środa, 14 sierpnia 2013

Rozdział IX
Obudziłam się w skrzydle szpitalnym. Głowa bolała mnie jakby przebiegło po niej stado testrali, ale ramię nie szczypało. Przed oczami tańczyły mi kolorowe światełka, które rozbłysły jeszcze bardziej, kiedy przeszłam z pozycji leżącej do pozycji siedzącej. Głośno jęknęłam.
- Nie wstawaj! - usłyszałam ostry głos pani Pomfrey, a następnie jej silny uścisk na moim ramieniu. - Powinnaś leżeć!
Posłusznie wykonałam polecenie, widząc między błyskami parę rozgniewanych brązowych oczu.
- Komnata Tajemnic... Węże... W nocy... Co ona sobie myślała! Co ONI sobie myśleli! Ten Nate River... Niech no tylko coś mu się stanie na następnym meczu quidditcha, niech no tylko trafi w moje ręce, już ja się nim zajmę. - słyszałam jej ciche pomruki, kiedy odchodziła od mojego łóżka.
Niewiele do mnie docierało z tej całej gadaniny. Miałam zbyt wielki mętlik w głowie, by słuchać tego dalej, nieoczekiwanie jednak zostałam zmuszona do skupienia uwagi.
- Dzień dobry. - usłyszałam głosy Aleshy, Rebecci i Phoebe. - My do Rose.
- Proszę wyjść! Ale już! Ona potrzebuje ciszy i odpoczynku! - od razu uniosła się pani Pomfrey.
- Proszę pani... - starałam się nadać swojemu głosowi jak najwięcej zdecydowania. - Czuję się w sam raz na gości. Już wystarczająco długo leżałam bez zajęcia.
Upierałam się dalej, chociaż nie miałam pojęcia jak długo byłam nieprzytomna. W końcu rozzłoszczona opiekunka uniosła ręce do góry w geście bezradności i pozwoliła nam na rozmowę, byle cicho i bez dużych emocji. Podziękowałyśmy, po czym dziewczyny wzięły sobie krzesła i przysunęły je bliżej mnie.
- I jak się czujesz? - spytała Alesha, robiąc czułą minę.
- Kiepsko. - rzuciłam szeptem, po czym dodałam głośniej. - Już lepiej. Dlaczego Remy nie ma z wami?
Spojrzały po sobie zmieszane.
- Nadal jest na ciebie zła, ale w Skrzydle Szpitalnym nie chce ci robić awantury. Nate'a już skrzyczała ile sił w płucach w Pokoju Wspólnym. Wyglądała jakby miała go pobić, wszyscy Gryfoni rozeszli się do dormitoriów... - wyjaśniła Rebecca.
- Nie powinna aż tak się na niego denerwować. W końcu to ja go namówiłam na to wszystko...
Teraz przyjaciółki wyglądały na jeszcze bardziej zmieszane.
- Czekaj... Jak to TY? - zdziwiła się Phoebe.
- A myślałyście, że to on mnie namówił? - zmarszczyłam brwi.
- Sam nam tak powiedział. I wszyscy mu uwierzyli, w końcu on już taki jest, za bardzo ciągnie go do przygód. Szczerze mówiąc, ma teraz duże kłopoty. Profesor McGonagall była na niego bardziej zła niż Remy, ma zakaz rozmawiania z tobą...
- CO?! - krzyknęłam.
- Dziewczęta! - przybiegła pani Pomfrey. - Co ja wam mówiłam?!
- Już będziemy ciszej, obiecujemy. - skruszyłyśmy się.
Zmierzyła każdą z nas wzrokiem i wróciła do swojego gabinetu.
- Powinnyśmy zmienić temat... - stwierdziła Rebecca
- Nie ma mowy. - powoli usiadłam ponownie, co nie udałoby mi się, gdyby nie podpierająca mnie Alesha. - Jak to "ma zakaz"? 
- Tymczasowy zakaz. - sprostowała Becky. - Nie może spotkać się z tobą, póki ona nie wyciśnie z ciebie wszystkich informacji. Rozumiesz, o co chodzi - nie macie czasu na ustalenie wspólnej, fałszywej wersji wydarzeń. Każde z was powie co innego, jej w tym głowa, żeby wiedzieć, co jest prawdziwe, a co nie...
- A nie wiecie, co on powiedział? Nie wiecie, jaka jest jego wersja? - dopytywałam się.
- Wiemy tylko tyle, co powiedziałyśmy, czyli że to niby on cię namówił. Po tym jak wyszedł z gabinetu McGonagall był w tak podłym nastroju, że z nikim nie rozmawiał.
- Kiedy to było?
Zmarszczyły brwi.
- Chodzi mi o to, ile dni tu leżałam...
- Ach! - Phoebe pospieszyła z informacją. - Tylko jeden dzień.
Alesha i Rebecca spojrzały się na mnie zmieszane, martwiąc się moją reakcją na słowo tylko, ale ja po prostu pokiwałam głową. Spodziewałam się dłuższego czasu, więc zabrzmiało to na swój sposób dobrze.
- A kiedy McGonagall ma zamiar rozmówić się ze mną?
- Pewnie wtedy, kiedy dojdziesz do siebie. - Alesha pochyliła się w moją stronę i dodała szeptem. - Więc nie rób tego za szybko, bo ta kobieta jest ostatnio wyjątkowo nieprzyjemna.
- Okropna. - mruknęły zgodnie Phoebe i Becky.

Zastosowałam się do polecenia Aleshy i przez następne dwa dni leżałam w Skrzydle Szpitalnym, uskarżając się na nieustający ból głowy. Pani Pomfrey podawała mi na to najróżniejsze eliksiry, w wyniku działania których moja zdrowa głowa robiła się dziwnie lekka i czułam się niemal pijana, co bardzo utrudniało mi skupienie się na wymyślaniu prawdopodobnego biegu wydarzeń.
Czwartego dnia "wreszcie" wróciłam do zdrowia, ale za rozkazem McGonagall zostałam wypisana zaraz przed lekcjami, żebym nie miała najmniejszej możliwości spotkać Nate'a. W połowie pierwszej lekcji opiekunka Gryffindoru wtargnęła do klasy i wywołała mnie do swojego gabinetu. Wszyscy uczniowie z przerażonymi minami zwrócili twarze w moją stronę. Ci, którzy mnie znali bezgłośnie życzyli mi powodzenia.
McGonagall na mój widok rozszerzyły się nozdrza. Ruchem ręki nakazała mi iść za sobą do swojego gabinetu.Wszystkie obrazy szeptały do siebie na nasz widok, a zbroje wychylały się, by widzieć nas lepiej. Nigdy nie pomyślałabym, że jakakolwiek droga może mi się tak dłużyć. 
W gabinecie pani profesor rozkazała mi zająć krzesło przy biurku, naprzeciw jej miejsca. Usiadłam sztywno, gorączkowo powtarzając swoją wersję wydarzeń, pilnując się, by nie poruszać przy tym ustami - to byłoby zdecydowanie podejrzane. Po chwili gapienia się w sufit, zdałam sobie sprawę, że profesor McGonagall uważnie mi się przygląda. Utrzymywałyśmy kontakt wzrokowy przez długie sekundy, po czym opiekunka Gryffindoru niemal zawarczała, rozwierając usta na szerokość godną Snape'a:
- Wszystko od początku, panno Light.
Powoli skinęłam głową, na moment odwracając wzrok. Złączyłam dłonie na kolanach, wzięłam głęboki wdech... i przestałam widzieć w tym całym udawaniu jakikolwiek sens. Nie wiedziałam, co chciałam wcześniej powiedzieć, żeby usprawiedliwić siebie i Nate'a. Nic nie było wystarczająco wiarygodne. Wspomnienia tamtej nocy tak zajęły mi umysł, że gdybym nawet chciała skłamać, z moich warg wydostałyby się same fakty. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to w porządku. Że to jest dobre. Skoro w Komancie Tajemnic jest jakiś wąż, to nauczyciele powinni wiedzieć, bo jeśli sprawy zajdą za daleko, to Hogwart zostanie zamknięty...
Odetchnęłam jeszcze raz i zaczęłam opowiadać. O tym, że to JA namówiłam Nate'a, a nie na odwrót. O tym, jak dostaliśmy się do Komnaty nocą (ale nic nie wspomniałam o pelerynce niewidce). O tym, że był tam wąż, który mnie ugryzł i o tym, jak Nate mi pomógł. Skłamałam też, iż włamałam się nocą do Działu Ksiąg Zakazanych i znalazłam tam polecenie Otwórz się w języku węży. Nie chciałam zdradzić udziału Nate'a i Mike'a, bo i po co mieszać w to więcej osób, niż to absolutnie konieczne.
Po całej historii nastąpiła długa chwila ciszy. Wówczas pani profesor poprawiła się na krześle i spojrzała mi głęboko w oczy.
- Panno Light, Pan River przedstawił dokładnie taki sam przebieg wydarzeń, z dwoma wyjątkami - twierdził, że to on namówił ciebie oraz, że to on włamał się do Działu Ksiąg Zakazanych. Dlatego w tej chwili żądam od ciebie, żebyś powiedziała prawdę i wyznała, kto zrobił co.
- Mówię prawdę. - starałam się, by mój głos był silny.
- Zastanów się, czy jest sens kłamać. 
- Nie ma, więc tego nie robię. - uniosłam brodę, nie dając się pokonać.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi i profesor Russell wprowadziła Nate'a do gabinetu, ściskając jego ramię. Chłopak rzucił mi krótkie spojrzenie.
- Przyprowadziłam go tak jak sobie życzyłaś, Minerwo.
- Dziękuję ci, Edith.
Nauczycielka zaklęć kiwnęła głową i wyszła z pomieszczenia. W tym czasie McGonagall wyczarowała dla Nate'a krzesło obok mojego i nakazała mu na nim usiąść. Kiedy zajął miejsce, zaraz przeszła do rzeczy.
- Nate, kto namówił kogo?
- To ja namówiłem Rose.
- Pani, profesor...
- Proszę się teraz nie odzywać, panno Light, zaraz będzie pani kolej. - ucięła ostro, dalej świdrując mojego przyjaciela wzrokiem. - Kto włamał się do Działu Ksiąg Zakazanych, River?
- Ja to zrobiłem, pani profesor.
- Ale...
- Dobrze, Light, teraz twoja kolej. - przeniosła spojrzenie na mnie. - Wiem, że bardzo się niecierpliwiłaś, więc proszę bardzo. Powiedz mi, kto namówił kogo.
- To ja namówiłam Nate'a!
- Nie krzycz. Kto się włamał?
- JA. - odrzekłam, nie krzycząc, ale nasycając to jedno słowo taką dawką przekonania i uporu, na jaką tylko było mnie stać.
- I co ja mam z wami zrobić?! - nauczycielka uniosła się w gniewie. - Ty mówisz jedno, on mówi co innego! Każde z was próbuje kryć to drugie, kryjecie siebie nawzajem! Macie szczęście, że dyrektor wyjechał na Międzynarodowe Spotkanie Zarządców Szkół Magii, bo inaczej już musielibyście kłamać mu w żywe oczy, tak jak robicie to mnie! I uwierzcie mi, chociaż może się on wydawać spokojny, opanowany i chłodny, absolutnie taki nie jest, jeśli trzeba kogoś porządnie ukarać!
Nie wiedzieliśmy co powiedzieć - po prawdzie nie wiedzieliśmy, czy w ogóle możemy się odezwać, więc ciągnęła dalej.
- Co za wybitna nieodpowiedzialność i lekkomyślność. Co za nieposłuszeństwo! Za ten wybryk odejmuję Gryffindorowi po pięćdziesiąt punktów za każde z was! ŻADNYCH JĘKÓW. To i tak mało i dobrze o tym wiecie. Za to będziecie musieli to nadrabiać. Szlaban dla obojga! Na dwa miesiące, w każdy sobotni wieczór sprzątanie Izby Pamięci i układanie książek w bibliotece. Byle z daleka od Ksiąg Zakazanych, bo inaczej poczujecie, że moja złość potrafi być równie nieprzyjemna jak smocza ospa!

Po wyjściu z gabinetu, ja i Nate ze spuszczonymi głowami wróciliśmy do klas na lekcje. Chciałam z nim porozmawiać, ale byliśmy tak przytłoczeni utratą punktów, że oboje nie byliśmy w nastroju na rozmowę.
Uczniowie na mój widok otwierali usta i w ostatniej chwili powstrzymywali się od zadawania głośnych pytań w czasie lekcji. Na przerwie jednak dopadli mnie wszyscy moi znajomi. Alesha, Phoebe i Rebecca pomagały mi się z tego wyplątać, ale kiepsko im szło.
- Możecie się od niej po prostu odwalić?! - krzyknęła Remy, pojawiając się ni stąd ni zowąd. - Na pewno nie ma teraz humoru na opowiadanie wam historii mrożącej krew w żyłach, czy jakiej się tam spodziewacie. Dopiero co opuściła Skrzydło Szpitalne dziś rano, już wylądowała w gabinecie McGonagall, a teraz wy się na niej uwiesiliście. Zróbcie jej przejście i dajcie jej spokój!
- Remy... - zaczęłam.
- Zamknij się. Jak będziemy w Pokoju Wspólnym, wysłuchasz, jak cię skrzyczę i dopiero wtedy będziesz mogła się odezwać.

Po długiej i pełnej kolorowego przedstawienia czarnego scenariusza, który mógł się rozegrać, Remy w końcu się uspokoiła, a wtedy ja wymruczałam przeprosiny. Wykończona minęłam ją i rzuciłam się na kanapę, gdzie przy niskim stoliku ludzie odrabiali lekcje. Był tam między innymi Mike, który na widok mojej smutnej miny puścił do mnie oko, ale nadal był poważny.
Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam Nate'a.
- Mogę z tobą pogadać?

Siedzieliśmy na brzegu jeziora na błoniach, z daleka od pozostałych rówieśników, odrabiających lekcje lub rozmawiających beztrosko w ten nadzwyczaj ciepły, październikowy dzień. Słońce pieściło skórę, ptaki cichutko ćwierkały, a delikatny wiaterek porywał włosy do tańca. 
- Nate... - odezwałam się pierwsza, chociaż to on chciał pogadać.
- Co?
- Przepraszam cię. Nie powinnam była cię namawiać.
- Nie przepraszaj mnie za coś takiego. - odrzekł ponuro.
- Dlaczego nie?
Westchnął i spojrzał mi głęboko w oczy. Twarz miał poważną, nieco spiętą. 
- I tak byś to zrobiła, prawda? Poszłabyś tam, niezależnie od tego, czy znalazłby się ktoś, kto by ci towarzyszył.
- To prawda.
- Więc mnie nie przepraszaj. Jasne? Rose, to szkoda, że przez nas Gryffindor stracił sto punktów. To beznadzieja, że w każdy sobotni wieczór przez następne dwa miesiące zamiast trenować quidditcha będę sprzątał. Ale to wszystko nie ma znaczenia, skoro moja obecność w Komnacie Tajemnic uratowała ci życie. - urwał na moment, zamyślony. Zaraz jednak się ocknął i kontynuował: - Chcę, żebyśmy wygrali Puchar Quidditcha i Puchar Domów, ale nie myślę o tym teraz, kiedy patrzę na ciebie i widzę, że jesteś bezpieczna. A myślisz, że pomyślałbym o tym, gdyby coś ci się wtedy stało, bo ja nie zgodziłem się ci pomóc? Nie wybaczyłbym sobie. Chociaż nie zwróciłaś się do mnie bezpośrednio o pomoc i nie byłem jedyną osobą, która mogła ci pomoc zaoferować - a już na pewno nie byłem do tego osobą najlepszą - to moje sumienie nie byłoby czyste. I nic by już tego nigdy nie zmieniło. Nigdy bym nie stracił poczucia winy.
Byłam tak zdziwiona tą szczerością i żalem w jego oczach, że nie mogłam nic powiedzieć.
- Więc mnie nie przepraszaj. - powtórzył. - Za wiele dla mnie znaczysz, żebym odmówił ci pomocy, kiedy jej potrzebujesz. Tu nie chodziło tylko o zew przygody. Tu chodziło o to, by mieć pewność, że wrócisz.
Zamrugałam kilka razy, by nie było widać łez wzruszenia, które napłynęły mi pod powieki.
- Nate...
- Słucham cię.
- Dziękuję ci. - nachyliłam się i pocałowałam go w policzek, a on uśmiechnął się do mnie i uścisnął moją leżącą na trawie dłoń.
- Dla ciebie wszystko, Rose.
_____________________________________________________________________
Przepraszam, przepraszam, przepraszam, że tyle mnie tu nie było! Naprawdę tego żałuję, ale... Egzaminy, wycieczka, koniec gimnazjum, obóz, pochłonięcie przez serial, brak weny no i, wiecie... lenistwo... ;)
Co do rekrutacji do liceum to zdradzę, że wszystko poszło po mojej myśli ;)
Wprowadziłam sporo zmian na blogu. Mam nadzieję, że wam się podoba. Byłam już dosyć znudzona tym brązowym tłem i wprowadziłam więcej kolorów ;) 
Dziękuję Marchewie i Nancy, które zdradziły mi, jak tworzy się playlistę :D i przepraszam, jeśli jakiemuś czytelnikowi się ona nie podoba, zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubi taką muzykę, ale liczę na to, że włączenie pauzy nie będzie dużym problemem ;) Przepraszam też, jeśli jakaś część tego rozdziału jest sprzeczna z informacjami z pozostałych. Czasem tracę wątek i muszę sprawdzać, co było jak. Powinnam chyba notować sobie najważniejsze informacje w jakimś zeszycie...
Dziękuję też Marchewie za zainteresowanie moim blogiem i popędzanie mnie do pisania. To mi dało kopa ;)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Rozdział VIII
Noc była pochmurna, a co za tym idzie bezgwiezdna. Jedyne światło na błoniach pochodziło z okien zamku i latarń. Gwałtowny wiatr szarpał drzewami - wszystkimi, prócz Bijącej Wierzby, która miała dość siły, by bez specjalnych starań być cały czas w jednej pozycji. Obserwowałam ją z okna pokoju wspólnego Gryffindoru, zastanawiając się, czy to możliwe, by nawet najcieńsza jej gałązka nie drżała. Byłoby to niepokojące. Albo raczej upiorne.
Zaczynałam już przysypiać z głową opartą na dłoniach, gdy ktoś położył mi rękę na ramieniu. Otrząsnęłam się, otarłam oczy i spojrzałam na Nate'a, który był całkowicie przytomny i - jak widziałam w jego oczach - pełen energii i ochoty do przygody. Przez ramię miał przewieszoną torbę, tak wypchaną, że nawet nie zapiętą. Spod jej "klapy" widać było dwie dość grube książki, różdżkę, butelkę i dwie fiolki z połyskującym srebrnym płynem. A to na pewno nie było wszystko.
Rozwinął pelerynę niewidkę, trzymaną wcześniej pod pachą i z lekkim uśmiechem zwrócił się do mnie:
- Gotowa?
Kiwnęłam głową, rzucając kątem oka ostatnie spojrzenie na złowieszczą Bijącą Wierzbę, mając nadzieję, że nie spotkam tej nocy niczego tak niebezpiecznego jak ona.

- To takie bez sensu. - mruknął Nate, pochylając się, aby razem ze mną zmieścić się pod pelerynką - Dlaczego przejście do Komnaty Tajemnic jest w damskiej toalecie? Przecież Slytherin był mężczyzną.
Stłumiłam śmiech, bo faktycznie było to dość dziwne i nasuwało różne skojarzenia...
- Może wtedy to była męska? - odszepnęłam.
Weszliśmy do środka, przeciskając się przez wąską szparę między drzwiami a framugą - tylko na taką mogliśmy sobie pozwolić, bo pamiętałam, że te drzwi bardzo skrzypiały.
W łazience było ciemno, słychać było krople wody cieknące z kranu i rozpryskujące się na umywalce. Powoli przeszliśmy się po pomieszczeniu, żeby sprawdzić, czy kogoś w nim przypadkiem nie ma. Teren był czysty, więc zdjęliśmy pelerynkę i stanęliśmy przed miejscem, gdzie ukryte było przejście. Pogładziłam dłonią wyrzeźbionego węża i czując na sobie spojrzenie Nate'a, powiedziałam głośno i wyraźnie:
- Otwórz się.
Umywalki rozsunęły się, a wydany przez to dźwięk poniósł się echem w dół okrągłej dziury, którą odsłoniły. Staliśmy na jej krawędzi przez dobrą minutę, zastanawiając się, czy aby na pewno jest to dobry pomysł. Potem Nate chwycił moją dłoń. Policzył do trzech i razem skoczyliśmy w czarną otchłań...

Jak się okazało, wpadliśmy do stromego tunelu o śliskich, okrągłych ścianach - można by to nazwać zjeżdżalnią, gdyby nie to, że owo słowo dobrze się kojarzy. A miejsce, w którym się znaleźliśmy z pewnością nie było niczym dobrym. Prędkość ściskała nam płuca, uniemożliwiając krzyczenie.
Kiedy znaleźliśmy się już na samym dole, chrupnęły pod nami stare, łamane i gołe kości - większość wyglądała na zwierzęce, ale część... część miała niepokojąco duże rozmiary... Kilka czaszek porozrzucanych dookoła nie pozostawiało jednak żadnych wątpliwości.
Starając się nie patrzeć pod nogi, ale przed siebie, wyciągnęłam z kieszeni różdżkę i ponownie podając roztrzęsioną dłoń Nate'owi, ruszyłam przed siebie. Wszelkie próby zachowania ciszy spełzły na niczym - kości stukały o siebie, przesypywały się, łamały...
To nie kości. wmawiałam sobie, przyglądając się oddalonemu, oświetlonemu wejściu do Komnaty...
Nagle się potknęłam. Nate nie zdążył mnie złapać i leżałam twarzą w twarz z ludzką czaszką, wpatrującą się we mnie pustymi oczodołami. Jednocześnie czułam pieczenie policzka i syknęłam z bólu oraz przerażenia.
Nate chwycił mnie w talii jedną ręką, a drugą pod ramię i pomógł mi wstać. Kiedy zobaczył mnie w nikłym świetle, ze zmartwieniem zmarszczył brwi i uniósł różdżkę.
- Nie bój się, to nie będzie polało. - szepnął, uniósł moją twarz i przyłożył do niej koniec różdżki, mówiąc: - Episkey.
Rzeczywiście, nawet nie poczułam, jak rozcięcie na skórze zarosło się i zniknęło, ale po ciepłym uśmiechu zadowolonego Nate'a zrozumiałam, że wszystko jest w porządku. 
Ja jednak nie czułam się ani trochę w porządku. Staliśmy w niemal zupełnych ciemnościach i chociaż nie widziałam jego twarzy, wiedziałam, że jego chabrowe, głębokie oczy są wpatrzone we mnie, a rozczochrane ciemnobrązowe włosy opadają zawadiacko na czoło.
W sumie to całkiem normalne, że wiem, że tak jest. Przecież on tak właśnie wygląda, więc nie muszę go widzieć, żeby o tym wiedzieć. Nikt kto go zna nie musi.
Odsunęłam się, uśmiechnęłam do ciemności i podziękowałam, ponownie chwytając jego dłoń i idąc przed siebie.

Naszym oczom ukazała się ogromna komnata, w której woda sięgała do kostek, a sufit podpierały wysokie kolumny z wyrzeźbionymi wężami. Na przeciwnej do drzwi ścianie była ukazana ogromna twarz mężczyzny, być może Slytherina. Całość kąpała się w zielonkawym świetle niewiadomego pochodzenia.
Nie chcieliśmy się rozdzielać, ale nie było innego wyjścia. Puściliśmy swoje ręce; ja ruszyłam w stronę tajemniczej twarzy, a on udał się do kolumn. Plusk wody odbijał się od ścian. Wszystko w tej komnacie było idealne dla groźnego drapieżnika - strome wejście, aby ofiara nie miała jak wrócić, porozrzucane kości i ciemność, aby straciła zdolność chłodnego  myślenia i jeszcze woda, spowalniająca jej ruchy, obciążająca ubranie i chlupocząca przy każdym ruchu. Gdyby był tu bazyliszek, nasz los byłby już przesądzony.
Gdyby tu był.
Gdyby.
A czego my tu innego szukamy jak nie śladów życia węża?
Otrząsnęłam się i szybko rozejrzałam po Komnacie, sprawdzając, czy Nate'owi nic się nie stało. Na szczęście bezpiecznie (w każdym razie taką miałam nadzieję) kręcił się przy kolumnach, wodząc palcami po rzeźbach i co chwila szukając czegoś w jednej ze swoich grubych ksiąg. Powróciłam do swojego zajęcia.
Twarz na ścianie była wielka i groźna. Miała w sobie coś majestatycznego, potężnego, jakby była obliczem króla, a ja nędznym podwładnym. Wydawała się zniszczona jak po kwaśnych deszczach, ale była też bardzo twarda. Nie kryła tajemniczych schowków, oprócz wiadomej dawnej kryjówki bazyliszka.
Dawnej.
Cofnęłam się, unosząc różdżkę.
- Otwórz się.
Kryjówka się otwarła. Słyszałam biegnącego w moją stronę Nate'a, krzyczącego coś do mnie. Krzyki jego były rozpaczliwe, ale rozumiałam ich. Rozumiałam tylko to, co widziałam. A widziałam przed sobą mały pokój oświetlony pochodniami, ze ścianami oblepionymi pergaminem pokrytym tajemniczymi znakami. Weszłam do środka, przypatrując się tym zapiskom, a wtedy Nate wrzasnął najgłośniej jak tylko potrafił, wciąż do mnie biegnąc:
- ROSE! ZA TOBĄ!
Odwróciłam się i wówczas ujrzałam przypatrującego mi się zielonego węża. Przypatrywał mi się, a ja jemu, więc nie mógł to być bazyliszek...
Nagle wąż wyprężył się i z całą mocą rzucił się ku mnie, chcąc ukąsić mnie w szyję. Próbowałam uciec w bok, zasłaniając się rękami. Wąż nie był jednak wybredny - skoro nie dałam mu szyi, ugryzł mnie w rękę. Krzyknęłam z bólu, upadłam, ale zaraz się podniosłam i znalazłszy się obok Nate'a, popchnęłam go, żeby uciekał. On jednak już motał zaklęciami w węża, zaciskając mocno zęby. Ja również wyjęłam różdżkę i rzuciłam pierwsze zaklęcie, które przyszło mi na myśl.
- Drętwota!
Trafiłam, ale rzucenie zaklęcia osłabiło moje siły i jeszcze bardziej rozbolała mnie ręka. Zajęło to moją uwagę jedynie przez chwilę, bo to, co zrobił wąż, kazało mi o wszystkim zapomnieć.
Pod wpływem Drętwoty gad wydał z siebie ostry syk i zaczął się wić, rozbryzgując wodę. Zaczął rosnąć i zlewać się w jedną masę, a w następnej chwili masa ta przybrała ludzki kształt.  Zakapturzony człowiek, z budowy ciała wywnioskować można było, że mężczyzna, podniósł się z klęczek, wyjął różdżkę i rzucił w nas zaklęciem niewerbalnym.
- Protego! - krzyknęłam, osłaniając siebie i towarzysza, jednak zaklęcie przeciwnika było tak mocne, że odbiło się od tarczy, niszcząc ją.
Schroniliśmy się za kolumnami, broniąc się zawzięcie. Jedno z zaklęć Nate'a ugodziło w klatkę piersiową mężczyzny i odrzuciło go do tyłu. Szybko się podniósł i zaczął uciekać. Pognaliśmy za nim, ale kiedy wybiegliśmy z komnaty, nie mogliśmy go dostrzec. Zaklęcie Lumos rozświetlało ciemności, jednak mężczyzny nie było śladu.
- Musimy tam wrócić. - szepnęłam.
- Wiem, ale najpierw chcę sprawdzić, czy mamy czystą drogę.
- Nie do łazienki, Nate. Nie o to mi chodziło. Musimy wrócić do tej rzeźby twarzy.
Odwrócił się do mnie gwałtownie, robiąc wielkie oczy.
- Zwariowałaś?! 
- Nie, nie, posłuchaj mnie! - odparłam, niezrażona jego złością. - Wiem, że byłam lekkomyślna, ale w tym pokoju... tam są jakieś notatki na ścianach. Gdybyśmy je zdarli i sprawdzili potem, co znaczą...
- Nie ma mowy.
- No, proszę cię! Nasza wyprawa miałaby zostać bezowocna? - skrzywiłam się.
- Owoce są, ale nie takie jak trzeba. - wskazał ruchem głowy moją rękę. - Muszę ci to jak najszybciej przemyć wywarem z łez feniksa.
- Zaraz! - niemal krzyknęłam i pobiegłam po zapiski. Moja słaba kondycja dała się we znaki, ale nie mogłam niepokoić Nate'a słabymi siłami, więc zmusiłam się i pospieszyłam z powrotem. 
Nate czekał, trzymając miotłę w jednej ręce, a różdżkę w drugiej.
- Skąd wziąłeś miotłę? - zdziwiłam się, opanowana sennością. Czułam ciepłą krew rozlewającą się po rękawie.
- Zmniejszyłem ją czarami i wsadziłem do torby. - odparł przyglądając się z niepokojem mojej ręce. - Wskakuj - nakazał i pomógł mi wsiąść, po czym usiadł przede mną i kazał się objąć. W ostatniej chwili poprawiłam wystające mi z kieszeni notatki, a potem odbiliśmy się od chrupiących kości i polecieliśmy w górę tunelem.

- Szczypie? - szepnął, przecierając moje gołe ramię ręcznikiem, aby wytrzeć resztki wywaru z łez feniksa.
- Tylko trochę. - mruknęłam, osłabiona.
Znajdowaliśmy się w damskiej łazience. Nadal była noc, ale Nate postanowił zaryzykować i zapalić dwie pochodnie, zamiast zdawać się na światło księżyca. Leżałam na podłodze z peleryną zwiniętą pod głową, a rękaw mojej koszuli był rozdarty, pokrwawiony i podwinięty, by Nate mógł mnie wyleczyć. Robił to bardzo delikatnie, choć leki to równoważyły. Maść, którą zaczął mnie smarować, śmierdziała dymem i mocno piekła.
- Tak w ogóle, to dlaczego wywar z łez feniksa? Dlaczego nie same łzy? 
- Bo kiedy rozrobi się łzy na wywar, dodając różne składniki, to powstaje więcej potrzebnego płynu. Niestety jest też słabszy, ale łzy feniksa są drogie, a kilka nie starcza na głębsze rany. - wyjaśnił, skupiony. Rozwinął mi rękaw, zasłaniając pielęgnowane miejsce.
- Skąd go w takim razie wziąłeś? - mruknęłam jeszcze słabiej niż wcześniej.
- Poprosiłem Davida, żeby go uwarzył, jest bardzo dobry z eliksirów.
Uśmiechnęłam się mimo woli, przymykając powieki ze zmęczenia.
- Stary, dobry David. Jaki on miły... Podziękuj mu ode mnie.
Zapadło milczenie. Nate przestał wygładzać mi rękaw i zamarł z dłonią na moich palcach.
- O co ci chodzi z tym Davidem? Zawsze się uśmiechasz, gdy o nim coś słyszysz.
- Ależ o nic. - uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, ale zaraz posmutniałam. - Przepraszam się, Nate.
- Za co?
- Za kłopot. Nieostrożność. Niepotrzebne zmartwienia...
- No coś ty! - prawie krzyknął. - To była przygoda! Dziękuję ci za nią. A jednocześnie przepraszam, że cię na nią namawiałem...
- Nie dałabym spokoju, sama bym tam poszła. A wtedy - mówiłam coraz ciszej - nie wiadomo jakbym skończyła. Chociaż łatwo się domyślić. Dziękuję za pomoc. 
Złapałam jego dłoń.
- Jesteś naprawdę... 
Urwałam. Nate się rozmazywał. W następnej chwili klęczało przede mną trzech brunetów i obracałam głowę od jednego do drugiego, nie wiedząc, do którego mam mówić. Zamknęłam oczy, jęknęłam.
- Rose? Rose!
Nie odpowiedziałam.
________________________________________________________________________
Piszę tu tak rzadko, że powinnam nazwać tego bloga kwartalnikiem. Przepraszam za to.
Zbliżają się moje egzaminy, a ja leżę i kwiczę z historii i przyrodniczych. Zdecydowanie nie mam siły zrobić tak jak przed próbnymi - uczyć się dzień przed egzaminem. Histroria z dwóch i pół roku, lektury z polskiego? Okej. Angielski? Nie ma problemu. Przyrodnicze, czyli cztery przedmioty z trzech lat? Ooo, nieee. Nie znowu. Trzeba wziąć się za siebie.
Moją kolejną zmorą również związaną z edukacją jest wybór liceum. Z tego co mi wiadomo moje województwo jest jedynym w Polsce, z którego uczniowie muszą tak wcześnie, czyli do końca kwietnia, ustalić "hierarchię wartości" szkół. A ja zmieniam zdanie jak rękawiczki i nie mam pojęcia gdzie iść!
Wszystko to ma wpływ na to, że znowu mnie tu trochę pewnie nie będzie, usprawiedliwiam się z góry ;)
Co do Świata Magii, o który pytałam wcześniej, to Marchewa ma rację, nic godnego polecenia. W ogóle nie rozumiem jaki cel wyznacza ta gra.
Mmmm... To chyba wszystko. I jak, cieszycie się, że mnie widzicie? :D