czwartek, 12 lipca 2012

Rozdział IV
Pierwszego września stałam przed barierką wyznaczającą czarodziejom drogę na peron numer dziewięć i trzy czwarte, rozglądając się wokół i szukając kogoś z klatką z sową lub kufrem - innymi słowy kogoś takiego, jak ja. Moi rodzice przyglądali mi się zmieszani, kilkakrotnie pytając mnie, czy wiem co mam zrobić, bo wyglądam na zdezorientowaną. Zapewniałam ich, że wszystko jest w porządku, ale nie przerywałam czynności.
Powód mojego zmartwienia był prosty. Ja, jako czarownica, mogłam bez strachu rozpędzić się i wjechać w barierkę, przenosząc się na magiczny peron. Ale co z moimi rodzicami? Próbowałam przypomnieć sobie, czy w Harrym Potterze rodzice Hermiony choć raz widzieli Ekspress Hogwart, lecz moje wysiłki spełzły na niczym. Nigdy nie zwracałam na to specjalnej uwagi i teraz bardzo żałowałam. Nie chciałam, żeby mama i tata pobiegli za mną i odbili się od słupa, ściągając na nas tym samym uwagę innych mugoli.
Wtedy dostrzegłam dwie dziewczyny pchające wózki z kuframi. Wyższa miała ciemnoblond włosy związane w ciasny kok i niebieskie wesołe oczy. Na jej kufrze siedział śpiący biały kot w czarne łaty. Jego ogon zwisał znad wózka i falował delikatnie przy podmuchach powietrza. Druga dziewczyna miała mocno kręcone, brązowe włosy, zagarnięte do tyłu okularami przeciwsłonecznymi niczym opaską, zielone oczy i niepewny uśmiech. Koleżanka opowiadała jej o czymś z ożywieniem, a ona cieszyła się pod maską poddenerwowania. Również miała kota, ale typowego dachowca w szare paski. Trzymała go idąca obok niej kobieta, zapewne jej rodzicielka. Zwierzę potrzebowało niańki, gdyż usiłowało się wyrwać, zaaferowane wszystkim, co się działo.
Za dziewczynami szli ich rodzice, z których tylko jedna matka wydawała się spokojna. Uspokajała swojego męża, prowadzącego ją pod rękę... Chociaż to ona bardziej prowadziła jego, bo widać było, że mężczyzna nie ma pojęcia, gdzie iść.
Kiedy nas mijali, zaczepiłam ową kobietę.
- Przepraszam. - ściągnęłam na siebie jej uwagę. - Próbuję się dostać na peron numer dziewięć i trzy czwarte, i...
- Ach! - przerwała mi, ucieszona. - Kolejna młoda czarownica. Jak miło. Co do peronu, to właśnie przed nim stoisz. - zaśmiała się.
- Tak, tylko... - zakłopotałam się. - Chodzi mi o to, że moi rodzice... Oni są mugolami... I chciałam się spytać, czy, no... Czy oni też mogą się dostać na ten peron?
- Oczywiście. - wymieniła z nimi uprzejmości. - Muszą tylko pobiec tam razem z tobą, bo sami tam nie wejdą.
- A jak wyjdą?
- Nie martw się, zaprowadzimy ich do wyjścia.
Podziękowałam uprzejmie i wróciłam do rodziców. Tata złapał za wózek po mojej lewej stronie, mama po prawej i zanim któreś z nich mogłoby się zawahać, narzuciłam szybkie tempo. W chwilę potem staliśmy na czarodziejskim peronie.
Pociąg już czekał na uczniów, bardziej lub mniej zawstydzonych podczas pożegnań z rodzinami. Między ludźmi były niewielkie przerwy, pozwalające przecisnąć się osobom, które jeszcze nie wniosły kufrów do wagonów. Zewsząd dobiegało miauczenie, pohukiwanie i skrzeczenie. Ogromny zegar wiszący nad wejściem obwieszczał pięć minut do odjazdu.
Odwróciłam się do mamy i taty. Już wcześniej rozmawialiśmy o tym, że najprawdopodobniej zobaczymy się dopiero na Gwiazdkę. Tłumaczyłam im sposób naszego przyszłego kontaktowania się - przywiązywanie do nóżki Nefele listu z moim nazwiskiem i wypuszczanie jej bez względu na porę dnia czy nocy (Sowa to nie pies, nie prowadzi się jej na smyczy, można puścić, a ona zawsze dotrze w odpowiednie miejsce). Doskonale wiedziałam, że są zmartwieni; ja również byłam. Nie było jednak mowy, bym miała się wycofać teraz, kiedy zaczynała się największa przygoda w moim życiu.
Pożegnałam się z nimi, gdy pociąg dawał do zrozumienia swój zamiar odjazdu. Tata pomógł mi wnieść kuferek i klatkę z sową do środka wagonu, ale sama dalej miałam je nieść. Kiedy ruszyliśmy, stałam przy oknie, machając zawzięcie, trzęsąc się w środku z ekscytacji.
Tracąc rodziców z oczu, zaczęłam manewrować wózkiem, żeby swobodnie przeprowadzić go przez wąski korytarz. Podążając nim, rozglądałam się za znajomymi twarzami w przedziałach. Widziałam Remy, ale nie było przy niej wolnego miejsca - musieli tam siedzieć wszyscy Gryfoni z trzeciego roku. Zresztą, nawet gdyby było miejsce, nie lubiłam pchać się w obce towarzystwo. Następną osobą, jaką spotkałam, był Nate, siedzący z trzema kuplami w swoim przedziale. Zobaczył mnie, uśmiechnął się i gestem zaprosił do środka, wywołując zaciekawienie swoich kolegów moją osobą. Starając się nie oblać rumieńcem (co nigdy mi się nie zdarzało, ale czułam zbliżającą się falę gorąca), odmówiłam, mówiąc, iż ktoś już na mnie czeka. Co oczywiście było kłamstwem, lecz ja i czwórka obcych chłopaków... Moja nieśmiałość ani razu nie dałaby mi dojść do głosu.
Ostatni przedział, który nie był zatłoczony, zajmowały trzy dziewczyny. Dwie z nich widziałam już wcześniej na peronie, a trzecia...
- Alesha! - zawołałam, otwierając drzwi przedziału.
Odwróciła się w moją stronę, zdziwiona. Alesha była wyższa ode mnie, miała jasnoblond włosy i szarozielone oczy. Smukła, pewna siebie, otwarta na innych. Jako że zazwyczaj zaskakiwała bladością - jak ja - opalała się na delikatną czerwień, a i to przychodziło jej z trudem. Ludzie często brali nas za siostry - nie wiedziałam czemu. Co prawda ja też byłam blondynką, ale bardzo ciemną, niemalże szatynką. Poza tym miałyśmy zupełnie inne rysy twarzy.
- Rose! - ucieszyła się na mój widok. - Nie spodziewałam się ciebie tutaj! Dlaczego nic mi  nie powiedziałaś?
- No... - zająkałam się. - Bo minister magii pozwolił mi powiedzieć tylko jednej osobie spoza rodziny... A ja wiedziałam, że jakbyś się dowiedziała, to powiedziałabyś Nancy, a jakbym powiedziała jej, to ona dałaby znać tobie. To nie mogło się tak roznieść...
- Niepotrzebnie się martwiłaś. - machnęła ręką. - Nancy wie, że ja jestem czarownicą, bo mój tata jest czarodziejem. A w mojej rodzinie wszyscy wszystko wiedzą... - urwała. - Tylko ja nie mogłam nikomu powiedzieć.
Naszej rozmowie przysłuchiwały się spod okna dziewczyny, uśmiechając się do mnie przyjaźnie. Alesha spojrzała na nie, potem na mnie i zaprosiła mnie na miejsce obok jednej z nich. Pomogła mi wtaszczyć na półkę bagaże, zachwycając się Nefele, a następnie zapoznała mnie ze swoimi koleżankami.
Blondynka nazywała się Phoebe Swan, była półkrwi uczennicą drugiego roku oraz ścigającą drużyny Gryfonów. Na wstępie naszej znajomości okazało się, że mamy wspólne zainteresowania, na co moja potworna nieśmiałość mruknęła niezadowolona i zwinęła się gdzieś w kącie. Natomiast brunetka, Rebecca Johnson, z dumą walczyła na pozycji szukającego tego samego domu, była mugolakiem oraz rówieśniczką Phoebe.
Przyjaciółka zręcznie przerwała ciszę interesującym tematem, czyli jak jest w Hogwarcie. Od niechcenia bawiła się różdżką, obracając ją w palcach. Potem wyraziła nadzieję, że będzie w Gryffindorze, a ja nie ukrywałam podejrzeń o swojej przyszłości Krukonki.
Minęły dwie godziny, a za oknem wciąż przesuwał się las. Nagle ktoś otworzył wejście do przedziału, wyrywając nas z rozmowy. Spojrzałyśmy tam. W drzwiach stał Nate oraz jeden z jego kolegów, mniej więcej jego wzrostu Krukon (o czym świadczył niebieski krawat) o jasnych włosach sięgających ramion i wesołych błękitnych oczach. Alesha niespokojnie powierciła się na swoim miejscu.
- Hej, dziewczyny. - Nate wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Przebierajcie się, już dojeżdżamy.
- Obchód robisz? - Rebecca uniosła brwi. - W ogóle, to gdzie czarownica z wózkiem?
- Nie ma jej. - za Nate'em pokazała się Remy. - Mówiłam, żeby ją zastąpił, ale się nie zgodził. - a zauważywszy mnie, rzuciła: - No, no, Rose. Żeby się nie przywitać?
Nie wydawała się jednak przejęta. Usiadła obok mnie, za nią jej kuzyn, a naprzeciwko Krukon. Alesha poprawiła się na swoim miejscu. Posłałam jej niedwuznaczne spojrzenie.
- Chłopaki, jak mamy się przebrać, to zasadniczo powinniście stąd wyjść. - odezwała się Phoebe.
- Zaraz pójdziemy. Chcieliśmy tylko pogadać. - Nate omiótł wzrokiem twarze zgromadzonych. - Znam wszystkich, oprócz ciebie. - zwrócił się do mojej przyjaciółki.
Nowoprzybyła trójka zapoznała się z Aleshą, a następnie Krukon ze mną. Nazywał się David Clifton, był na czwartym roku i okazał się zaskakująco uprzejmy. Phoebe i Rebecca już wcześniej ich znały, więc wiedziały, jak zagadnąć, by nie zapadło milczenie. Poszli po piętnastu minutach, a Remy na odchodne zwróciła się do zawodniczek:
- Hej, w tym roku kapitanem naszej drużyny quidditcha jest Alan Oldman. Da nam popalić, więc wygospodarujcie trochę wolnego czasu.
Obie głośno jęknęły, ale pokiwały głowami.

- Pirszoroczni! - tubalny głos rozniósł się nad głowami podekscytowanych uczniów. - Pirszoroczni do mnie!
Odwróciłam się w stronę źródła głosu, nie mogąc uwierzyć we własne podejrzenia. Miałam jednak rację. Kilkanaście metrów od stacji pociągu stał człowiek wysoki jak dwaj dorośli mężczyźni, z ciemnymi włosami i brodą, poprzetykanymi pasmami siwizny. Zmarszczki wokół oczu pogłębiały się jeszcze bardziej, gdy uśmiechnął się do zbierającego się  przy nim tłumu.
Hagrid.
Ja i Alesha spojrzałyśmy na siebie, nie ukrywając szoku. No, dobrze, Harry Potter nie kłamie, ale że Hagrid jeszcze trzyma się swojej pracy...?
Poprowadził nas w stronę jeziora, gdzie czekały już kilkuosobowe łódki, kołyszące się sennie na czarnej tafli. Nikt nie zadawał zbędnych pytań - uczniowie znali tradycję. My szłyśmy na samym końcu, więc jedyne wolne miejsca, które dla nas zostały, były wąskimi siedzeniami po obu bokach półolbrzyma. Niepewnie wcisnęłyśmy się do łódki, zastanawiając się, dlaczego nikt nie skorzystał z okazji na podróż z żywą legendą.
Hagrid był bardzo miły. Pytał o nasze imiona, czy nam się tu podoba i czy lubimy zwierzęta. Nie byłam pewna, jakie ma na myśli - normalne czy magiczne, do których z pewnością miał słabość - lecz i tak żarliwie pokiwałam głową. Okazało się, iż miłośnik wszelkich stworzeń nadal uczy opieki nad magicznymi stworzeniami. Nie mogłam się zdecydować, czy mam szansę polubić ów przedmiot.
Stanęliśmy na brzegu i już mieliśmy skierować się do zamku, kiedy coś owinęło mi się wokół prawej nogi.
Coś syczącego.
Wyjątkowo duży wąż wspinał się po mnie, tworząc serpentynę połyskującego od łusek cielska. Pisnęłam, wyjęłam różdżkę, ale sama nie wiedziałam, co z nią zrobić. W końcu rozpaczliwie, machając nią i tworząc w powietrzu nikomu nieznane kształty, wychrypiałam:
- Drętwota!
Błysnęło. Uścisk zelżał. Zwierzę, pozbawione nad sobą kontroli, zsunęło się, lądując na mojej stopie jako plątanina z ciała. Z trudem wyciągnęłam z niej swoją nogę i potarłam ją, czekając, aż wróciło mi w niej czucie. Wówczas podniosłam wzrok i ujrzałam swoich rówieśników i gajowego, patrzących się w oniemieniu.
- O co chodzi? - spytałam, drżącym głosem, nadal wytrącona z równowagi atakiem węża.
- Czy ty... - zaczął jakiś pucołowaty chłopak. - Czy ty uczyłaś się tego zaklęcia w pociągu?
- Nie...
- A w domu? - spytała Alesha. Pytania mnie zdziwiły, więc zmarszczyłam brwi. - Rose, jesteś mugolakiem! Nie możesz bawić się różdżką, nie mając za sobą ani jednej lekcji magii, i to w miejscu, gdzie nie ma żadnego czarodzieja! To  niebezpieczne!
- Ale ja nic nie robiłam! Nie bawiłam się różdżką!
- A-aale... - jąkał się Hagrid. - Przed chwilą rzuciłaś zaklęcie... Znaczy nie jakieś specjalnie dobre... Trochę by trzeba popracować... Ale jednak niezłe... Cholibka... Naprawdę nigdy wcześniej tego nie robiłaś?
- Nie. - powtórzyłam, odgarniając grzywkę z oczu. - Ja tylko... Krzyknęłam, co mi pierwsze przyszło na myśl, byle jak wymachując różdżką.
Wszyscy patrzyli się na mnie przez dłuższą chwilę, po czym gajowy odchrząknął i nakazał nam iść za nim do zamku. Uczniowie zastosowali się do polecenia, ale co jakiś czas odwracali głowy, by na mnie spojrzeć i szeptali między sobą, tworząc szmer głośniejszy niż wiatr tańczący w Zakazanym Lesie...

Prowadzeni przez profesor Russell przed stół nauczycieli, podziwialiśmy zaczarowany sufit, migoczący milionami złotych gwiazd na granatowym niebie, chociaż ciężko było je dostrzec poprzez blask latających świec. Po prawej stronie mównicy dyrektora stał niski stołek, a na nim postrzępiona, połatana Tiara Przydziału z klapniętym czubkiem. Pani profesor już wcześniej zapoznała nas z przebiegiem Ceremonii Przydziału, bo jakimś cudem nie wszyscy byli z nią obeznani. Odkąd świat obiegła historia Pottera, połowa osób mruczała pod nosem Tylko nie Slytherin albo Błagam Gryffindor tudzież inny dom. Wobec tego Tiara zdecydowała, iż nie będzie słuchała podobnych jęków. Wybór dawała jedynie w wyjątkowo trudnych przypadkach.
Dziura w Tiarze otworzyła się, a niepozorna część ubioru rozpoczęła pieśń powitalną, opowiadającą o czterech założycielach i ich światopoglądach. Genialna akustyka sali niosła muzykę po całym pomieszczeniu, wywołując u mnie gęsią skórkę.
Profesor Russell wyjęła spod Tiary zwój pergaminu, rozwinęła go i przesuwając po nim  spojrzenie swoich małych, szarych oczu z klapniętymi powiekami, odczytywała na głos nazwiska nowych uczniów. Osoby podchodzące do stołka najczęściej miały zaniepokojone miny i trzęsły się na nogach. Wyjątki przeważnie trafiały do Slytherinu, witającego głośnymi okrzykami pewnych siebie i dumnych nowych.
- Light, Rose! - zawołała nauczycielka.
Zerknęłam na Aleshę, a ta uśmiechnęła się i ruchem głowy popędzała do stawienia czoła jednej z najważniejszych w moim życiu chwil. Starając się nie chwiać ze stresu, ruszyłam w stronę stołka, a Russell trzymała już Tiarę w oczekiwaniu. Gdy usiadłam, opuściła ją na moją głowę. Tiara opadła mi prawie do oczu.
Przez sekundę nic się nie działo. Widziałam obserwujących mnie Nate'a, Phoebe, Rebeccę i Remy. Pragnęłam dołączyć do nich przy stole Gryfonów. Zaczęłam się denerwować, że Tiara się nie odezwie i zostanę wystawiona na pośmiewisko i utratę marzeń, lecz wtedy usłyszałam jej głos w swojej głowie.
Kolejny trudny przypadek...
Wyprostowałam się, a serce zaczęło mi bić jeszcze mocniej.
Slyherin należy odrzucić. Tam nie pasujesz. Hufflepuff? Jesteś lojalna i dobra... Ale to wciąż nie to... Ravenclaw? Hm...
Rzuciłam zaniepokojone spojrzenie na moich znajomych.
Mogłoby tak ewentualnie być. Ale najlepiej pasujesz do...
- GRYFFINDOR! - zagrzmiała.
Poczułam tak błogi spokój i radość, że o mało się nie rozpłynęłam. Wstałam, oddałam pani profesor Tiarę i jak na skrzydłach pofrunęłam do grupy wiwatujących na mój widok Gryfonów. Usiadłam między Phoebe a Remy, posyłając każdemu z mojej nowej paczki uśmiech, po czym ponownie skupiłam się na Ceremonii, by nie przegapić przydziału przyjaciółki. Kiedy przyszła jej kolej, wyglądała na równie przejętą jak inni, ale miała też coś takiego wypisanego na twarzy, jakby toczyła wewnętrzną walkę. Ona też musiała czekać na decyzję Tiary, a wynik miała taki sam jak ja. Ucieszona, usiadła obok mnie i uścisnęłyśmy się, czując magię tej niezwykłej chwili.
Po Ceremonii Przydziału rozpoczęły się ciche rozmowy, które stłumił odziany w purpurową szatę mężczyzna w średnim wieku, z kilkudniowym zarostem, siwiejącymi czarnymi włosami i małym nosem. Był wysoki i uśmiechnięty, sprawiał wrażenie sympatycznego.
- Droga młodzieży! - zawołał. - Pragnę przedstawić się pierwszorocznym. Nazywam się Joseph Wright i jestem dyrektorem Hogwartu. - po oklaskach ciągnął dalej. - Mam przyjemność poinformować pierwszorocznych bazujących na Harrym Potterze, iż odkąd Lord Voldemort poniósł ostateczną klęskę, stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią piastuje nadal ten sam nauczyciel, profesor Price. Jednak to jedna z nielicznych rzeczy, które uległy zmianom, ponieważ wstęp do Zakazanego Lasu jest nadal niebezpieczny i zabroniony. Muszę z przykrością przyznać, iż w tamtym roku pewien uczeń poszedł tam w ramach zakładu i przez ponad tydzień leżał nieprzytomny w skrzydle szpitalnym. - tu dyrektor zrobił przerwę i omiótł nas wzrokiem. - Nie ma żartów z zagrożenia, pamiętajcie o tym. No, to wszystko, co chciałem wam powiedzieć. Witam w szkole!
Ponownie zabrzmiały oklaski, lecz szybko naszą uwagę odwróciła uczta zapachów i smaków. Wszyscy rozmawiali i śmiali się, a ja oraz Alesha nie mogłyśmy nacieszyć się swoją przygodą. Remy pokazała mi na jednym ze swoich kolegów Zaklęcie Dezorientacji, polegające na zmienianiu się barw i kształtów wszelkich otaczających ofiarę przedmiotów. W ten sposób chłopak wylądował pośród tuzina kolorowych sów. Kilka razy przyłapywałam Nate'a na przyglądaniu mi się, ale nie uciekał wzrokiem. Uśmiechał się wesoło, a ja wiedziałam, że nie mogłam trafić do lepszego towarzystwa.
Po uczcie powitalnej, najedzeni i śpiący, wszyscy Gryfoni udali się za prefektem do wieży Gryffindoru. Hasło brzmiało Rycerskość. Gruba Dama zaprosiła nas do pokoju wspólnego, wyglądającego dokładnie tak, jak opisywała to Rowling: w kominku trzeszczał ogień, rzucający delikatne światło na znajdujące się blisko niego fotele i kanapę; przy oknie stał mały stolik, a na nim szachownica; portrety na ścianach prowadziły zawziętą dyskusję, który z nich wyszedł spod pędzla lepszego malarza. Rozglądałam się, zachwycona otoczeniem. 
Nikt nie miał w sobie tyle siły, by oprzeć się wizji czekających na końcu krętych schodów łóżek, więc rozeszliśmy się do swoich sypialni. Ja i Alesha dzieliłyśmy ją jeszcze z Caroline Grant, Anne Curtis oraz Amandą Hayes. Wszystkie miały brązowe oczy, ale każda inny kolor włosów - Caroline ciemny blond, Anne brąz, a Amanda kruczoczarne loki. Leżąc w łóżkach rozmawiałyśmy, dopóki nie zmorzył nas sen.

Obudziłam się, kiedy zaczynało świtać. Potarłam oczy, przewróciłam się na brzuch, próbując usnąć w innej pozycji, wsunęłam dłonie pod poduszkę.
Zamarłam. Trzęsąc się, wyjęłam spod niej czarne pióro i zieloną łuskę węża. Wyglądała, jakby należała do tego, z którym walczyłam wczoraj, połyskiwała w świetle nieśmiałych promieni słonecznych i rozjaśniała się na brzegach.
To niemożliwe...

8 komentarzy:

  1. Jak już mówiłam dłuuugaśny ;D
    Podobał mi się fragment z Aleshą i blondynem w przedziale pociągu. xD.
    Ale nie tylko to, bo całość jest niesamowita i świetnie się to czyta. Wciąga...
    A na końcu ten dreszczyk emocji...
    Wow :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No nie, wiedziałam, ze następnym razem nie będę pierwsza... :D
    Dojebałaś z tym Alanem Oldmanem, hahahahahaha. KAŻDY Pottermaniak na to zwróci uwagi, a tylko Pottermaniacy będą to czytać.
    Za krótkie. Zdecydowanie :D
    Czekam na 5.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, że dopiero teraz się skapnęłam? :D Ha ha

      Usuń
    2. fajneeeeeee Alan Oldman też się przed chwilą skapnęłam :P
      PPP

      Usuń
  3. haha i jest moja postać... chyba tak trzeba to nazwać... rozdział długi i świetny. :) wciąga :D i jakaś tajemnica z tym wężem... czekam z niecierpliwością na następny rozdział :D
    Johnny :**

    OdpowiedzUsuń
  4. świetnie się czyta... ja chce więcej!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. ZACZEPISTE!!! Ever czy ty nie jestes spokrewniona z J.K Rowling??☺
    Jest moja postać☺ nutka grozy z powodu tego ptaka i węża... zastanawiają mnie one...czy to nie przypadkiem.... a nie nie będę zdradzać... to się okaże:D

    OdpowiedzUsuń
  6. Hahahaha no wiesz Nani, mi też podoba się ten fragment... Dave :D
    Ever to jest naprawdę świetne! Masakra... Nie mogę się oderwać :D
    Alesha

    OdpowiedzUsuń