każdej z cech innych domów, ale ani jedna nie przeważa. Helga Hufflepuff powiedziała, że chce uczyć wszystkich i nie robi jej różnicy, kto jaki jest. Dlatego pod jej patronat są przydzielani ci, tak zwani, niezdecydowani.
- Ale ja byłam zdecydowana, że nie chcę tam iść, bo wolę konkrety. Więc poszłam do Gryffindoru. - wtrąciła się Remy. - Większość osób, gdy dowiaduje się, że Tiara może z nich zrobić Puchonów, nie lubią się do tego publicznie przyznawać. Nie rozumiem ich. Dom jak każdy. Poza tym skoro jest się jedną wielką mieszanką, to ich decyzja, gdzie chcą iść. Huff to tylko wskazówka dla wszechstronnych.
Przyjrzałam jej się uważniej. Ona była dumna z tego, że mogła być Puchonką. Zaskakiwała mnie.
- A ty, jak myślisz, gdzie pójdziesz? - zapytała.
- Pewnie do Ravenclawu. - odparłam błyskawicznie. - Już wcześniej o tym myślałam. Chyba tam trafię.
- Kujonek? - uniosła brwi.
- Zdolna osoba. - mruknęłam. Nienawidziłam, kiedy ktoś nazywał mnie kujonem.
- Daj spokój. Masz to wypisane na twarzy.

Popołudnie na Pokątnej minęło przyjemnie i stanowczo za szybko. Pożegnałam się z nowymi znajomymi i zadzwoniłam do taty, by dowiedzieć się, gdzie są. Czekali na mnie w Dziurawym Kotle. Poszłam tam, wymijając tłumy obcych ludzi i plącząc się im pod nogami.
Kiedy już się spotkaliśmy, moi rodzice zbadali wzrokiem brązowe, puszyste stworzenie z klatki. Dali mi na nie wcześniej pozwolenie, lecz było widać, iż jest to dla nich co najmniej nienormalne.
Zapakowaliśmy się wszyscy do samochodu Morrisa. Usiadłam z tyłu z mamą, a między nami ustawiłam klatkę z Nefele, która wyjęła głowę spod skrzydła i niespokojnie obserwowała moją rodzicielkę. Wsadziłam palce do jej małego domku i pogłaskałam ją po piórkach. Wyciszyła się.
Droga tutaj zajęła nam dobre pół godziny, więc tyle samo spodziewaliśmy się po drodze powrotnej. Z początku podróż była nudna i usypiająca. Nie miałam siły słuchać wymiany poglądów taty i Morrisa na temat polityki czarodziejów oraz polityki zwykłych ludzi. Kto miałby?
Nagle coś gwałtownie uderzyło o dach samochodu, robiąc w nim małe wgłębienie tuż nad moją głową. Podskoczyłam, wystraszona. Miny innych wyrażały to samo.
Znów coś uderzyło, tym razem nisko w bok. Tata wyjrzał przez okno.
- Przecież to... - zdziwił się. - To ptak.
Wystraszyłam się nie na żarty. Wielki, czarny kruk uderzył w tył całym ciałem, ale wyraźnie ustawiając dziób w poziomie do walki. Na szybie pokazała się pajęczyna pęknięć.
- Szybciej! - krzyknęłam do urzędnika.
Przyspieszył, ale to na niewiele się zdało. Auto było stare i niebezpiecznie było jeszcze bardziej się rozpędzać. Nefele rzucała się w klatce, a ja nawet nie próbowałam jej uspokoić. Ktoś musiałby najpierw uspokoić mnie.
Kruk zniknął na kilka minut. Siedzieliśmy spięci w oczekiwaniu na jego ponowny atak.
Łup! Kolejne wgniecenie w dachu. Tym razem dużo głębsze. Dach trząsł się. Było słychać pisk pazurów i uderzenia skrzydeł, przez okno ujrzałam dwa spadające, czarne pióra. Kruk nie mógł się uwolnić - ciężko było wybrać, czy to dobra, czy też zła karta. Mama z trudem przestawiła klatkę, przysunęła się do mnie i mocno przytuliła, zasłaniając jednocześnie przez zagrożeniem.
Morris skręcił bardzo ostro na najbliższym zakręcie, a ptak przesunął się z hałasem, uwolnił i spadł. Moich uszu dobiegło głośne krakanie. Obejrzałam się. 
Już nic nie leciało za nami.
Przecznicę dalej był nasz dom. Zaparkowaliśmy i wyskoczyliśmy z samochodu. Dopiero, kiedy zasapani znaleźliśmy się w salonie, tata wykrzyknął:
- Co za głupie zwierzę! Z jakiej racji się na nas rzuciło?
Ja i pan Anthony spojrzeliśmy na siebie. Zrozumiałam, że jest tego samego zdania, co ja.
To nie był zwykły kruk.