wtorek, 2 kwietnia 2013

Rozdział VIII
Noc była pochmurna, a co za tym idzie bezgwiezdna. Jedyne światło na błoniach pochodziło z okien zamku i latarń. Gwałtowny wiatr szarpał drzewami - wszystkimi, prócz Bijącej Wierzby, która miała dość siły, by bez specjalnych starań być cały czas w jednej pozycji. Obserwowałam ją z okna pokoju wspólnego Gryffindoru, zastanawiając się, czy to możliwe, by nawet najcieńsza jej gałązka nie drżała. Byłoby to niepokojące. Albo raczej upiorne.
Zaczynałam już przysypiać z głową opartą na dłoniach, gdy ktoś położył mi rękę na ramieniu. Otrząsnęłam się, otarłam oczy i spojrzałam na Nate'a, który był całkowicie przytomny i - jak widziałam w jego oczach - pełen energii i ochoty do przygody. Przez ramię miał przewieszoną torbę, tak wypchaną, że nawet nie zapiętą. Spod jej "klapy" widać było dwie dość grube książki, różdżkę, butelkę i dwie fiolki z połyskującym srebrnym płynem. A to na pewno nie było wszystko.
Rozwinął pelerynę niewidkę, trzymaną wcześniej pod pachą i z lekkim uśmiechem zwrócił się do mnie:
- Gotowa?
Kiwnęłam głową, rzucając kątem oka ostatnie spojrzenie na złowieszczą Bijącą Wierzbę, mając nadzieję, że nie spotkam tej nocy niczego tak niebezpiecznego jak ona.

- To takie bez sensu. - mruknął Nate, pochylając się, aby razem ze mną zmieścić się pod pelerynką - Dlaczego przejście do Komnaty Tajemnic jest w damskiej toalecie? Przecież Slytherin był mężczyzną.
Stłumiłam śmiech, bo faktycznie było to dość dziwne i nasuwało różne skojarzenia...
- Może wtedy to była męska? - odszepnęłam.
Weszliśmy do środka, przeciskając się przez wąską szparę między drzwiami a framugą - tylko na taką mogliśmy sobie pozwolić, bo pamiętałam, że te drzwi bardzo skrzypiały.
W łazience było ciemno, słychać było krople wody cieknące z kranu i rozpryskujące się na umywalce. Powoli przeszliśmy się po pomieszczeniu, żeby sprawdzić, czy kogoś w nim przypadkiem nie ma. Teren był czysty, więc zdjęliśmy pelerynkę i stanęliśmy przed miejscem, gdzie ukryte było przejście. Pogładziłam dłonią wyrzeźbionego węża i czując na sobie spojrzenie Nate'a, powiedziałam głośno i wyraźnie:
- Otwórz się.
Umywalki rozsunęły się, a wydany przez to dźwięk poniósł się echem w dół okrągłej dziury, którą odsłoniły. Staliśmy na jej krawędzi przez dobrą minutę, zastanawiając się, czy aby na pewno jest to dobry pomysł. Potem Nate chwycił moją dłoń. Policzył do trzech i razem skoczyliśmy w czarną otchłań...

Jak się okazało, wpadliśmy do stromego tunelu o śliskich, okrągłych ścianach - można by to nazwać zjeżdżalnią, gdyby nie to, że owo słowo dobrze się kojarzy. A miejsce, w którym się znaleźliśmy z pewnością nie było niczym dobrym. Prędkość ściskała nam płuca, uniemożliwiając krzyczenie.
Kiedy znaleźliśmy się już na samym dole, chrupnęły pod nami stare, łamane i gołe kości - większość wyglądała na zwierzęce, ale część... część miała niepokojąco duże rozmiary... Kilka czaszek porozrzucanych dookoła nie pozostawiało jednak żadnych wątpliwości.
Starając się nie patrzeć pod nogi, ale przed siebie, wyciągnęłam z kieszeni różdżkę i ponownie podając roztrzęsioną dłoń Nate'owi, ruszyłam przed siebie. Wszelkie próby zachowania ciszy spełzły na niczym - kości stukały o siebie, przesypywały się, łamały...
To nie kości. wmawiałam sobie, przyglądając się oddalonemu, oświetlonemu wejściu do Komnaty...
Nagle się potknęłam. Nate nie zdążył mnie złapać i leżałam twarzą w twarz z ludzką czaszką, wpatrującą się we mnie pustymi oczodołami. Jednocześnie czułam pieczenie policzka i syknęłam z bólu oraz przerażenia.
Nate chwycił mnie w talii jedną ręką, a drugą pod ramię i pomógł mi wstać. Kiedy zobaczył mnie w nikłym świetle, ze zmartwieniem zmarszczył brwi i uniósł różdżkę.
- Nie bój się, to nie będzie polało. - szepnął, uniósł moją twarz i przyłożył do niej koniec różdżki, mówiąc: - Episkey.
Rzeczywiście, nawet nie poczułam, jak rozcięcie na skórze zarosło się i zniknęło, ale po ciepłym uśmiechu zadowolonego Nate'a zrozumiałam, że wszystko jest w porządku. 
Ja jednak nie czułam się ani trochę w porządku. Staliśmy w niemal zupełnych ciemnościach i chociaż nie widziałam jego twarzy, wiedziałam, że jego chabrowe, głębokie oczy są wpatrzone we mnie, a rozczochrane ciemnobrązowe włosy opadają zawadiacko na czoło.
W sumie to całkiem normalne, że wiem, że tak jest. Przecież on tak właśnie wygląda, więc nie muszę go widzieć, żeby o tym wiedzieć. Nikt kto go zna nie musi.
Odsunęłam się, uśmiechnęłam do ciemności i podziękowałam, ponownie chwytając jego dłoń i idąc przed siebie.

Naszym oczom ukazała się ogromna komnata, w której woda sięgała do kostek, a sufit podpierały wysokie kolumny z wyrzeźbionymi wężami. Na przeciwnej do drzwi ścianie była ukazana ogromna twarz mężczyzny, być może Slytherina. Całość kąpała się w zielonkawym świetle niewiadomego pochodzenia.
Nie chcieliśmy się rozdzielać, ale nie było innego wyjścia. Puściliśmy swoje ręce; ja ruszyłam w stronę tajemniczej twarzy, a on udał się do kolumn. Plusk wody odbijał się od ścian. Wszystko w tej komnacie było idealne dla groźnego drapieżnika - strome wejście, aby ofiara nie miała jak wrócić, porozrzucane kości i ciemność, aby straciła zdolność chłodnego  myślenia i jeszcze woda, spowalniająca jej ruchy, obciążająca ubranie i chlupocząca przy każdym ruchu. Gdyby był tu bazyliszek, nasz los byłby już przesądzony.
Gdyby tu był.
Gdyby.
A czego my tu innego szukamy jak nie śladów życia węża?
Otrząsnęłam się i szybko rozejrzałam po Komnacie, sprawdzając, czy Nate'owi nic się nie stało. Na szczęście bezpiecznie (w każdym razie taką miałam nadzieję) kręcił się przy kolumnach, wodząc palcami po rzeźbach i co chwila szukając czegoś w jednej ze swoich grubych ksiąg. Powróciłam do swojego zajęcia.
Twarz na ścianie była wielka i groźna. Miała w sobie coś majestatycznego, potężnego, jakby była obliczem króla, a ja nędznym podwładnym. Wydawała się zniszczona jak po kwaśnych deszczach, ale była też bardzo twarda. Nie kryła tajemniczych schowków, oprócz wiadomej dawnej kryjówki bazyliszka.
Dawnej.
Cofnęłam się, unosząc różdżkę.
- Otwórz się.
Kryjówka się otwarła. Słyszałam biegnącego w moją stronę Nate'a, krzyczącego coś do mnie. Krzyki jego były rozpaczliwe, ale rozumiałam ich. Rozumiałam tylko to, co widziałam. A widziałam przed sobą mały pokój oświetlony pochodniami, ze ścianami oblepionymi pergaminem pokrytym tajemniczymi znakami. Weszłam do środka, przypatrując się tym zapiskom, a wtedy Nate wrzasnął najgłośniej jak tylko potrafił, wciąż do mnie biegnąc:
- ROSE! ZA TOBĄ!
Odwróciłam się i wówczas ujrzałam przypatrującego mi się zielonego węża. Przypatrywał mi się, a ja jemu, więc nie mógł to być bazyliszek...
Nagle wąż wyprężył się i z całą mocą rzucił się ku mnie, chcąc ukąsić mnie w szyję. Próbowałam uciec w bok, zasłaniając się rękami. Wąż nie był jednak wybredny - skoro nie dałam mu szyi, ugryzł mnie w rękę. Krzyknęłam z bólu, upadłam, ale zaraz się podniosłam i znalazłszy się obok Nate'a, popchnęłam go, żeby uciekał. On jednak już motał zaklęciami w węża, zaciskając mocno zęby. Ja również wyjęłam różdżkę i rzuciłam pierwsze zaklęcie, które przyszło mi na myśl.
- Drętwota!
Trafiłam, ale rzucenie zaklęcia osłabiło moje siły i jeszcze bardziej rozbolała mnie ręka. Zajęło to moją uwagę jedynie przez chwilę, bo to, co zrobił wąż, kazało mi o wszystkim zapomnieć.
Pod wpływem Drętwoty gad wydał z siebie ostry syk i zaczął się wić, rozbryzgując wodę. Zaczął rosnąć i zlewać się w jedną masę, a w następnej chwili masa ta przybrała ludzki kształt.  Zakapturzony człowiek, z budowy ciała wywnioskować można było, że mężczyzna, podniósł się z klęczek, wyjął różdżkę i rzucił w nas zaklęciem niewerbalnym.
- Protego! - krzyknęłam, osłaniając siebie i towarzysza, jednak zaklęcie przeciwnika było tak mocne, że odbiło się od tarczy, niszcząc ją.
Schroniliśmy się za kolumnami, broniąc się zawzięcie. Jedno z zaklęć Nate'a ugodziło w klatkę piersiową mężczyzny i odrzuciło go do tyłu. Szybko się podniósł i zaczął uciekać. Pognaliśmy za nim, ale kiedy wybiegliśmy z komnaty, nie mogliśmy go dostrzec. Zaklęcie Lumos rozświetlało ciemności, jednak mężczyzny nie było śladu.
- Musimy tam wrócić. - szepnęłam.
- Wiem, ale najpierw chcę sprawdzić, czy mamy czystą drogę.
- Nie do łazienki, Nate. Nie o to mi chodziło. Musimy wrócić do tej rzeźby twarzy.
Odwrócił się do mnie gwałtownie, robiąc wielkie oczy.
- Zwariowałaś?! 
- Nie, nie, posłuchaj mnie! - odparłam, niezrażona jego złością. - Wiem, że byłam lekkomyślna, ale w tym pokoju... tam są jakieś notatki na ścianach. Gdybyśmy je zdarli i sprawdzili potem, co znaczą...
- Nie ma mowy.
- No, proszę cię! Nasza wyprawa miałaby zostać bezowocna? - skrzywiłam się.
- Owoce są, ale nie takie jak trzeba. - wskazał ruchem głowy moją rękę. - Muszę ci to jak najszybciej przemyć wywarem z łez feniksa.
- Zaraz! - niemal krzyknęłam i pobiegłam po zapiski. Moja słaba kondycja dała się we znaki, ale nie mogłam niepokoić Nate'a słabymi siłami, więc zmusiłam się i pospieszyłam z powrotem. 
Nate czekał, trzymając miotłę w jednej ręce, a różdżkę w drugiej.
- Skąd wziąłeś miotłę? - zdziwiłam się, opanowana sennością. Czułam ciepłą krew rozlewającą się po rękawie.
- Zmniejszyłem ją czarami i wsadziłem do torby. - odparł przyglądając się z niepokojem mojej ręce. - Wskakuj - nakazał i pomógł mi wsiąść, po czym usiadł przede mną i kazał się objąć. W ostatniej chwili poprawiłam wystające mi z kieszeni notatki, a potem odbiliśmy się od chrupiących kości i polecieliśmy w górę tunelem.

- Szczypie? - szepnął, przecierając moje gołe ramię ręcznikiem, aby wytrzeć resztki wywaru z łez feniksa.
- Tylko trochę. - mruknęłam, osłabiona.
Znajdowaliśmy się w damskiej łazience. Nadal była noc, ale Nate postanowił zaryzykować i zapalić dwie pochodnie, zamiast zdawać się na światło księżyca. Leżałam na podłodze z peleryną zwiniętą pod głową, a rękaw mojej koszuli był rozdarty, pokrwawiony i podwinięty, by Nate mógł mnie wyleczyć. Robił to bardzo delikatnie, choć leki to równoważyły. Maść, którą zaczął mnie smarować, śmierdziała dymem i mocno piekła.
- Tak w ogóle, to dlaczego wywar z łez feniksa? Dlaczego nie same łzy? 
- Bo kiedy rozrobi się łzy na wywar, dodając różne składniki, to powstaje więcej potrzebnego płynu. Niestety jest też słabszy, ale łzy feniksa są drogie, a kilka nie starcza na głębsze rany. - wyjaśnił, skupiony. Rozwinął mi rękaw, zasłaniając pielęgnowane miejsce.
- Skąd go w takim razie wziąłeś? - mruknęłam jeszcze słabiej niż wcześniej.
- Poprosiłem Davida, żeby go uwarzył, jest bardzo dobry z eliksirów.
Uśmiechnęłam się mimo woli, przymykając powieki ze zmęczenia.
- Stary, dobry David. Jaki on miły... Podziękuj mu ode mnie.
Zapadło milczenie. Nate przestał wygładzać mi rękaw i zamarł z dłonią na moich palcach.
- O co ci chodzi z tym Davidem? Zawsze się uśmiechasz, gdy o nim coś słyszysz.
- Ależ o nic. - uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, ale zaraz posmutniałam. - Przepraszam się, Nate.
- Za co?
- Za kłopot. Nieostrożność. Niepotrzebne zmartwienia...
- No coś ty! - prawie krzyknął. - To była przygoda! Dziękuję ci za nią. A jednocześnie przepraszam, że cię na nią namawiałem...
- Nie dałabym spokoju, sama bym tam poszła. A wtedy - mówiłam coraz ciszej - nie wiadomo jakbym skończyła. Chociaż łatwo się domyślić. Dziękuję za pomoc. 
Złapałam jego dłoń.
- Jesteś naprawdę... 
Urwałam. Nate się rozmazywał. W następnej chwili klęczało przede mną trzech brunetów i obracałam głowę od jednego do drugiego, nie wiedząc, do którego mam mówić. Zamknęłam oczy, jęknęłam.
- Rose? Rose!
Nie odpowiedziałam.
________________________________________________________________________
Piszę tu tak rzadko, że powinnam nazwać tego bloga kwartalnikiem. Przepraszam za to.
Zbliżają się moje egzaminy, a ja leżę i kwiczę z historii i przyrodniczych. Zdecydowanie nie mam siły zrobić tak jak przed próbnymi - uczyć się dzień przed egzaminem. Histroria z dwóch i pół roku, lektury z polskiego? Okej. Angielski? Nie ma problemu. Przyrodnicze, czyli cztery przedmioty z trzech lat? Ooo, nieee. Nie znowu. Trzeba wziąć się za siebie.
Moją kolejną zmorą również związaną z edukacją jest wybór liceum. Z tego co mi wiadomo moje województwo jest jedynym w Polsce, z którego uczniowie muszą tak wcześnie, czyli do końca kwietnia, ustalić "hierarchię wartości" szkół. A ja zmieniam zdanie jak rękawiczki i nie mam pojęcia gdzie iść!
Wszystko to ma wpływ na to, że znowu mnie tu trochę pewnie nie będzie, usprawiedliwiam się z góry ;)
Co do Świata Magii, o który pytałam wcześniej, to Marchewa ma rację, nic godnego polecenia. W ogóle nie rozumiem jaki cel wyznacza ta gra.
Mmmm... To chyba wszystko. I jak, cieszycie się, że mnie widzicie? :D