czwartek, 12 lipca 2012

Rozdział IV
Pierwszego września stałam przed barierką wyznaczającą czarodziejom drogę na peron numer dziewięć i trzy czwarte, rozglądając się wokół i szukając kogoś z klatką z sową lub kufrem - innymi słowy kogoś takiego, jak ja. Moi rodzice przyglądali mi się zmieszani, kilkakrotnie pytając mnie, czy wiem co mam zrobić, bo wyglądam na zdezorientowaną. Zapewniałam ich, że wszystko jest w porządku, ale nie przerywałam czynności.
Powód mojego zmartwienia był prosty. Ja, jako czarownica, mogłam bez strachu rozpędzić się i wjechać w barierkę, przenosząc się na magiczny peron. Ale co z moimi rodzicami? Próbowałam przypomnieć sobie, czy w Harrym Potterze rodzice Hermiony choć raz widzieli Ekspress Hogwart, lecz moje wysiłki spełzły na niczym. Nigdy nie zwracałam na to specjalnej uwagi i teraz bardzo żałowałam. Nie chciałam, żeby mama i tata pobiegli za mną i odbili się od słupa, ściągając na nas tym samym uwagę innych mugoli.
Wtedy dostrzegłam dwie dziewczyny pchające wózki z kuframi. Wyższa miała ciemnoblond włosy związane w ciasny kok i niebieskie wesołe oczy. Na jej kufrze siedział śpiący biały kot w czarne łaty. Jego ogon zwisał znad wózka i falował delikatnie przy podmuchach powietrza. Druga dziewczyna miała mocno kręcone, brązowe włosy, zagarnięte do tyłu okularami przeciwsłonecznymi niczym opaską, zielone oczy i niepewny uśmiech. Koleżanka opowiadała jej o czymś z ożywieniem, a ona cieszyła się pod maską poddenerwowania. Również miała kota, ale typowego dachowca w szare paski. Trzymała go idąca obok niej kobieta, zapewne jej rodzicielka. Zwierzę potrzebowało niańki, gdyż usiłowało się wyrwać, zaaferowane wszystkim, co się działo.
Za dziewczynami szli ich rodzice, z których tylko jedna matka wydawała się spokojna. Uspokajała swojego męża, prowadzącego ją pod rękę... Chociaż to ona bardziej prowadziła jego, bo widać było, że mężczyzna nie ma pojęcia, gdzie iść.
Kiedy nas mijali, zaczepiłam ową kobietę.
- Przepraszam. - ściągnęłam na siebie jej uwagę. - Próbuję się dostać na peron numer dziewięć i trzy czwarte, i...
- Ach! - przerwała mi, ucieszona. - Kolejna młoda czarownica. Jak miło. Co do peronu, to właśnie przed nim stoisz. - zaśmiała się.
- Tak, tylko... - zakłopotałam się. - Chodzi mi o to, że moi rodzice... Oni są mugolami... I chciałam się spytać, czy, no... Czy oni też mogą się dostać na ten peron?
- Oczywiście. - wymieniła z nimi uprzejmości. - Muszą tylko pobiec tam razem z tobą, bo sami tam nie wejdą.
- A jak wyjdą?
- Nie martw się, zaprowadzimy ich do wyjścia.
Podziękowałam uprzejmie i wróciłam do rodziców. Tata złapał za wózek po mojej lewej stronie, mama po prawej i zanim któreś z nich mogłoby się zawahać, narzuciłam szybkie tempo. W chwilę potem staliśmy na czarodziejskim peronie.
Pociąg już czekał na uczniów, bardziej lub mniej zawstydzonych podczas pożegnań z rodzinami. Między ludźmi były niewielkie przerwy, pozwalające przecisnąć się osobom, które jeszcze nie wniosły kufrów do wagonów. Zewsząd dobiegało miauczenie, pohukiwanie i skrzeczenie. Ogromny zegar wiszący nad wejściem obwieszczał pięć minut do odjazdu.
Odwróciłam się do mamy i taty. Już wcześniej rozmawialiśmy o tym, że najprawdopodobniej zobaczymy się dopiero na Gwiazdkę. Tłumaczyłam im sposób naszego przyszłego kontaktowania się - przywiązywanie do nóżki Nefele listu z moim nazwiskiem i wypuszczanie jej bez względu na porę dnia czy nocy (Sowa to nie pies, nie prowadzi się jej na smyczy, można puścić, a ona zawsze dotrze w odpowiednie miejsce). Doskonale wiedziałam, że są zmartwieni; ja również byłam. Nie było jednak mowy, bym miała się wycofać teraz, kiedy zaczynała się największa przygoda w moim życiu.
Pożegnałam się z nimi, gdy pociąg dawał do zrozumienia swój zamiar odjazdu. Tata pomógł mi wnieść kuferek i klatkę z sową do środka wagonu, ale sama dalej miałam je nieść. Kiedy ruszyliśmy, stałam przy oknie, machając zawzięcie, trzęsąc się w środku z ekscytacji.
Tracąc rodziców z oczu, zaczęłam manewrować wózkiem, żeby swobodnie przeprowadzić go przez wąski korytarz. Podążając nim, rozglądałam się za znajomymi twarzami w przedziałach. Widziałam Remy, ale nie było przy niej wolnego miejsca - musieli tam siedzieć wszyscy Gryfoni z trzeciego roku. Zresztą, nawet gdyby było miejsce, nie lubiłam pchać się w obce towarzystwo. Następną osobą, jaką spotkałam, był Nate, siedzący z trzema kuplami w swoim przedziale. Zobaczył mnie, uśmiechnął się i gestem zaprosił do środka, wywołując zaciekawienie swoich kolegów moją osobą. Starając się nie oblać rumieńcem (co nigdy mi się nie zdarzało, ale czułam zbliżającą się falę gorąca), odmówiłam, mówiąc, iż ktoś już na mnie czeka. Co oczywiście było kłamstwem, lecz ja i czwórka obcych chłopaków... Moja nieśmiałość ani razu nie dałaby mi dojść do głosu.
Ostatni przedział, który nie był zatłoczony, zajmowały trzy dziewczyny. Dwie z nich widziałam już wcześniej na peronie, a trzecia...
- Alesha! - zawołałam, otwierając drzwi przedziału.
Odwróciła się w moją stronę, zdziwiona. Alesha była wyższa ode mnie, miała jasnoblond włosy i szarozielone oczy. Smukła, pewna siebie, otwarta na innych. Jako że zazwyczaj zaskakiwała bladością - jak ja - opalała się na delikatną czerwień, a i to przychodziło jej z trudem. Ludzie często brali nas za siostry - nie wiedziałam czemu. Co prawda ja też byłam blondynką, ale bardzo ciemną, niemalże szatynką. Poza tym miałyśmy zupełnie inne rysy twarzy.
- Rose! - ucieszyła się na mój widok. - Nie spodziewałam się ciebie tutaj! Dlaczego nic mi  nie powiedziałaś?
- No... - zająkałam się. - Bo minister magii pozwolił mi powiedzieć tylko jednej osobie spoza rodziny... A ja wiedziałam, że jakbyś się dowiedziała, to powiedziałabyś Nancy, a jakbym powiedziała jej, to ona dałaby znać tobie. To nie mogło się tak roznieść...
- Niepotrzebnie się martwiłaś. - machnęła ręką. - Nancy wie, że ja jestem czarownicą, bo mój tata jest czarodziejem. A w mojej rodzinie wszyscy wszystko wiedzą... - urwała. - Tylko ja nie mogłam nikomu powiedzieć.
Naszej rozmowie przysłuchiwały się spod okna dziewczyny, uśmiechając się do mnie przyjaźnie. Alesha spojrzała na nie, potem na mnie i zaprosiła mnie na miejsce obok jednej z nich. Pomogła mi wtaszczyć na półkę bagaże, zachwycając się Nefele, a następnie zapoznała mnie ze swoimi koleżankami.
Blondynka nazywała się Phoebe Swan, była półkrwi uczennicą drugiego roku oraz ścigającą drużyny Gryfonów. Na wstępie naszej znajomości okazało się, że mamy wspólne zainteresowania, na co moja potworna nieśmiałość mruknęła niezadowolona i zwinęła się gdzieś w kącie. Natomiast brunetka, Rebecca Johnson, z dumą walczyła na pozycji szukającego tego samego domu, była mugolakiem oraz rówieśniczką Phoebe.
Przyjaciółka zręcznie przerwała ciszę interesującym tematem, czyli jak jest w Hogwarcie. Od niechcenia bawiła się różdżką, obracając ją w palcach. Potem wyraziła nadzieję, że będzie w Gryffindorze, a ja nie ukrywałam podejrzeń o swojej przyszłości Krukonki.
Minęły dwie godziny, a za oknem wciąż przesuwał się las. Nagle ktoś otworzył wejście do przedziału, wyrywając nas z rozmowy. Spojrzałyśmy tam. W drzwiach stał Nate oraz jeden z jego kolegów, mniej więcej jego wzrostu Krukon (o czym świadczył niebieski krawat) o jasnych włosach sięgających ramion i wesołych błękitnych oczach. Alesha niespokojnie powierciła się na swoim miejscu.
- Hej, dziewczyny. - Nate wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Przebierajcie się, już dojeżdżamy.
- Obchód robisz? - Rebecca uniosła brwi. - W ogóle, to gdzie czarownica z wózkiem?
- Nie ma jej. - za Nate'em pokazała się Remy. - Mówiłam, żeby ją zastąpił, ale się nie zgodził. - a zauważywszy mnie, rzuciła: - No, no, Rose. Żeby się nie przywitać?
Nie wydawała się jednak przejęta. Usiadła obok mnie, za nią jej kuzyn, a naprzeciwko Krukon. Alesha poprawiła się na swoim miejscu. Posłałam jej niedwuznaczne spojrzenie.
- Chłopaki, jak mamy się przebrać, to zasadniczo powinniście stąd wyjść. - odezwała się Phoebe.
- Zaraz pójdziemy. Chcieliśmy tylko pogadać. - Nate omiótł wzrokiem twarze zgromadzonych. - Znam wszystkich, oprócz ciebie. - zwrócił się do mojej przyjaciółki.
Nowoprzybyła trójka zapoznała się z Aleshą, a następnie Krukon ze mną. Nazywał się David Clifton, był na czwartym roku i okazał się zaskakująco uprzejmy. Phoebe i Rebecca już wcześniej ich znały, więc wiedziały, jak zagadnąć, by nie zapadło milczenie. Poszli po piętnastu minutach, a Remy na odchodne zwróciła się do zawodniczek:
- Hej, w tym roku kapitanem naszej drużyny quidditcha jest Alan Oldman. Da nam popalić, więc wygospodarujcie trochę wolnego czasu.
Obie głośno jęknęły, ale pokiwały głowami.

- Pirszoroczni! - tubalny głos rozniósł się nad głowami podekscytowanych uczniów. - Pirszoroczni do mnie!
Odwróciłam się w stronę źródła głosu, nie mogąc uwierzyć we własne podejrzenia. Miałam jednak rację. Kilkanaście metrów od stacji pociągu stał człowiek wysoki jak dwaj dorośli mężczyźni, z ciemnymi włosami i brodą, poprzetykanymi pasmami siwizny. Zmarszczki wokół oczu pogłębiały się jeszcze bardziej, gdy uśmiechnął się do zbierającego się  przy nim tłumu.
Hagrid.
Ja i Alesha spojrzałyśmy na siebie, nie ukrywając szoku. No, dobrze, Harry Potter nie kłamie, ale że Hagrid jeszcze trzyma się swojej pracy...?
Poprowadził nas w stronę jeziora, gdzie czekały już kilkuosobowe łódki, kołyszące się sennie na czarnej tafli. Nikt nie zadawał zbędnych pytań - uczniowie znali tradycję. My szłyśmy na samym końcu, więc jedyne wolne miejsca, które dla nas zostały, były wąskimi siedzeniami po obu bokach półolbrzyma. Niepewnie wcisnęłyśmy się do łódki, zastanawiając się, dlaczego nikt nie skorzystał z okazji na podróż z żywą legendą.
Hagrid był bardzo miły. Pytał o nasze imiona, czy nam się tu podoba i czy lubimy zwierzęta. Nie byłam pewna, jakie ma na myśli - normalne czy magiczne, do których z pewnością miał słabość - lecz i tak żarliwie pokiwałam głową. Okazało się, iż miłośnik wszelkich stworzeń nadal uczy opieki nad magicznymi stworzeniami. Nie mogłam się zdecydować, czy mam szansę polubić ów przedmiot.
Stanęliśmy na brzegu i już mieliśmy skierować się do zamku, kiedy coś owinęło mi się wokół prawej nogi.
Coś syczącego.
Wyjątkowo duży wąż wspinał się po mnie, tworząc serpentynę połyskującego od łusek cielska. Pisnęłam, wyjęłam różdżkę, ale sama nie wiedziałam, co z nią zrobić. W końcu rozpaczliwie, machając nią i tworząc w powietrzu nikomu nieznane kształty, wychrypiałam:
- Drętwota!
Błysnęło. Uścisk zelżał. Zwierzę, pozbawione nad sobą kontroli, zsunęło się, lądując na mojej stopie jako plątanina z ciała. Z trudem wyciągnęłam z niej swoją nogę i potarłam ją, czekając, aż wróciło mi w niej czucie. Wówczas podniosłam wzrok i ujrzałam swoich rówieśników i gajowego, patrzących się w oniemieniu.
- O co chodzi? - spytałam, drżącym głosem, nadal wytrącona z równowagi atakiem węża.
- Czy ty... - zaczął jakiś pucołowaty chłopak. - Czy ty uczyłaś się tego zaklęcia w pociągu?
- Nie...
- A w domu? - spytała Alesha. Pytania mnie zdziwiły, więc zmarszczyłam brwi. - Rose, jesteś mugolakiem! Nie możesz bawić się różdżką, nie mając za sobą ani jednej lekcji magii, i to w miejscu, gdzie nie ma żadnego czarodzieja! To  niebezpieczne!
- Ale ja nic nie robiłam! Nie bawiłam się różdżką!
- A-aale... - jąkał się Hagrid. - Przed chwilą rzuciłaś zaklęcie... Znaczy nie jakieś specjalnie dobre... Trochę by trzeba popracować... Ale jednak niezłe... Cholibka... Naprawdę nigdy wcześniej tego nie robiłaś?
- Nie. - powtórzyłam, odgarniając grzywkę z oczu. - Ja tylko... Krzyknęłam, co mi pierwsze przyszło na myśl, byle jak wymachując różdżką.
Wszyscy patrzyli się na mnie przez dłuższą chwilę, po czym gajowy odchrząknął i nakazał nam iść za nim do zamku. Uczniowie zastosowali się do polecenia, ale co jakiś czas odwracali głowy, by na mnie spojrzeć i szeptali między sobą, tworząc szmer głośniejszy niż wiatr tańczący w Zakazanym Lesie...

Prowadzeni przez profesor Russell przed stół nauczycieli, podziwialiśmy zaczarowany sufit, migoczący milionami złotych gwiazd na granatowym niebie, chociaż ciężko było je dostrzec poprzez blask latających świec. Po prawej stronie mównicy dyrektora stał niski stołek, a na nim postrzępiona, połatana Tiara Przydziału z klapniętym czubkiem. Pani profesor już wcześniej zapoznała nas z przebiegiem Ceremonii Przydziału, bo jakimś cudem nie wszyscy byli z nią obeznani. Odkąd świat obiegła historia Pottera, połowa osób mruczała pod nosem Tylko nie Slytherin albo Błagam Gryffindor tudzież inny dom. Wobec tego Tiara zdecydowała, iż nie będzie słuchała podobnych jęków. Wybór dawała jedynie w wyjątkowo trudnych przypadkach.
Dziura w Tiarze otworzyła się, a niepozorna część ubioru rozpoczęła pieśń powitalną, opowiadającą o czterech założycielach i ich światopoglądach. Genialna akustyka sali niosła muzykę po całym pomieszczeniu, wywołując u mnie gęsią skórkę.
Profesor Russell wyjęła spod Tiary zwój pergaminu, rozwinęła go i przesuwając po nim  spojrzenie swoich małych, szarych oczu z klapniętymi powiekami, odczytywała na głos nazwiska nowych uczniów. Osoby podchodzące do stołka najczęściej miały zaniepokojone miny i trzęsły się na nogach. Wyjątki przeważnie trafiały do Slytherinu, witającego głośnymi okrzykami pewnych siebie i dumnych nowych.
- Light, Rose! - zawołała nauczycielka.
Zerknęłam na Aleshę, a ta uśmiechnęła się i ruchem głowy popędzała do stawienia czoła jednej z najważniejszych w moim życiu chwil. Starając się nie chwiać ze stresu, ruszyłam w stronę stołka, a Russell trzymała już Tiarę w oczekiwaniu. Gdy usiadłam, opuściła ją na moją głowę. Tiara opadła mi prawie do oczu.
Przez sekundę nic się nie działo. Widziałam obserwujących mnie Nate'a, Phoebe, Rebeccę i Remy. Pragnęłam dołączyć do nich przy stole Gryfonów. Zaczęłam się denerwować, że Tiara się nie odezwie i zostanę wystawiona na pośmiewisko i utratę marzeń, lecz wtedy usłyszałam jej głos w swojej głowie.
Kolejny trudny przypadek...
Wyprostowałam się, a serce zaczęło mi bić jeszcze mocniej.
Slyherin należy odrzucić. Tam nie pasujesz. Hufflepuff? Jesteś lojalna i dobra... Ale to wciąż nie to... Ravenclaw? Hm...
Rzuciłam zaniepokojone spojrzenie na moich znajomych.
Mogłoby tak ewentualnie być. Ale najlepiej pasujesz do...
- GRYFFINDOR! - zagrzmiała.
Poczułam tak błogi spokój i radość, że o mało się nie rozpłynęłam. Wstałam, oddałam pani profesor Tiarę i jak na skrzydłach pofrunęłam do grupy wiwatujących na mój widok Gryfonów. Usiadłam między Phoebe a Remy, posyłając każdemu z mojej nowej paczki uśmiech, po czym ponownie skupiłam się na Ceremonii, by nie przegapić przydziału przyjaciółki. Kiedy przyszła jej kolej, wyglądała na równie przejętą jak inni, ale miała też coś takiego wypisanego na twarzy, jakby toczyła wewnętrzną walkę. Ona też musiała czekać na decyzję Tiary, a wynik miała taki sam jak ja. Ucieszona, usiadła obok mnie i uścisnęłyśmy się, czując magię tej niezwykłej chwili.
Po Ceremonii Przydziału rozpoczęły się ciche rozmowy, które stłumił odziany w purpurową szatę mężczyzna w średnim wieku, z kilkudniowym zarostem, siwiejącymi czarnymi włosami i małym nosem. Był wysoki i uśmiechnięty, sprawiał wrażenie sympatycznego.
- Droga młodzieży! - zawołał. - Pragnę przedstawić się pierwszorocznym. Nazywam się Joseph Wright i jestem dyrektorem Hogwartu. - po oklaskach ciągnął dalej. - Mam przyjemność poinformować pierwszorocznych bazujących na Harrym Potterze, iż odkąd Lord Voldemort poniósł ostateczną klęskę, stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią piastuje nadal ten sam nauczyciel, profesor Price. Jednak to jedna z nielicznych rzeczy, które uległy zmianom, ponieważ wstęp do Zakazanego Lasu jest nadal niebezpieczny i zabroniony. Muszę z przykrością przyznać, iż w tamtym roku pewien uczeń poszedł tam w ramach zakładu i przez ponad tydzień leżał nieprzytomny w skrzydle szpitalnym. - tu dyrektor zrobił przerwę i omiótł nas wzrokiem. - Nie ma żartów z zagrożenia, pamiętajcie o tym. No, to wszystko, co chciałem wam powiedzieć. Witam w szkole!
Ponownie zabrzmiały oklaski, lecz szybko naszą uwagę odwróciła uczta zapachów i smaków. Wszyscy rozmawiali i śmiali się, a ja oraz Alesha nie mogłyśmy nacieszyć się swoją przygodą. Remy pokazała mi na jednym ze swoich kolegów Zaklęcie Dezorientacji, polegające na zmienianiu się barw i kształtów wszelkich otaczających ofiarę przedmiotów. W ten sposób chłopak wylądował pośród tuzina kolorowych sów. Kilka razy przyłapywałam Nate'a na przyglądaniu mi się, ale nie uciekał wzrokiem. Uśmiechał się wesoło, a ja wiedziałam, że nie mogłam trafić do lepszego towarzystwa.
Po uczcie powitalnej, najedzeni i śpiący, wszyscy Gryfoni udali się za prefektem do wieży Gryffindoru. Hasło brzmiało Rycerskość. Gruba Dama zaprosiła nas do pokoju wspólnego, wyglądającego dokładnie tak, jak opisywała to Rowling: w kominku trzeszczał ogień, rzucający delikatne światło na znajdujące się blisko niego fotele i kanapę; przy oknie stał mały stolik, a na nim szachownica; portrety na ścianach prowadziły zawziętą dyskusję, który z nich wyszedł spod pędzla lepszego malarza. Rozglądałam się, zachwycona otoczeniem. 
Nikt nie miał w sobie tyle siły, by oprzeć się wizji czekających na końcu krętych schodów łóżek, więc rozeszliśmy się do swoich sypialni. Ja i Alesha dzieliłyśmy ją jeszcze z Caroline Grant, Anne Curtis oraz Amandą Hayes. Wszystkie miały brązowe oczy, ale każda inny kolor włosów - Caroline ciemny blond, Anne brąz, a Amanda kruczoczarne loki. Leżąc w łóżkach rozmawiałyśmy, dopóki nie zmorzył nas sen.

Obudziłam się, kiedy zaczynało świtać. Potarłam oczy, przewróciłam się na brzuch, próbując usnąć w innej pozycji, wsunęłam dłonie pod poduszkę.
Zamarłam. Trzęsąc się, wyjęłam spod niej czarne pióro i zieloną łuskę węża. Wyglądała, jakby należała do tego, z którym walczyłam wczoraj, połyskiwała w świetle nieśmiałych promieni słonecznych i rozjaśniała się na brzegach.
To niemożliwe...

środa, 4 lipca 2012

Rozdział III
Tydzień później cała nasza rodzina stała wraz z Anthonym Morrisem, pracownikiem Urzędu Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli, przed Dziurawym Kotłem - którego moi rodzice nie byliby w stanie dostrzec, gdyby nie rzucone na nich wcześniej pomimo gorących protestów zaklęcie. Budynek był mały, obskurny i, co za tym idzie, niezachęcający. Pan Morris wszedł do środka pierwszy, a my za nim.
W środku było duszno i gwarnie. Większość stolików zajmowali palący papierosy czarodzieje w średnim wieku oraz towarzyszące im czarownice, wolno sączące alkohol z kieliszków. Gdzieniegdzie na ścianach łuszczyła się czerwona farba. Chociaż okna były odsłonięte, w rogach pubu paliły się wysokie świece.
Morris powitał barmana uniesieniem dłoni, powstrzymując go tym samym przed podejściem i rozpoczęciem rozmowy. Poprowadził nas do tylnych drzwi, które tak jak się spodziewałam, prowadziły na małe, zachwaszczone podwórko. Urzędnik wyjął różdżkę, stuknął nią w ceglany mur i puścił nas przodem przez ukazujące się przejście.
Ulica Pokątna wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałam. Po obu stronach drogi, wzdłuż chodników ciągnęły się sklepy z ogromnymi szyldami - Madame Malkin, Esy i Floresy, a nawet...
- Nie mogę w to uwierzyć! - pisnęłam, ściągając na siebie uwagę przechodniów. - To naprawdę Magiczne Dowcipy Weasley'ów?!
Pan Morris spojrzał w tamtą stronę i uśmiechnął się.
- W rzeczy samej. - przytaknął. - Przecież książka Harry Potter nie kłamie. - zaśmiał się.
- I tam pracuje George Weasley? - pytałam z niedowierzaniem. 
- Tak. - pokiwał głową. - Ech, współczuję panu Weasley. Po tym, jak Rowling opublikowała w mugolskim wydawnictwie historię Pottera, wszyscy, którzy w niej wystąpili mają męczące życie. Widzisz, Rose, do tego sklepu ciągnie cała masa mugolaków, i nie tylko mugolaków, tak nawiasem mówiąc, którzy z zapartym tchem wypytują pana George'a o bitwę o Hogwart. Lecz dla niego to okrutny powrót do przeszłości, wspomnienie śmierci brata bliźniaka i wielu innych bliskich. Rose, nie pytaj go o nic. Możesz tam wejść, porozmawiać z nim, choćby o towarze, jeśli chcesz. Tylko nie wchodź na niewygodny temat.
Najpierw byłam zawiedziona. Przepuszczenie okazji na rozmowę z żywą legendą wydawało mi się straszne. Z drugiej strony uświadomiłam sobie, co George Weasley musiał przeżyć, czuć, myśleć. Zapewne nawet nie umiałabym tego pojąć, gdyby próbował mi wyjaśnić, a skoro tak, to niech nie wyjaśnia. Niech nie wraca do przeszłości - nie przeze mnie.
- Skąd Rowling o tym wszystkim wiedziała? Też jest czarownicą?
Morris ponownie pokiwał głową.
- Ukrywa to, mugole nic nie wiedzą. Niektórzy tylko żartują, że ona nią jest, ale nic więcej. Jej dziecko z pierwszego małżeństwa nie jest czarodziejem. Postanowiła spisać całą historię i dać ludziom zakosztować trochę magii, bo nie wiedziała, jakim cudem ludzie funkcjonują bez niej. A informacje miała najlepsze, jest daleką rodziną samej Hermiony Weasley, z domu Granger.
Wybałuszyłam na niego oczy.
- Słucham?!
- Tak, tak. - zaśmiał się urzędnik. - Zaskakujące, prawda? Co prawda pani Hermiona jest mugolakiem, ale jej prapraprababcia była czarownicą i wzięła ślub z mugolem. Jej pierwsza córka była magiczna i to od niej pochodzi Rowling, ale druga, praprababcia pani Weasley, nie. 
Wkraczając w ten nieznany świat, oczekiwałam tajemnic i zagadek. Pragnęłam ich. Tylko że nie spodziewałam się, iż wszystko co z żalem do tej pory uznawałam za fikcję, okazywało się prawdą, a to już zaczynało mnie przerastać.
- Mogłabym zajrzeć do sklepy Weasley'ów? - skierowałam pytanie do rodziców, ale to Morris mi odpowiedział:
- Najpierw wypadałoby iść do Gringotta, nie sądzisz?
- Ale ja nie mam skrytki...
- Oczywiście, że nie. Wymienimy mugolskie pieniądze na te czarodziejów i założymy ci ją. Dopiero po tym będziesz mogła robić zakupy. W drogę. - skinął głową w kierunku Banku, którego majestatyczna, biała sylwetka malowała się daleko przed nami na tle błękitnego nieba.

Podczas gdy moi rodzice siedzieli z urzędnikiem w małej kawiarni na rogu Pokątnej, pilnując mojego kuferka pełnego książek, nowych, nietypowych przyborów szkolnych i szat, ja spokojnie spacerowałam po uliczce, rozglądając się za co ciekawszymi sklepami. Zatrzymałam się na chwilę przed sklepem sportowym, podziwiając najnowszy cud, Błyskawicę 700 (kolejne udoskonalenie starego modelu). Wiedziałam, że według nowych zasad pierwszorocznym pozwala się na posiadanie miotły, a nawet na należenie do drużyny quidditcha, ale zdawałam sobie sprawę również z tego, że to najprawdopodobniej nie dla mnie. W szkole na WF-ie byłam kiepska. Podejrzewałam, iż dałabym sobie radę na miotle, ale rywalizując o tak wysoką stawkę jak Puchar - nie, nie ma mowy.
Moim następnym przystankiem był sklep Weasley'ów. Z bijącym sercem zbliżyłam się do drewnianych drzwi, pomalowanych zieloną farbą i powoli je otworzyłam, kątem oka zerkając na barwną wystawę, pełną najróżniejszych, ale kuszących dziwactw.
Dzwonek nad drzwiami obwieścił nowego klienta, jednak tylko ja go usłyszałam, bo w środku był wielki hałas. Tworzyły go zarówno zabawne wynalazki, jak i kupujący. W tłoku starałam się odnaleźć George'a, jednak moje wysiłki spełzły na niczym. Nigdzie nie było widać żadnej rudej czupryny. Zrezygnowana, lecz mimo wszystko nadal przejęta, zaczęłam przesuwać się wzdłuż półek, oglądając szalone przedmioty i czytając ich opisy - od obrzydliwych, przez niejasne, aż po zachwycające geniuszem braci. Znalazłam słynną Bombonierkę Lesera i wzięłam pudełko do rąk, oglądając znajdujące się na nim obrazki.
- Z biegiem lat nie tracą popularności. - usłyszałam obok siebie męski głos. - Chociaż jest to pewnie zasługa Rowling.
Spojrzałam w stronę źródła dźwięku i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Stałam twarzą w twarz z właścicielem sklepu, czarodziejem tak słynnym, że pewnie nawet tego nie pojmował, a na pewno o tym wiedział.
Lata go zmieniły. Miał teraz niewiele ponad trzydziestkę, ale oczy mówiły, że wieku jego ciała i duszy nie należy porównywać. Delikatny zarost dodawał jego twarzy uroku, a cienie pod oczami dowodziły niedobór snu.
- Zakładam, że ma pan rację. - przyznałam, starając się, by głos mi się nie zatrząsł.
- Oczywiście. - kąciki jego ust się uniosły. - Co do moich produktów, jestem nieomylny.
- Zauważyłam, że ma pan tu nawet pelerynki niewidki.
- Tak. - przyznał. - Ale to nie są takie zwykłe pelerynki niewidki. Są nimi tylko dla właścicieli i dla osób, które owi właściciele dopuszczą do ich tajemnicy. Dla wszystkich innych wyglądają jak zwykłe, czarne, szkolne peleryny. 
- Hm... - mruknęłam. - Chyba kupię jedną.
- Jak już się namyślisz, to znajdziesz mnie przy kasie. - Kiwnął głową w tamtą stronę. - A jak nie mnie, to jakiegoś pracownika.
- Dobrze. - zaśmiałam się nerwowo.
- Bywaj.
George Weasley poszedł porozmawiać z innymi klientami, a ja podekscytowana skierowałam się do półki z pelerynkami. Stanęłam przed nią, znalazłam ciekawiący mnie towar wzrokiem i jeszcze raz przeczytałam opis:


By sekrety poznać innych,
By ich śledzić w miejscach dziwnych
Starczy wrzucić to na siebie,
W tym bezpiecznie jest jak w niebie.

Pod spodem widniała cena - 11 galeonów i dziesięć syków po przecenie. Jęknęłam.
- Tak, ceny są miażdżące.
Znów ktoś mnie zaskoczył, tym razem od tyłu. Stała tam dziewczyna niewiele wyższa ode mnie, o jasnozielonych oczach, idealnie prostych brązowych włosach sięgających połowy pleców i delikatnym uśmiechu. Jej brwi tworzyły zgrabne łuki. Rysy twarzy miała ostre, ale ładne. Długie, opalone na złoto nogi podkreślała krótkimi spodenkami.
- Nawet po przecenie. - pokiwałam głową.
- Przecena jest tylko po to, żeby zachęcić uczniów z mugolskich rodzin. Osoby czystej krwi, jak ja, albo półkrwi przeważnie znają się na rzeczy i kupują prawdziwe pelerynki niewidki. Z tego, co widzę, jesteś mugolakiem, więc ci coś doradzę. Nie kupuj tego, szkoda kasy. Zamów sobie porządną pelerynę. Więcej kosztuje, ale nie traci swoich właściwości tak szybko. Nawet, jeśli nie są one takie ekstrawaganckie, jak tych nowych.
Zacisnęłam nieco usta.
- Moje pochodzenie aż tak rzuca się w oczy? - spytałam.
- Och, tak. - uśmiechnęła się lekko złośliwie. - Oczy ci się świecą, jakby były końcem różdżki podczas zaklęcia Lumos. Widać, że jesteś tu pierwszy raz.

Remy Nina Morgan - bo tak nazywała się ta dziewczyna - na ogół była miła, ale miała też przebłyski złośliwości i cynizmu, co mnie trochę irytowało. Lubiłam zaskakiwać ją swoją wiedzą o świecie magii, ale nie lubiłam jej późniejszej miny, mówiącej No tak, zjadła wszystkie rozumy, bo przeczytała Pottera. Gdyby nie to, że nie wywyższała się swoją czystą krwią i nie mówiła nic o mojej, bezczelnie zapytałabym ją, czy jest Ślizgoną. Choć subtelna kąśliwość nie jest przecież powodem, by od razu tam trafić.
Taka była na początku. Zmieniła się, gdy zaczęłyśmy mówić o quidditchu. Okazało się, że jest ścigającą Gryffindoru. Ucieszyło ją, gdy powiedziałam, że znam się na zasadach tej gry. Wprowadziła mnie w tajemnice reprezentacji poszczególnych krajów i chociaż zachwycała się Irlandią, gorąco kibicowała Anglii i wierzyła w jej przyszły sukces. A może raczej się o niego modliła.
Poszłyśmy razem do sklepu z różdżkami u Boonera. Wystawa była skromna, z kilkoma jedynie wytworami. Wzrok przykuwała połyskująca na złoto tabliczka nad wejściem - Ollivander do 1997 r.
- To tu... - szepnęłam.
- Tak. Właśnie tu.
Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Było tu niepokojąco cicho i tajemniczo. W promieniach Słońca wpadających przez okno tańczył kurz. Ściany całkowicie zasłaniały poukładane jedno na drugim wąskie pudełka z różdżkami. Nie trzeba było dzwonka, by w tej grobowej atmosferze wiedzieć, kiedy ktoś wchodzi. Sam odgłos zamykanych drzwi o tym informował.
- Witam. - do lady podszedł wysoki mężczyzna w średnim wieku i z miłym uśmiechem. Ani trochę tu nie pasował. - W czym mogę pomóc? Nowa różdżka czy naprawa?
- Nowa. - powiedziałam, ale po chwili powtórzyłam głośniej, bo mój głos dopasował się do otoczenia.
- Podejdź tu.
Posłusznie wykonałam polecenie. Pan Booner zmierzył różne odcinki mojego ciała, jak długość ręki i wzrost. Remy stała nadal przy drzwiach, przyglądając mi się, bo niezaprzeczalnie nie było tu niczego ciekawego, by móc się tym zająć.
Wytwórca bez zapowiedzi oddalił się i zniknął wśród regałów, przynosząc po paru minutach sześć brązowych pudełek. Otworzył pierwsze, wyjął z niej różdżkę, przetarł ją białą ściereczką wyjętą z kieszeni i podał mi, mówiąc:
- Jedenaście i trzy czwarte cala, klon, rdzeń z włókna smoczego serca, lekko sprężysta.
Machnęłam nią. Natychmiast mi ją zabrał i podał kolejną. Znów nie to. I znowu. Wkrótce wszystkie przyniesione różdżki okazały się złe. Remy przestępowała z nogi na nogę, zaczynając się męczyć. Pan Booner przyglądał mi się przez chwilę, jeszcze raz dokonał pomiarów, a potem zapatrzył się w przestrzeń. Odszedł ponownie do półek i słyszałam, jak szybko w nich grzebie. Wrócił brudny i zakurzony, z dziwnym błyskiem w oku. Z przyniesionego szarego pudełka wyjął wyjątkowo ładną różdżkę, wytarł ją dokładnie i mi ją podał.
- Dwanaście i pół cala, modrzew, pióro feniksa, lekko sprężysta i jak widać, pięknie zdobiona.
Wzięłam ją delikatnie do ręki i poczułam, jakby przepłynął przeze mnie prąd. Przyjrzałam się jej uważniej. Była prosta, z oplatającym ją na dole kształtem przypominającym winorośl.
- Idealna. - zachwycił się. 
Wziął ją ode mnie i zapakował. Zapłaciłam mu wyznaczoną cenę, pożegnałam się i zabierałam się z Remy do wyjścia, kiedy usłyszałam, ja mówi cicho sam do siebie:
- I tak oto ostatnia różdżka Ollivandera, która tak długo nie mogła znaleźć odpowiedniego czarodzieja, została sprzedana.

Poszłyśmy do lodziarni. Niosłam pakunek z różdżką i klatkę z moją nową sową, czyli puszczykiem, którą nazwałam Nefele, od imienia greckiej bogini chmur. Remy aprobowała mój wybór, chociaż sama podsuwała mi najpierw imię Nike.
Usiadłyśmy razem przy jedynym wolnym stoliku, jedząc słodycze i rozmawiając. Ja pytałam ją, jak to jest od dziecka wiedzieć o magii, a ona mnie, jak to jest nie wiedzieć. Żadna z nas nie mogła się nadziwić opowieści tej drugiej. Kiedy mama do mnie zadzwoniła (nie wiedziałam, jakim cudem był tam zasięg), wyjaśniłam pod czujnym spojrzeniem towarzyszki, gdzie jestem. Potem oczywiście musiałam pokazać koleżance komórkę i jak się nią obsługiwać. Szybko się do niej uprzedziła.
Jedząc drugą gałkę lodów, rozglądałyśmy się obie dookoła. Ja z zaciekawieniem, ona ze znużeniem. 
Dwa stoliki dalej siedział jakiś chłopak. Wyglądał, jakby był niewiele starszy ode mnie. Miał zmierzwione, ciemnobrązowe włosy i delikatne rysy. Popijał napój z plastikowego kubka i przyglądał mi się, co jakiś czas rzucając okiem na Remy. 
Wstał i ruszył w naszym kierunku. Odwróciłam wzrok, udając, że nic mnie nie obchodzi to, co robi, mimo że serce waliło mi jak oszalałe.
- Hej. - przywitał się. - Mogę usiąść?
Już chciałam odpowiedzieć, ale koleżanka mnie uprzedziła.
- Tak, pewnie. - a kiedy zajął miejsce, dodała niedbale, wskazując na mnie ruchem głowy: - To jest Rose Light. Idzie na pierwszy rok.
- Miło poznać. - uśmiechnął się ciepło i podał mi rękę. Uścisnęłam ją, nie mogąc oderwać wzroku od jego chabrowych oczu. - Ja jestem Nate River. To będzie mój drugi rok.
- W jakim jesteś domu? - spytałam z braku pomysłu.
- W Gryffindorze. Tam kwitnie męstwa cnota, więc to dla mnie idealne. - zaśmiał się.
- Skoro męstwo to jedyne, co możesz z siebie wykrzesać... - rzuciła Remy.
- Nie czepiaj się, kuzynko, sama tam jesteś.
- Kuzynko? - wymknęło mi się.
- Tak. - pokiwał głową. - Nasze mamy są siostrami. Ona jest podobna do swojej, ale ja jestem podobny do ojca. Stąd ta różnica w wyglądzie.
- Wracając do tematu - przerwała dziewczyna. - ja bym mogła być w każdym z domów. Tak, nie wypieram się nawet Slytherinu, chociaż nie wytrzymałabym ze Ślizgonami. Może dlatego Tiara chciała mnie umieścić w Hufflepuffie.
Zmarszczyła brwi.
- Myślałam, że tam idą same miłe i uczynne osoby. - zażartowałam.
- Masz u mnie plusa, Rose. - powiedział Nate, kiedy już się uspokoił. - Ale nie do końca tak jest. Znaczy większość przypadków tak właśnie wygląda, ale trafiają tam też osoby, które mają po trochu z każdej z cech innych domów, ale ani jedna nie przeważa. Helga Hufflepuff powiedziała, że chce uczyć wszystkich i nie robi jej różnicy, kto jaki jest. Dlatego pod jej patronat są przydzielani ci, tak zwani, niezdecydowani.
- Ale ja byłam zdecydowana, że nie chcę tam iść, bo wolę konkrety. Więc poszłam do Gryffindoru. - wtrąciła się Remy. - Większość osób, gdy dowiaduje się, że Tiara może z nich zrobić Puchonów, nie lubią się do tego publicznie przyznawać. Nie rozumiem ich. Dom jak każdy. Poza tym skoro jest się jedną wielką mieszanką, to ich decyzja, gdzie chcą iść. Huff to tylko wskazówka dla wszechstronnych.
Przyjrzałam jej się uważniej. Ona była dumna z tego, że mogła być Puchonką. Zaskakiwała mnie.
- A ty, jak myślisz, gdzie pójdziesz? - zapytała.
- Pewnie do Ravenclawu. - odparłam błyskawicznie. - Już wcześniej o tym myślałam. Chyba tam trafię.
- Kujonek? - uniosła brwi.
- Zdolna osoba. - mruknęłam. Nienawidziłam, kiedy ktoś nazywał mnie kujonem.
- Daj spokój. Masz to wypisane na twarzy.

Popołudnie na Pokątnej minęło przyjemnie i stanowczo za szybko. Pożegnałam się z nowymi znajomymi i zadzwoniłam do taty, by dowiedzieć się, gdzie są. Czekali na mnie w Dziurawym Kotle. Poszłam tam, wymijając tłumy obcych ludzi i plącząc się im pod nogami.
Kiedy już się spotkaliśmy, moi rodzice zbadali wzrokiem brązowe, puszyste stworzenie z klatki. Dali mi na nie wcześniej pozwolenie, lecz było widać, iż jest to dla nich co najmniej nienormalne.
Zapakowaliśmy się wszyscy do samochodu Morrisa. Usiadłam z tyłu z mamą, a między nami ustawiłam klatkę z Nefele, która wyjęła głowę spod skrzydła i niespokojnie obserwowała moją rodzicielkę. Wsadziłam palce do jej małego domku i pogłaskałam ją po piórkach. Wyciszyła się.
Droga tutaj zajęła nam dobre pół godziny, więc tyle samo spodziewaliśmy się po drodze powrotnej. Z początku podróż była nudna i usypiająca. Nie miałam siły słuchać wymiany poglądów taty i Morrisa na temat polityki czarodziejów oraz polityki zwykłych ludzi. Kto miałby?
Nagle coś gwałtownie uderzyło o dach samochodu, robiąc w nim małe wgłębienie tuż nad moją głową. Podskoczyłam, wystraszona. Miny innych wyrażały to samo.
Znów coś uderzyło, tym razem nisko w bok. Tata wyjrzał przez okno.
- Przecież to... - zdziwił się. - To ptak.
Wystraszyłam się nie na żarty. Wielki, czarny kruk uderzył w tył całym ciałem, ale wyraźnie ustawiając dziób w poziomie do walki. Na szybie pokazała się pajęczyna pęknięć.
- Szybciej! - krzyknęłam do urzędnika.
Przyspieszył, ale to na niewiele się zdało. Auto było stare i niebezpiecznie było jeszcze bardziej się rozpędzać. Nefele rzucała się w klatce, a ja nawet nie próbowałam jej uspokoić. Ktoś musiałby najpierw uspokoić mnie.
Kruk zniknął na kilka minut. Siedzieliśmy spięci w oczekiwaniu na jego ponowny atak.
Łup! Kolejne wgniecenie w dachu. Tym razem dużo głębsze. Dach trząsł się. Było słychać pisk pazurów i uderzenia skrzydeł, przez okno ujrzałam dwa spadające, czarne pióra. Kruk nie mógł się uwolnić - ciężko było wybrać, czy to dobra, czy też zła karta. Mama z trudem przestawiła klatkę, przysunęła się do mnie i mocno przytuliła, zasłaniając jednocześnie przez zagrożeniem.
Morris skręcił bardzo ostro na najbliższym zakręcie, a ptak przesunął się z hałasem, uwolnił i spadł. Moich uszu dobiegło głośne krakanie. Obejrzałam się. 
Już nic nie leciało za nami.
Przecznicę dalej był nasz dom. Zaparkowaliśmy i wyskoczyliśmy z samochodu. Dopiero, kiedy zasapani znaleźliśmy się w salonie, tata wykrzyknął:
- Co za głupie zwierzę! Z jakiej racji się na nas rzuciło?
Ja i pan Anthony spojrzeliśmy na siebie. Zrozumiałam, że jest tego samego zdania, co ja.
To nie był zwykły kruk.