Rozdział VI
- Albo jesteś niesamowicie odważna, albo strasznie głupia. - orzekła Remy, usłyszawszy następnego dnia o moim pomyśle. Pokręciła głową i odłożyła Proroka Codziennego obok swojego talerza. - Komnata Tajemnic? Zwariowałaś?
Nate, który siedział obok niej, już dłuższą chwilę żuł ten sam kawałek tosta, spoglądając to na mnie, to na kuzynkę. Wczoraj nie uczestniczył w naszej rozmowie, więc trzeba mu było wyjaśnić, skąd wzięła się ta szalona myśl. Osobiście nie miałam ochoty go w to mieszać, ale nie chciałam nikogo urazić, więc dałam Remy przyzwolenie na opowiedzenie mu o wszystkim. Teraz siedziałam pod ostrzałem spojrzeń kuzynostwa i Aleshy, która co prawda nie powiedziała nic od początku tematu, ale jej mina głosiła wyraźnie A nie mówiłam?
Kiedy nic nie odpowiedziałam, Remy wybuchnęła:
- OBIŁO CI?! JAK TY W OGÓLE CHCESZ SIĘ TAM DOSTAĆ?! DZIEWCZYNO, TO PEWNA...
Nate szturchnął ją łokciem, bo Puchoni odwracali się, by zbadać sytuację. Remy zacisnęła usta i posłała mi gromy oczami. Nate nachylił się i powiedział cicho:
- Wiesz, mnie by taka akcja bardzo pasowała, uwielbiam takie rzeczy. - uśmiechnął się z błyskiem w oku, ale gdy jego sąsiadka go kopnęła, syknął, schylił się jeszcze niżej, rozmasowując sobie łydkę i mruknął: - To znaczy powinnaś natychmiast udać się do dyrektora i poprosić o pomoc.
Zmierzyłam całą trójkę wzrokiem. Alesha nadal nic nie mówiła, bardzo zajęta swoimi płatkami z mlekiem. Przyglądałam się jej długo, lecz ona nadal uparcie mieszała łyżką w misce. Już przestałam się spodziewać, iż cokolwiek powie, kiedy wyprostowała się i rzekła:
- Nate ma rację.
Remy nachmurzyła się jeszcze bardziej, ale Alesha szybko uściśliła:
- Co do dyrektora i pomocy, oczywiście. - zrobiła uspokajający gest. - Rose, to czyste wariactwo.
- Poza tym nic nam nie wiadomo, że jesteś wężousta. - zauważyła kąśliwie najstarsza z naszego towarzystwa.
- To chyba nie problem, skoro już o tym wspomniałaś. W końcu wystarczy obejrzeć Harry'ego Pottera i Komnatę Tajemnic i posłuchać, jak...
- Och, Alesha, błagam cię! - jęknęłam. - Na serio wydaje ci się, że mugole tworzący film znali mowę wężów?
- Przecież Rowling jest czarownicą, może im powiedziała? - broniła się.
- To nonsens. Po co? Miałam na to inny pomysł. Myślałam, że może w dziale ksiąg zakazanych jest jakiś słownik albo coś takiego.
Przez chwilę nikt nic nie mówił. Niemal słyszałam monologi prowadzone w ich umysłach, a każdy czuł co innego. Zachwyt, zaskoczenie, stanowczy sprzeciw. Ja sama zastanawiałam się nad tym pół nocy i doszłam do wniosku, że przy odrobinie dobrych chęci można by wykombinować sposób na namówienie profesor McGonagall na pisemne zezwolenie... Lub zakraść się do biblioteki nocą, pod pelerynką niewidką, jeśli ktoś ze znajomych taką ma.... Już wyobrażałam sobie wysokie półki pełne książek na nurtujący mnie temat, gdy Remy przerwała mi stanowczo:
- Nawet o tym nie myśl.
Zamrugałam, przywrócona do rzeczywistości i spytałam:
- Dlaczego?
- Nie ma mowy żebyś ubłagała McGonagall, czy jakiegokolwiek innego nauczyciela. Informacje z działu ksiąg zakazanych są użyteczne dla uczniów tej szkoły dopiero od trzeciego roku. - uniosła znacząco podbródek. - A ja nie mam zamiaru pozwolić ci na coś takiego.
Uśmiechnęłam się nieco złośliwie.
- A po co zezwolenie? Są inne sposoby.
- Chyba mi nie powiesz, że w końcu kupiłaś pelerynkę niewidkę u Weasley'ów? - zmrużyła ostrzegawczo oczy.
- Nie, nie kupiłam. - nie odwracałam od niej wzroku, mieszając powoli herbatę. - Jeszcze nie.
Remy zerwała się gwałtownie z ławki, a następnie, nie patrząc na żadne z nas, bezceremonialnie wyszła z Wielkiej Sali, zadzierając nos tak wysoko, że cudem trafiła do drzwi.
Nate trącił moją nogę butem pod stołem i uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam uśmiech, nie bardzo wiedząc, co po tym całym zajściu powinnam czuć.
Podczas zielarstwa Alesha milczała, lecz na lekcji obrony przed czarną magią paplała jak najęta - ciężko stwierdzić, czy przyczyniła się do tego atmosfera owych fascynujących nas od dawna zajęć, czy to, że na przerwie rozmawiała z Davidem Cliftonem.
Tak czy owak, temat Komnaty Tajemnic, węży i kruków nie powrócił aż do lunchu.
Podeszła do mnie wówczas profesor McGonagall i kazała mi iść za sobą. Rzuciłam pełne wyrzutów spojrzenie na Remy, która siedząc razem ze swoimi koleżankami z trzeciej klasy, udawała, że tego nie widzi.
McGonagall, posiadająca ostry wyraz twarzy osoby z wymiaru sprawiedliwości, poprowadziła mnie do posągu chimery na siódmym piętrze. Zmieszałam się i zrobiłam niepewną minę, bo spodziewałam się raczej pouczającej rozmowy w gabinecie opiekunki Gryffindoru i tradycyjnego polecenia Weź sobie ciasteczko, niż wizyty w gabinecie dyrektora.
- Mysterium. - rzuciła nauczycielka, a chimera odskoczyła w bok i ustąpiła nam z drogi do kręconych schodów prowadzących na wieżę.
McGonagall ruszyła w górę pewnym krokiem, ja za to opuściłam głowę i powlokłam się za nią na wieżę. Zapukałyśmy, a kiedy przyjazny głos zaprosił nad do środka, weszłyśmy do kolistego pokoju, wyglądającego na dziwnie... pusty.
Za czasów Dumbledore'a (który teraz przyglądał mi się życzliwie znad swoich okularów-połówek, opierając dłonie na ramie portretu) gabinet dyrektora pełen był zagadkowych instrumentów o dziwnych kształtach i obcych właściwościach. Można tam też było spotkać Faweksa, zobaczyć myślodsiewnię oraz poczuć się jak w domu dobrego staruszka o nietypowej pasji.
Gabinet profesora Wrighta wydawał się być bardzo... urzędowy? Czysto służbowy? Nie wiedziałam, jak to nazwać. Na półkach poukładano grube tomy, wszystkie w równych rzędach oraz o podobnych okładkach. Na biurku stał kubek z piórami, a obok niego leżał stos czystych kartek. Szmaragdowozielone zasłony, związane szarymi wstążkami, wpuszczały ostre promienie południowego Słońca.
- Och, to ty, Minerwo. - odezwał się przyjaźnie dyrektor, wyłaniając się zza jednej z półek. - I jest nasza Rose!
Ja i profesor McGonagall uśmiechnęłyśmy się dość wymuszenie. Wright wydawał się w porządku, jednak sytuacja była zbyt stresująca, by się nad tym zastanawiać.
- Dzień dobry. - bąknęłam, nie wiedząc jak się zachować.
- Siadajcie, siadajcie. - zaprosił nas na dwa fotele naprzeciwko biurka, za którym właśnie zajmował miejsce. - Życzycie sobie czegoś? Kawy, herbaty, soku dyniowego? - wyczarował je jednym machnięciem różdżki, po czym zwrócił się do mnie już z powagą i przejęciem. - A więc, Rose... - zakasał rękawy. - To prawda? Prześladują cię węże?
Upiłam łyk soku dyniowego, spoglądając na jego splecione palce i mrucząc cicho:
- I kruki. Ale to jeszcze przed rokiem szkolnym.
Wydawało mi się, że przez chwilę przyswajał sobie nową wiadomość, ale wciąż nie patrzyłam mu w oczy. Pomimo wcześniejszej złości, byłam wdzięczna Remy, że załatwiła mi to spotkanie. Z drugiej jednak strony... Czy to mogło coś zmienić? Jeśli węże - może nawet młode bazyliszki - czaiły się na mnie choćby w dormitorium, to na co mi pomoc grona pedagogicznego? Nie chciałam słuchać wymuszonych zapewnień, iż jestem całkowicie bezpieczna, skoro zagrożenie mogło czaić się, przykładowo, za zasłonami w oknach.
- Cóż, panna Morgan - rzekł po chwili pełnej napięcia ciszy. - poinformowała nas, iż chcesz to załatwić na własną rękę, udając się do Komnaty Tajemnic. Czy to prawda?
- Prawda. - mruknęłam ponownie.
McGonagall wciągnęła gwałtownie powietrze przez nos.
- I nie zamierzałaś zawiadomić o tym jakiegokolwiek nauczyciela? Nawet mnie? - spytała, a nie słysząc odpowiedzi, wycedziła: - Gryffindor traci dziesięć punktów. Nie, nie próbuj zmienić mojego zdania, zostałaś ukarana za lekkomyślność.
Odstawiłam kubek na stół tak gwałtownie, że aż kilka kropli soku prysnęło na biurko.
- Tak, zamierzałam udać się do Komnaty Tajemnic. Tak, nie zamierzałam poinformować o tym żadnego nauczyciela, nawet pani, pani profesor. - z trudem opanowałam zbliżający się wybuch. - Ale gdybym komuś powiedziała, to co by to dało? Czy kiedy Komnata Tajemnic została otwarta, to czy ktoś był w stanie coś poradzić, poza Harrym Potterem, który pokonał bazyliszka nie dzięki sprytnym planom, ale dzięki czystej odwadze? Niektóre sytuacje da się rozwiązać tylko w ten sposób, czyli, w przenośni i dosłownie, na oślep.
- Bardzo nas cieszy twoja znajomość tej historii - ucięła McGonagall. - Ale nauczyciele już wiedzą, gdzie jest Komnata Tajemnic i odkąd w ubiegłym roku zmarł uczeń, pilnujemy wejścia do niej, stojąc na warcie, lub... - prychnęła cicho pod nosem. - ...lub patrząc w szklane kule, jak profesor Trelawney. Powinnaś wiedzieć, iż od tego czasu Komnata nie została otwarta ani razu, więc nie ma mowy, by prześladował cię bazyliszek. Zresztą kwestią sporną jest sama teoria, że Jima Travisa zabiło spojrzenie takiego węża, skoro widział go ponoć tyle razy, a przeżył...
- Racja. - przytaknął od razu Wright i odchrząknął. - Dodając do tego jeszcze tego kruka, całość robi się dość skomplikowana, by zacząć się zastanawiać, czy aby to wszystko jest prawdą.
- Przecież ja nie kłamię! - zaperzyłam się.
- A ja cię o to nie oskarżam. - podwinął rękawy granatowej szaty. - Mówię tylko o tym, że ty i panna Morgan możecie zbyt szybko i pochopnie wyciągać wnioski. Czy widziałaś jakiegoś agresywnego kruka, kiedy byłaś na terenie Hogwartu?
Zastanowiłam się.
- Nie.
- A czy zaatakował cię jeszcze jakiś wąż?
- Też nie.
- Widzisz! - uśmiechnął się i rozwarł ręce, jakby trzymał w ramionach coś, co chciałby mi pokazać. - Może ktoś sobie z ciebie zwyczajnie żartuje? Może jakiś uczeń słyszał lub widział, jak wąż cię oplótł i postanowił cię nastraszyć, podkładając łuskę pod twoją poduszkę?
- A co z tym piórem, które było razem z łuską? - zmarszczyłam brwi, zdenerwowana.
- Też na pewno da się znaleźć na to jakąś rozsądną odpowiedź... - pocieszył mnie, ale już z mniejszym przekonaniem. - Może to było pióro czyjejś sowy, a ty się zwyczajnie pomyliłaś? Albo coś ci się przywidziało, a może nawet przyśniło? - uniósł wysoko brwi, z uśmiechem na swojej twarzy oznaczonej pierwszymi zmarszczkami i małą blizną na lewym policzku, skłaniając mnie do przyjęcia tej teorii.
- Wiem, co widziałam. - rzekłam chłodno, lekko zaciskając usta.
Dyrektor odchylił się w swoim fotelu, kładąc ręce na podłokietnikach. Profesor Dumbledore przyglądał mu się zamyślony, bezwiednie gładząc śnieżnobiałą brodę, jednak Wright tego nie zauważał.
- Pewnie zastanawiasz się teraz, do czego ma prowadzić ta rozmowa, skoro powinienem być wystraszony, a jestem jedynie zmieszany. - mówił cicho. - Jednak jestem przekonany, Rose, absolutnie przekonany, iż ta łuska... i to pióro, o ile ono tam w ogóle było... To tylko żart. Na terenie naszej szkoły, a zwłaszcza na skraju zakazanego lasu, uczniom zdarzają się gorsze przygody niż atak węża, w dodatku bezskuteczny. Natomiast za kruki, których nie spotkałaś na terenie Hogwartu, nie mogę odpowiadać, ani się ich pozbyć. Wydaje mi się więc, że nie mamy czego roztrząsać.
Uniosłam wyżej brodę i wyprostowałam się w fotelu. Iskierka nadziei, nabierająca siły w trakcie rozmowy, teraz, na sam jej koniec, zgasła bezpowrotnie.
- Oczywiście.
- Możesz już iść na lekcje. Do widzenia. - znów przywołał uśmiech.
- Żegnam. - odparłam nieco kąśliwie i nie czekając na profesor McGonagall, wyszłam z gabinetu, zbiegłam po schodach i skierowałam się na boisko quidditcha, na pierwszą lekcję latania na miotle.
Wiatr leniwie unosił chorągiewki na dachach trybun dookoła boiska, od czasu do czasu przysłaniając mi widok moimi własnymi włosami. Pożyczyłam od Amandy gumkę i związałam niesforne kosmyki w warkocz. Jednocześnie rozglądałam się wokoło, upajając się zielenią trawy i świadomością bliskiego już wzbicia się w powietrze.
Rozległ się gwizd, po którym wszystkie głowy skierowały się w stronę wysokiego i chudego czarodzieja o mysiej twarzy. Trzymał przed sobą wyciągniętą różdżkę, za pomocą czarów prowadząc około dwóch tuzinów mioteł. Uczniowie rozstępowali się, by zrobić mu miejsce, a gdy już dotarł na sam środek grupy pierwszoroczniaków, miotły opadły na ziemię, stukając o siebie nawzajem. Dookoła posypało się kilka witek z gorszych modeli.
- Dzień dobry. - przywitał się. - Nazywam się profesor Dominic Hawkins, a mój przedmiot, chociaż nie będzie z niego ocen, może się wam w przyszłości bardzo przydać. Jak wszyscy wiecie, miotły są jednym z najpopularniejszych magicznych środków transportu. Kto mi powie, kiedy zostały wynalezione?
Alesha uniosła rękę i udzieliła perfekcyjnej odpowiedzi, kiedy ja starałam się skupić na lekcji zamiast na tym, jak dopiąć swego.
Tak jak przewidywałam, dosiadanie przeze mnie miotły stworzyło ogromne zagrożenie dla pozostałych osób na boisku. Dwa razy wpadłam na jakiegoś Krukona, który nie szczędził mi potem obelg, ale pomimo wszelkich niemiłych przypadków świetnie się bawiłam. Ścigałyśmy się z Aleshą, a jako że żadna z nas sobie najlepiej nie radziła, nasze wybryki nagradzano śmiechem.
Wieczorem nadal się ekscytowałam i żałowałam, że jest tylko jedna lekcja latania w Howarcie, żeby umieć chociaż dosiąść miotły. Pochylając głowę nad pracą domową zastanawiałam się, kto ze znajomych byłby skłonny trochę mnie potrenować po lekcjach. Wtedy ciemna czupryna Nate'a pojawiła się po mojej prawej stronie z triumfalnym uśmiechem.
- Mam dla ciebie niespodziankę. - oznajmił.
- Jak to zdobyłeś?! - ucieszyłam się, przewracając kartki potężnego słownika. Kiedy najeżdżało się różdżką na wybrane angielskie słowo, słyszało się jego syczący odpowiednik z języka wężów. Z zachwytem pogładziłam okładkę.
- Przecież Remy mówiła, że dział ksiąg zakazanych...
- Jest dostępny dla uczniów od trzeciego roku, zgadza się. - dokończył za mnie z uśmiechem, rzucając jednocześnie spojrzenie na drzwi klasy, w której właśnie rozmawialiśmy, aby upewnić się, że nikt się tu nie wybiera. - Pamiętasz Davida Cliftona? To jego zasługa.
Na dźwięk nazwiska blondyna z Ravenclaw przyszła mi na myśl Alesha. Muszę jej o tym wspomnieć - pomyślałam, wpatrując się w okładkę słownika.
- Co masz taką minę? - spytał podejrzliwie Nate.
- Jaką minę? - wybudziłam się z wyobrażania sobie Aleshy piszczącej z zachwytu nad uczynnością Davida.
- Taką... rozmarzoną?
- A, to nic takiego. - próbowałam stłumić jeszcze szerszy uśmiech.
Nate przyglądał mi się chwilę, ale zaraz wzruszył ramionami i przybrał wyraz twarzy z serii I tak bym pewnie nie zrozumiał, przecież jesteś kobietą. Milczenie niezręcznie się przeciągało, a ja z braku lepszego zajęcia zabrałam się za tłumaczenie polecenia otwórz się.
- Dlaczego mi pomogłeś? - odezwałam się w końcu, podnosząc głowę.
Uniósł brwi.
- Uważasz mnie za jakąś złą osobę?
- Nie, nie o to mi chodzi. To niebezpieczne. Powinieneś zdawać sobie z tego sprawę, zwłaszcza po wybuchu Remy.
- Wiem o tym. Ale ciągnie mnie do przygody, a jak nie pójdziesz sama, tylko ze mną to będziesz bezpieczniejsza.
Zaśmiałam się. Czy on naprawdę sądzi, że...
- Daj spokój. Nie zabiorę tam nikogo, to za duże ryzyko. Ja już w nim siedzę po uszy, ty masz jeszcze spokój...
- Jeśli mnie nie weźmiesz - zagroził, ale z uśmiechem. - to powiem o twoich planach Remy, a ona zamieni twoje życie w piekło.
- Silna broń. - przyznałam. - Ciekawa jestem, jak ty się wybronisz, kiedy dowie się, kto mi załatwił słownik.
- To moja kuzynka. Ciągle skaczemy z miłości do nienawiści i na odwrót. - zażartował.
Oparłam się o biurko i zastanowiłam. Nie chciałam iść do Komnaty Tajemnic sama, lecz zabieranie kogoś było wielką odpowiedzialnością. Z drugiej jednak strony w grupie siła...
Oby że w parze również.
- Dobra. - mruknęłam, a kiedy wyciągnął rękę, dodałam: - Ale musisz mnie nauczyć latać na miotle, bo póki co się na niej miotam.
Zaśmiał się.
- Umowa stoi.
Potrząsnęliśmy dłońmi, a ja miałam nadzieję, że postępuję słusznie - przede wszystkim myślałam o planowanej przygodzie, ale też o tym, czy dobrze robię, zamierzając ośmieszyć się na lekcji latania u Nate'a.
________________________________________________________________________
Przepraszam za robienie zamieszania, ale zmieniłam różdżkę Rose. Założyłam nowe konto na pottermore i wypełniłam test na różdżkę ponownie, tym razem zwracając szczególną uwagę na ostatnie pytanie, czyli co wybrałabym ze skrzyni MAGICZNYCH artefaktów. Wcześniej nie zwróciłam uwagi na słowo "magical" i wybrałam zrolowany papirus, bo byłam ciekawa, co mogłoby tam być. Ale tym razem się zastanowiłam i stwierdziłam, że skoro to są MAGICZNE artefakty, to srebrny miecz zapewne należy do Godrica Gryffindora, a ja nie mogłabym zignorować mojego poczucia... "gryfonizmu" i to zlekceważyć.
Bardzo utożsamiam się z Rose i różdżkę pozostawiłam do wyboru pottermore, tworząc tego bloga, ale skoro Rose jest jednak trochę inna, niż wyszło na początku, to poczułam chęć zaznaczenia tego, póki jeszcze nie jest za późno. Tak więc, o ile kiedyś na tym blogu jeszcze będzie coś dokładnego o różdżce mojej głównej bohaterki (czyli zasadniczo mojej), to nie zdziwcie się, kiedy zobaczycie: modrzew, rdzeń z piórem feniksa, dwanaście i pół cala. :)
Pozdrawiam.
Zmierzyłam całą trójkę wzrokiem. Alesha nadal nic nie mówiła, bardzo zajęta swoimi płatkami z mlekiem. Przyglądałam się jej długo, lecz ona nadal uparcie mieszała łyżką w misce. Już przestałam się spodziewać, iż cokolwiek powie, kiedy wyprostowała się i rzekła:
- Nate ma rację.
Remy nachmurzyła się jeszcze bardziej, ale Alesha szybko uściśliła:
- Co do dyrektora i pomocy, oczywiście. - zrobiła uspokajający gest. - Rose, to czyste wariactwo.
- Poza tym nic nam nie wiadomo, że jesteś wężousta. - zauważyła kąśliwie najstarsza z naszego towarzystwa.
- To chyba nie problem, skoro już o tym wspomniałaś. W końcu wystarczy obejrzeć Harry'ego Pottera i Komnatę Tajemnic i posłuchać, jak...
- Och, Alesha, błagam cię! - jęknęłam. - Na serio wydaje ci się, że mugole tworzący film znali mowę wężów?
- Przecież Rowling jest czarownicą, może im powiedziała? - broniła się.
- To nonsens. Po co? Miałam na to inny pomysł. Myślałam, że może w dziale ksiąg zakazanych jest jakiś słownik albo coś takiego.
Przez chwilę nikt nic nie mówił. Niemal słyszałam monologi prowadzone w ich umysłach, a każdy czuł co innego. Zachwyt, zaskoczenie, stanowczy sprzeciw. Ja sama zastanawiałam się nad tym pół nocy i doszłam do wniosku, że przy odrobinie dobrych chęci można by wykombinować sposób na namówienie profesor McGonagall na pisemne zezwolenie... Lub zakraść się do biblioteki nocą, pod pelerynką niewidką, jeśli ktoś ze znajomych taką ma.... Już wyobrażałam sobie wysokie półki pełne książek na nurtujący mnie temat, gdy Remy przerwała mi stanowczo:
- Nawet o tym nie myśl.
Zamrugałam, przywrócona do rzeczywistości i spytałam:
- Dlaczego?
- Nie ma mowy żebyś ubłagała McGonagall, czy jakiegokolwiek innego nauczyciela. Informacje z działu ksiąg zakazanych są użyteczne dla uczniów tej szkoły dopiero od trzeciego roku. - uniosła znacząco podbródek. - A ja nie mam zamiaru pozwolić ci na coś takiego.
Uśmiechnęłam się nieco złośliwie.
- A po co zezwolenie? Są inne sposoby.
- Chyba mi nie powiesz, że w końcu kupiłaś pelerynkę niewidkę u Weasley'ów? - zmrużyła ostrzegawczo oczy.
- Nie, nie kupiłam. - nie odwracałam od niej wzroku, mieszając powoli herbatę. - Jeszcze nie.
Remy zerwała się gwałtownie z ławki, a następnie, nie patrząc na żadne z nas, bezceremonialnie wyszła z Wielkiej Sali, zadzierając nos tak wysoko, że cudem trafiła do drzwi.
Nate trącił moją nogę butem pod stołem i uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam uśmiech, nie bardzo wiedząc, co po tym całym zajściu powinnam czuć.
Podczas zielarstwa Alesha milczała, lecz na lekcji obrony przed czarną magią paplała jak najęta - ciężko stwierdzić, czy przyczyniła się do tego atmosfera owych fascynujących nas od dawna zajęć, czy to, że na przerwie rozmawiała z Davidem Cliftonem.
Tak czy owak, temat Komnaty Tajemnic, węży i kruków nie powrócił aż do lunchu.
Podeszła do mnie wówczas profesor McGonagall i kazała mi iść za sobą. Rzuciłam pełne wyrzutów spojrzenie na Remy, która siedząc razem ze swoimi koleżankami z trzeciej klasy, udawała, że tego nie widzi.
McGonagall, posiadająca ostry wyraz twarzy osoby z wymiaru sprawiedliwości, poprowadziła mnie do posągu chimery na siódmym piętrze. Zmieszałam się i zrobiłam niepewną minę, bo spodziewałam się raczej pouczającej rozmowy w gabinecie opiekunki Gryffindoru i tradycyjnego polecenia Weź sobie ciasteczko, niż wizyty w gabinecie dyrektora.
- Mysterium. - rzuciła nauczycielka, a chimera odskoczyła w bok i ustąpiła nam z drogi do kręconych schodów prowadzących na wieżę.
McGonagall ruszyła w górę pewnym krokiem, ja za to opuściłam głowę i powlokłam się za nią na wieżę. Zapukałyśmy, a kiedy przyjazny głos zaprosił nad do środka, weszłyśmy do kolistego pokoju, wyglądającego na dziwnie... pusty.
Za czasów Dumbledore'a (który teraz przyglądał mi się życzliwie znad swoich okularów-połówek, opierając dłonie na ramie portretu) gabinet dyrektora pełen był zagadkowych instrumentów o dziwnych kształtach i obcych właściwościach. Można tam też było spotkać Faweksa, zobaczyć myślodsiewnię oraz poczuć się jak w domu dobrego staruszka o nietypowej pasji.
Gabinet profesora Wrighta wydawał się być bardzo... urzędowy? Czysto służbowy? Nie wiedziałam, jak to nazwać. Na półkach poukładano grube tomy, wszystkie w równych rzędach oraz o podobnych okładkach. Na biurku stał kubek z piórami, a obok niego leżał stos czystych kartek. Szmaragdowozielone zasłony, związane szarymi wstążkami, wpuszczały ostre promienie południowego Słońca.
- Och, to ty, Minerwo. - odezwał się przyjaźnie dyrektor, wyłaniając się zza jednej z półek. - I jest nasza Rose!
Ja i profesor McGonagall uśmiechnęłyśmy się dość wymuszenie. Wright wydawał się w porządku, jednak sytuacja była zbyt stresująca, by się nad tym zastanawiać.
- Dzień dobry. - bąknęłam, nie wiedząc jak się zachować.
- Siadajcie, siadajcie. - zaprosił nas na dwa fotele naprzeciwko biurka, za którym właśnie zajmował miejsce. - Życzycie sobie czegoś? Kawy, herbaty, soku dyniowego? - wyczarował je jednym machnięciem różdżki, po czym zwrócił się do mnie już z powagą i przejęciem. - A więc, Rose... - zakasał rękawy. - To prawda? Prześladują cię węże?
Upiłam łyk soku dyniowego, spoglądając na jego splecione palce i mrucząc cicho:
- I kruki. Ale to jeszcze przed rokiem szkolnym.
Wydawało mi się, że przez chwilę przyswajał sobie nową wiadomość, ale wciąż nie patrzyłam mu w oczy. Pomimo wcześniejszej złości, byłam wdzięczna Remy, że załatwiła mi to spotkanie. Z drugiej jednak strony... Czy to mogło coś zmienić? Jeśli węże - może nawet młode bazyliszki - czaiły się na mnie choćby w dormitorium, to na co mi pomoc grona pedagogicznego? Nie chciałam słuchać wymuszonych zapewnień, iż jestem całkowicie bezpieczna, skoro zagrożenie mogło czaić się, przykładowo, za zasłonami w oknach.
- Cóż, panna Morgan - rzekł po chwili pełnej napięcia ciszy. - poinformowała nas, iż chcesz to załatwić na własną rękę, udając się do Komnaty Tajemnic. Czy to prawda?
- Prawda. - mruknęłam ponownie.
McGonagall wciągnęła gwałtownie powietrze przez nos.
- I nie zamierzałaś zawiadomić o tym jakiegokolwiek nauczyciela? Nawet mnie? - spytała, a nie słysząc odpowiedzi, wycedziła: - Gryffindor traci dziesięć punktów. Nie, nie próbuj zmienić mojego zdania, zostałaś ukarana za lekkomyślność.
Odstawiłam kubek na stół tak gwałtownie, że aż kilka kropli soku prysnęło na biurko.
- Tak, zamierzałam udać się do Komnaty Tajemnic. Tak, nie zamierzałam poinformować o tym żadnego nauczyciela, nawet pani, pani profesor. - z trudem opanowałam zbliżający się wybuch. - Ale gdybym komuś powiedziała, to co by to dało? Czy kiedy Komnata Tajemnic została otwarta, to czy ktoś był w stanie coś poradzić, poza Harrym Potterem, który pokonał bazyliszka nie dzięki sprytnym planom, ale dzięki czystej odwadze? Niektóre sytuacje da się rozwiązać tylko w ten sposób, czyli, w przenośni i dosłownie, na oślep.
- Bardzo nas cieszy twoja znajomość tej historii - ucięła McGonagall. - Ale nauczyciele już wiedzą, gdzie jest Komnata Tajemnic i odkąd w ubiegłym roku zmarł uczeń, pilnujemy wejścia do niej, stojąc na warcie, lub... - prychnęła cicho pod nosem. - ...lub patrząc w szklane kule, jak profesor Trelawney. Powinnaś wiedzieć, iż od tego czasu Komnata nie została otwarta ani razu, więc nie ma mowy, by prześladował cię bazyliszek. Zresztą kwestią sporną jest sama teoria, że Jima Travisa zabiło spojrzenie takiego węża, skoro widział go ponoć tyle razy, a przeżył...
- Racja. - przytaknął od razu Wright i odchrząknął. - Dodając do tego jeszcze tego kruka, całość robi się dość skomplikowana, by zacząć się zastanawiać, czy aby to wszystko jest prawdą.
- Przecież ja nie kłamię! - zaperzyłam się.
- A ja cię o to nie oskarżam. - podwinął rękawy granatowej szaty. - Mówię tylko o tym, że ty i panna Morgan możecie zbyt szybko i pochopnie wyciągać wnioski. Czy widziałaś jakiegoś agresywnego kruka, kiedy byłaś na terenie Hogwartu?
Zastanowiłam się.
- Nie.
- A czy zaatakował cię jeszcze jakiś wąż?
- Też nie.
- Widzisz! - uśmiechnął się i rozwarł ręce, jakby trzymał w ramionach coś, co chciałby mi pokazać. - Może ktoś sobie z ciebie zwyczajnie żartuje? Może jakiś uczeń słyszał lub widział, jak wąż cię oplótł i postanowił cię nastraszyć, podkładając łuskę pod twoją poduszkę?
- A co z tym piórem, które było razem z łuską? - zmarszczyłam brwi, zdenerwowana.
- Też na pewno da się znaleźć na to jakąś rozsądną odpowiedź... - pocieszył mnie, ale już z mniejszym przekonaniem. - Może to było pióro czyjejś sowy, a ty się zwyczajnie pomyliłaś? Albo coś ci się przywidziało, a może nawet przyśniło? - uniósł wysoko brwi, z uśmiechem na swojej twarzy oznaczonej pierwszymi zmarszczkami i małą blizną na lewym policzku, skłaniając mnie do przyjęcia tej teorii.
- Wiem, co widziałam. - rzekłam chłodno, lekko zaciskając usta.
Dyrektor odchylił się w swoim fotelu, kładąc ręce na podłokietnikach. Profesor Dumbledore przyglądał mu się zamyślony, bezwiednie gładząc śnieżnobiałą brodę, jednak Wright tego nie zauważał.
- Pewnie zastanawiasz się teraz, do czego ma prowadzić ta rozmowa, skoro powinienem być wystraszony, a jestem jedynie zmieszany. - mówił cicho. - Jednak jestem przekonany, Rose, absolutnie przekonany, iż ta łuska... i to pióro, o ile ono tam w ogóle było... To tylko żart. Na terenie naszej szkoły, a zwłaszcza na skraju zakazanego lasu, uczniom zdarzają się gorsze przygody niż atak węża, w dodatku bezskuteczny. Natomiast za kruki, których nie spotkałaś na terenie Hogwartu, nie mogę odpowiadać, ani się ich pozbyć. Wydaje mi się więc, że nie mamy czego roztrząsać.
Uniosłam wyżej brodę i wyprostowałam się w fotelu. Iskierka nadziei, nabierająca siły w trakcie rozmowy, teraz, na sam jej koniec, zgasła bezpowrotnie.
- Oczywiście.
- Możesz już iść na lekcje. Do widzenia. - znów przywołał uśmiech.
- Żegnam. - odparłam nieco kąśliwie i nie czekając na profesor McGonagall, wyszłam z gabinetu, zbiegłam po schodach i skierowałam się na boisko quidditcha, na pierwszą lekcję latania na miotle.
Wiatr leniwie unosił chorągiewki na dachach trybun dookoła boiska, od czasu do czasu przysłaniając mi widok moimi własnymi włosami. Pożyczyłam od Amandy gumkę i związałam niesforne kosmyki w warkocz. Jednocześnie rozglądałam się wokoło, upajając się zielenią trawy i świadomością bliskiego już wzbicia się w powietrze.
Rozległ się gwizd, po którym wszystkie głowy skierowały się w stronę wysokiego i chudego czarodzieja o mysiej twarzy. Trzymał przed sobą wyciągniętą różdżkę, za pomocą czarów prowadząc około dwóch tuzinów mioteł. Uczniowie rozstępowali się, by zrobić mu miejsce, a gdy już dotarł na sam środek grupy pierwszoroczniaków, miotły opadły na ziemię, stukając o siebie nawzajem. Dookoła posypało się kilka witek z gorszych modeli.
- Dzień dobry. - przywitał się. - Nazywam się profesor Dominic Hawkins, a mój przedmiot, chociaż nie będzie z niego ocen, może się wam w przyszłości bardzo przydać. Jak wszyscy wiecie, miotły są jednym z najpopularniejszych magicznych środków transportu. Kto mi powie, kiedy zostały wynalezione?
Alesha uniosła rękę i udzieliła perfekcyjnej odpowiedzi, kiedy ja starałam się skupić na lekcji zamiast na tym, jak dopiąć swego.
Tak jak przewidywałam, dosiadanie przeze mnie miotły stworzyło ogromne zagrożenie dla pozostałych osób na boisku. Dwa razy wpadłam na jakiegoś Krukona, który nie szczędził mi potem obelg, ale pomimo wszelkich niemiłych przypadków świetnie się bawiłam. Ścigałyśmy się z Aleshą, a jako że żadna z nas sobie najlepiej nie radziła, nasze wybryki nagradzano śmiechem.
Wieczorem nadal się ekscytowałam i żałowałam, że jest tylko jedna lekcja latania w Howarcie, żeby umieć chociaż dosiąść miotły. Pochylając głowę nad pracą domową zastanawiałam się, kto ze znajomych byłby skłonny trochę mnie potrenować po lekcjach. Wtedy ciemna czupryna Nate'a pojawiła się po mojej prawej stronie z triumfalnym uśmiechem.
- Mam dla ciebie niespodziankę. - oznajmił.
- Jak to zdobyłeś?! - ucieszyłam się, przewracając kartki potężnego słownika. Kiedy najeżdżało się różdżką na wybrane angielskie słowo, słyszało się jego syczący odpowiednik z języka wężów. Z zachwytem pogładziłam okładkę.
- Przecież Remy mówiła, że dział ksiąg zakazanych...
- Jest dostępny dla uczniów od trzeciego roku, zgadza się. - dokończył za mnie z uśmiechem, rzucając jednocześnie spojrzenie na drzwi klasy, w której właśnie rozmawialiśmy, aby upewnić się, że nikt się tu nie wybiera. - Pamiętasz Davida Cliftona? To jego zasługa.
Na dźwięk nazwiska blondyna z Ravenclaw przyszła mi na myśl Alesha. Muszę jej o tym wspomnieć - pomyślałam, wpatrując się w okładkę słownika.
- Co masz taką minę? - spytał podejrzliwie Nate.
- Jaką minę? - wybudziłam się z wyobrażania sobie Aleshy piszczącej z zachwytu nad uczynnością Davida.
- Taką... rozmarzoną?
- A, to nic takiego. - próbowałam stłumić jeszcze szerszy uśmiech.
Nate przyglądał mi się chwilę, ale zaraz wzruszył ramionami i przybrał wyraz twarzy z serii I tak bym pewnie nie zrozumiał, przecież jesteś kobietą. Milczenie niezręcznie się przeciągało, a ja z braku lepszego zajęcia zabrałam się za tłumaczenie polecenia otwórz się.
- Dlaczego mi pomogłeś? - odezwałam się w końcu, podnosząc głowę.
Uniósł brwi.
- Uważasz mnie za jakąś złą osobę?
- Nie, nie o to mi chodzi. To niebezpieczne. Powinieneś zdawać sobie z tego sprawę, zwłaszcza po wybuchu Remy.
- Wiem o tym. Ale ciągnie mnie do przygody, a jak nie pójdziesz sama, tylko ze mną to będziesz bezpieczniejsza.
Zaśmiałam się. Czy on naprawdę sądzi, że...
- Daj spokój. Nie zabiorę tam nikogo, to za duże ryzyko. Ja już w nim siedzę po uszy, ty masz jeszcze spokój...
- Jeśli mnie nie weźmiesz - zagroził, ale z uśmiechem. - to powiem o twoich planach Remy, a ona zamieni twoje życie w piekło.
- Silna broń. - przyznałam. - Ciekawa jestem, jak ty się wybronisz, kiedy dowie się, kto mi załatwił słownik.
- To moja kuzynka. Ciągle skaczemy z miłości do nienawiści i na odwrót. - zażartował.
Oparłam się o biurko i zastanowiłam. Nie chciałam iść do Komnaty Tajemnic sama, lecz zabieranie kogoś było wielką odpowiedzialnością. Z drugiej jednak strony w grupie siła...
Oby że w parze również.
- Dobra. - mruknęłam, a kiedy wyciągnął rękę, dodałam: - Ale musisz mnie nauczyć latać na miotle, bo póki co się na niej miotam.
Zaśmiał się.
- Umowa stoi.
Potrząsnęliśmy dłońmi, a ja miałam nadzieję, że postępuję słusznie - przede wszystkim myślałam o planowanej przygodzie, ale też o tym, czy dobrze robię, zamierzając ośmieszyć się na lekcji latania u Nate'a.
________________________________________________________________________
Przepraszam za robienie zamieszania, ale zmieniłam różdżkę Rose. Założyłam nowe konto na pottermore i wypełniłam test na różdżkę ponownie, tym razem zwracając szczególną uwagę na ostatnie pytanie, czyli co wybrałabym ze skrzyni MAGICZNYCH artefaktów. Wcześniej nie zwróciłam uwagi na słowo "magical" i wybrałam zrolowany papirus, bo byłam ciekawa, co mogłoby tam być. Ale tym razem się zastanowiłam i stwierdziłam, że skoro to są MAGICZNE artefakty, to srebrny miecz zapewne należy do Godrica Gryffindora, a ja nie mogłabym zignorować mojego poczucia... "gryfonizmu" i to zlekceważyć.
Bardzo utożsamiam się z Rose i różdżkę pozostawiłam do wyboru pottermore, tworząc tego bloga, ale skoro Rose jest jednak trochę inna, niż wyszło na początku, to poczułam chęć zaznaczenia tego, póki jeszcze nie jest za późno. Tak więc, o ile kiedyś na tym blogu jeszcze będzie coś dokładnego o różdżce mojej głównej bohaterki (czyli zasadniczo mojej), to nie zdziwcie się, kiedy zobaczycie: modrzew, rdzeń z piórem feniksa, dwanaście i pół cala. :)
Pozdrawiam.