środa, 4 lipca 2012

Rozdział III
Tydzień później cała nasza rodzina stała wraz z Anthonym Morrisem, pracownikiem Urzędu Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli, przed Dziurawym Kotłem - którego moi rodzice nie byliby w stanie dostrzec, gdyby nie rzucone na nich wcześniej pomimo gorących protestów zaklęcie. Budynek był mały, obskurny i, co za tym idzie, niezachęcający. Pan Morris wszedł do środka pierwszy, a my za nim.
W środku było duszno i gwarnie. Większość stolików zajmowali palący papierosy czarodzieje w średnim wieku oraz towarzyszące im czarownice, wolno sączące alkohol z kieliszków. Gdzieniegdzie na ścianach łuszczyła się czerwona farba. Chociaż okna były odsłonięte, w rogach pubu paliły się wysokie świece.
Morris powitał barmana uniesieniem dłoni, powstrzymując go tym samym przed podejściem i rozpoczęciem rozmowy. Poprowadził nas do tylnych drzwi, które tak jak się spodziewałam, prowadziły na małe, zachwaszczone podwórko. Urzędnik wyjął różdżkę, stuknął nią w ceglany mur i puścił nas przodem przez ukazujące się przejście.
Ulica Pokątna wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałam. Po obu stronach drogi, wzdłuż chodników ciągnęły się sklepy z ogromnymi szyldami - Madame Malkin, Esy i Floresy, a nawet...
- Nie mogę w to uwierzyć! - pisnęłam, ściągając na siebie uwagę przechodniów. - To naprawdę Magiczne Dowcipy Weasley'ów?!
Pan Morris spojrzał w tamtą stronę i uśmiechnął się.
- W rzeczy samej. - przytaknął. - Przecież książka Harry Potter nie kłamie. - zaśmiał się.
- I tam pracuje George Weasley? - pytałam z niedowierzaniem. 
- Tak. - pokiwał głową. - Ech, współczuję panu Weasley. Po tym, jak Rowling opublikowała w mugolskim wydawnictwie historię Pottera, wszyscy, którzy w niej wystąpili mają męczące życie. Widzisz, Rose, do tego sklepu ciągnie cała masa mugolaków, i nie tylko mugolaków, tak nawiasem mówiąc, którzy z zapartym tchem wypytują pana George'a o bitwę o Hogwart. Lecz dla niego to okrutny powrót do przeszłości, wspomnienie śmierci brata bliźniaka i wielu innych bliskich. Rose, nie pytaj go o nic. Możesz tam wejść, porozmawiać z nim, choćby o towarze, jeśli chcesz. Tylko nie wchodź na niewygodny temat.
Najpierw byłam zawiedziona. Przepuszczenie okazji na rozmowę z żywą legendą wydawało mi się straszne. Z drugiej strony uświadomiłam sobie, co George Weasley musiał przeżyć, czuć, myśleć. Zapewne nawet nie umiałabym tego pojąć, gdyby próbował mi wyjaśnić, a skoro tak, to niech nie wyjaśnia. Niech nie wraca do przeszłości - nie przeze mnie.
- Skąd Rowling o tym wszystkim wiedziała? Też jest czarownicą?
Morris ponownie pokiwał głową.
- Ukrywa to, mugole nic nie wiedzą. Niektórzy tylko żartują, że ona nią jest, ale nic więcej. Jej dziecko z pierwszego małżeństwa nie jest czarodziejem. Postanowiła spisać całą historię i dać ludziom zakosztować trochę magii, bo nie wiedziała, jakim cudem ludzie funkcjonują bez niej. A informacje miała najlepsze, jest daleką rodziną samej Hermiony Weasley, z domu Granger.
Wybałuszyłam na niego oczy.
- Słucham?!
- Tak, tak. - zaśmiał się urzędnik. - Zaskakujące, prawda? Co prawda pani Hermiona jest mugolakiem, ale jej prapraprababcia była czarownicą i wzięła ślub z mugolem. Jej pierwsza córka była magiczna i to od niej pochodzi Rowling, ale druga, praprababcia pani Weasley, nie. 
Wkraczając w ten nieznany świat, oczekiwałam tajemnic i zagadek. Pragnęłam ich. Tylko że nie spodziewałam się, iż wszystko co z żalem do tej pory uznawałam za fikcję, okazywało się prawdą, a to już zaczynało mnie przerastać.
- Mogłabym zajrzeć do sklepy Weasley'ów? - skierowałam pytanie do rodziców, ale to Morris mi odpowiedział:
- Najpierw wypadałoby iść do Gringotta, nie sądzisz?
- Ale ja nie mam skrytki...
- Oczywiście, że nie. Wymienimy mugolskie pieniądze na te czarodziejów i założymy ci ją. Dopiero po tym będziesz mogła robić zakupy. W drogę. - skinął głową w kierunku Banku, którego majestatyczna, biała sylwetka malowała się daleko przed nami na tle błękitnego nieba.

Podczas gdy moi rodzice siedzieli z urzędnikiem w małej kawiarni na rogu Pokątnej, pilnując mojego kuferka pełnego książek, nowych, nietypowych przyborów szkolnych i szat, ja spokojnie spacerowałam po uliczce, rozglądając się za co ciekawszymi sklepami. Zatrzymałam się na chwilę przed sklepem sportowym, podziwiając najnowszy cud, Błyskawicę 700 (kolejne udoskonalenie starego modelu). Wiedziałam, że według nowych zasad pierwszorocznym pozwala się na posiadanie miotły, a nawet na należenie do drużyny quidditcha, ale zdawałam sobie sprawę również z tego, że to najprawdopodobniej nie dla mnie. W szkole na WF-ie byłam kiepska. Podejrzewałam, iż dałabym sobie radę na miotle, ale rywalizując o tak wysoką stawkę jak Puchar - nie, nie ma mowy.
Moim następnym przystankiem był sklep Weasley'ów. Z bijącym sercem zbliżyłam się do drewnianych drzwi, pomalowanych zieloną farbą i powoli je otworzyłam, kątem oka zerkając na barwną wystawę, pełną najróżniejszych, ale kuszących dziwactw.
Dzwonek nad drzwiami obwieścił nowego klienta, jednak tylko ja go usłyszałam, bo w środku był wielki hałas. Tworzyły go zarówno zabawne wynalazki, jak i kupujący. W tłoku starałam się odnaleźć George'a, jednak moje wysiłki spełzły na niczym. Nigdzie nie było widać żadnej rudej czupryny. Zrezygnowana, lecz mimo wszystko nadal przejęta, zaczęłam przesuwać się wzdłuż półek, oglądając szalone przedmioty i czytając ich opisy - od obrzydliwych, przez niejasne, aż po zachwycające geniuszem braci. Znalazłam słynną Bombonierkę Lesera i wzięłam pudełko do rąk, oglądając znajdujące się na nim obrazki.
- Z biegiem lat nie tracą popularności. - usłyszałam obok siebie męski głos. - Chociaż jest to pewnie zasługa Rowling.
Spojrzałam w stronę źródła dźwięku i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Stałam twarzą w twarz z właścicielem sklepu, czarodziejem tak słynnym, że pewnie nawet tego nie pojmował, a na pewno o tym wiedział.
Lata go zmieniły. Miał teraz niewiele ponad trzydziestkę, ale oczy mówiły, że wieku jego ciała i duszy nie należy porównywać. Delikatny zarost dodawał jego twarzy uroku, a cienie pod oczami dowodziły niedobór snu.
- Zakładam, że ma pan rację. - przyznałam, starając się, by głos mi się nie zatrząsł.
- Oczywiście. - kąciki jego ust się uniosły. - Co do moich produktów, jestem nieomylny.
- Zauważyłam, że ma pan tu nawet pelerynki niewidki.
- Tak. - przyznał. - Ale to nie są takie zwykłe pelerynki niewidki. Są nimi tylko dla właścicieli i dla osób, które owi właściciele dopuszczą do ich tajemnicy. Dla wszystkich innych wyglądają jak zwykłe, czarne, szkolne peleryny. 
- Hm... - mruknęłam. - Chyba kupię jedną.
- Jak już się namyślisz, to znajdziesz mnie przy kasie. - Kiwnął głową w tamtą stronę. - A jak nie mnie, to jakiegoś pracownika.
- Dobrze. - zaśmiałam się nerwowo.
- Bywaj.
George Weasley poszedł porozmawiać z innymi klientami, a ja podekscytowana skierowałam się do półki z pelerynkami. Stanęłam przed nią, znalazłam ciekawiący mnie towar wzrokiem i jeszcze raz przeczytałam opis:


By sekrety poznać innych,
By ich śledzić w miejscach dziwnych
Starczy wrzucić to na siebie,
W tym bezpiecznie jest jak w niebie.

Pod spodem widniała cena - 11 galeonów i dziesięć syków po przecenie. Jęknęłam.
- Tak, ceny są miażdżące.
Znów ktoś mnie zaskoczył, tym razem od tyłu. Stała tam dziewczyna niewiele wyższa ode mnie, o jasnozielonych oczach, idealnie prostych brązowych włosach sięgających połowy pleców i delikatnym uśmiechu. Jej brwi tworzyły zgrabne łuki. Rysy twarzy miała ostre, ale ładne. Długie, opalone na złoto nogi podkreślała krótkimi spodenkami.
- Nawet po przecenie. - pokiwałam głową.
- Przecena jest tylko po to, żeby zachęcić uczniów z mugolskich rodzin. Osoby czystej krwi, jak ja, albo półkrwi przeważnie znają się na rzeczy i kupują prawdziwe pelerynki niewidki. Z tego, co widzę, jesteś mugolakiem, więc ci coś doradzę. Nie kupuj tego, szkoda kasy. Zamów sobie porządną pelerynę. Więcej kosztuje, ale nie traci swoich właściwości tak szybko. Nawet, jeśli nie są one takie ekstrawaganckie, jak tych nowych.
Zacisnęłam nieco usta.
- Moje pochodzenie aż tak rzuca się w oczy? - spytałam.
- Och, tak. - uśmiechnęła się lekko złośliwie. - Oczy ci się świecą, jakby były końcem różdżki podczas zaklęcia Lumos. Widać, że jesteś tu pierwszy raz.

Remy Nina Morgan - bo tak nazywała się ta dziewczyna - na ogół była miła, ale miała też przebłyski złośliwości i cynizmu, co mnie trochę irytowało. Lubiłam zaskakiwać ją swoją wiedzą o świecie magii, ale nie lubiłam jej późniejszej miny, mówiącej No tak, zjadła wszystkie rozumy, bo przeczytała Pottera. Gdyby nie to, że nie wywyższała się swoją czystą krwią i nie mówiła nic o mojej, bezczelnie zapytałabym ją, czy jest Ślizgoną. Choć subtelna kąśliwość nie jest przecież powodem, by od razu tam trafić.
Taka była na początku. Zmieniła się, gdy zaczęłyśmy mówić o quidditchu. Okazało się, że jest ścigającą Gryffindoru. Ucieszyło ją, gdy powiedziałam, że znam się na zasadach tej gry. Wprowadziła mnie w tajemnice reprezentacji poszczególnych krajów i chociaż zachwycała się Irlandią, gorąco kibicowała Anglii i wierzyła w jej przyszły sukces. A może raczej się o niego modliła.
Poszłyśmy razem do sklepu z różdżkami u Boonera. Wystawa była skromna, z kilkoma jedynie wytworami. Wzrok przykuwała połyskująca na złoto tabliczka nad wejściem - Ollivander do 1997 r.
- To tu... - szepnęłam.
- Tak. Właśnie tu.
Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Było tu niepokojąco cicho i tajemniczo. W promieniach Słońca wpadających przez okno tańczył kurz. Ściany całkowicie zasłaniały poukładane jedno na drugim wąskie pudełka z różdżkami. Nie trzeba było dzwonka, by w tej grobowej atmosferze wiedzieć, kiedy ktoś wchodzi. Sam odgłos zamykanych drzwi o tym informował.
- Witam. - do lady podszedł wysoki mężczyzna w średnim wieku i z miłym uśmiechem. Ani trochę tu nie pasował. - W czym mogę pomóc? Nowa różdżka czy naprawa?
- Nowa. - powiedziałam, ale po chwili powtórzyłam głośniej, bo mój głos dopasował się do otoczenia.
- Podejdź tu.
Posłusznie wykonałam polecenie. Pan Booner zmierzył różne odcinki mojego ciała, jak długość ręki i wzrost. Remy stała nadal przy drzwiach, przyglądając mi się, bo niezaprzeczalnie nie było tu niczego ciekawego, by móc się tym zająć.
Wytwórca bez zapowiedzi oddalił się i zniknął wśród regałów, przynosząc po paru minutach sześć brązowych pudełek. Otworzył pierwsze, wyjął z niej różdżkę, przetarł ją białą ściereczką wyjętą z kieszeni i podał mi, mówiąc:
- Jedenaście i trzy czwarte cala, klon, rdzeń z włókna smoczego serca, lekko sprężysta.
Machnęłam nią. Natychmiast mi ją zabrał i podał kolejną. Znów nie to. I znowu. Wkrótce wszystkie przyniesione różdżki okazały się złe. Remy przestępowała z nogi na nogę, zaczynając się męczyć. Pan Booner przyglądał mi się przez chwilę, jeszcze raz dokonał pomiarów, a potem zapatrzył się w przestrzeń. Odszedł ponownie do półek i słyszałam, jak szybko w nich grzebie. Wrócił brudny i zakurzony, z dziwnym błyskiem w oku. Z przyniesionego szarego pudełka wyjął wyjątkowo ładną różdżkę, wytarł ją dokładnie i mi ją podał.
- Dwanaście i pół cala, modrzew, pióro feniksa, lekko sprężysta i jak widać, pięknie zdobiona.
Wzięłam ją delikatnie do ręki i poczułam, jakby przepłynął przeze mnie prąd. Przyjrzałam się jej uważniej. Była prosta, z oplatającym ją na dole kształtem przypominającym winorośl.
- Idealna. - zachwycił się. 
Wziął ją ode mnie i zapakował. Zapłaciłam mu wyznaczoną cenę, pożegnałam się i zabierałam się z Remy do wyjścia, kiedy usłyszałam, ja mówi cicho sam do siebie:
- I tak oto ostatnia różdżka Ollivandera, która tak długo nie mogła znaleźć odpowiedniego czarodzieja, została sprzedana.

Poszłyśmy do lodziarni. Niosłam pakunek z różdżką i klatkę z moją nową sową, czyli puszczykiem, którą nazwałam Nefele, od imienia greckiej bogini chmur. Remy aprobowała mój wybór, chociaż sama podsuwała mi najpierw imię Nike.
Usiadłyśmy razem przy jedynym wolnym stoliku, jedząc słodycze i rozmawiając. Ja pytałam ją, jak to jest od dziecka wiedzieć o magii, a ona mnie, jak to jest nie wiedzieć. Żadna z nas nie mogła się nadziwić opowieści tej drugiej. Kiedy mama do mnie zadzwoniła (nie wiedziałam, jakim cudem był tam zasięg), wyjaśniłam pod czujnym spojrzeniem towarzyszki, gdzie jestem. Potem oczywiście musiałam pokazać koleżance komórkę i jak się nią obsługiwać. Szybko się do niej uprzedziła.
Jedząc drugą gałkę lodów, rozglądałyśmy się obie dookoła. Ja z zaciekawieniem, ona ze znużeniem. 
Dwa stoliki dalej siedział jakiś chłopak. Wyglądał, jakby był niewiele starszy ode mnie. Miał zmierzwione, ciemnobrązowe włosy i delikatne rysy. Popijał napój z plastikowego kubka i przyglądał mi się, co jakiś czas rzucając okiem na Remy. 
Wstał i ruszył w naszym kierunku. Odwróciłam wzrok, udając, że nic mnie nie obchodzi to, co robi, mimo że serce waliło mi jak oszalałe.
- Hej. - przywitał się. - Mogę usiąść?
Już chciałam odpowiedzieć, ale koleżanka mnie uprzedziła.
- Tak, pewnie. - a kiedy zajął miejsce, dodała niedbale, wskazując na mnie ruchem głowy: - To jest Rose Light. Idzie na pierwszy rok.
- Miło poznać. - uśmiechnął się ciepło i podał mi rękę. Uścisnęłam ją, nie mogąc oderwać wzroku od jego chabrowych oczu. - Ja jestem Nate River. To będzie mój drugi rok.
- W jakim jesteś domu? - spytałam z braku pomysłu.
- W Gryffindorze. Tam kwitnie męstwa cnota, więc to dla mnie idealne. - zaśmiał się.
- Skoro męstwo to jedyne, co możesz z siebie wykrzesać... - rzuciła Remy.
- Nie czepiaj się, kuzynko, sama tam jesteś.
- Kuzynko? - wymknęło mi się.
- Tak. - pokiwał głową. - Nasze mamy są siostrami. Ona jest podobna do swojej, ale ja jestem podobny do ojca. Stąd ta różnica w wyglądzie.
- Wracając do tematu - przerwała dziewczyna. - ja bym mogła być w każdym z domów. Tak, nie wypieram się nawet Slytherinu, chociaż nie wytrzymałabym ze Ślizgonami. Może dlatego Tiara chciała mnie umieścić w Hufflepuffie.
Zmarszczyła brwi.
- Myślałam, że tam idą same miłe i uczynne osoby. - zażartowałam.
- Masz u mnie plusa, Rose. - powiedział Nate, kiedy już się uspokoił. - Ale nie do końca tak jest. Znaczy większość przypadków tak właśnie wygląda, ale trafiają tam też osoby, które mają po trochu z każdej z cech innych domów, ale ani jedna nie przeważa. Helga Hufflepuff powiedziała, że chce uczyć wszystkich i nie robi jej różnicy, kto jaki jest. Dlatego pod jej patronat są przydzielani ci, tak zwani, niezdecydowani.
- Ale ja byłam zdecydowana, że nie chcę tam iść, bo wolę konkrety. Więc poszłam do Gryffindoru. - wtrąciła się Remy. - Większość osób, gdy dowiaduje się, że Tiara może z nich zrobić Puchonów, nie lubią się do tego publicznie przyznawać. Nie rozumiem ich. Dom jak każdy. Poza tym skoro jest się jedną wielką mieszanką, to ich decyzja, gdzie chcą iść. Huff to tylko wskazówka dla wszechstronnych.
Przyjrzałam jej się uważniej. Ona była dumna z tego, że mogła być Puchonką. Zaskakiwała mnie.
- A ty, jak myślisz, gdzie pójdziesz? - zapytała.
- Pewnie do Ravenclawu. - odparłam błyskawicznie. - Już wcześniej o tym myślałam. Chyba tam trafię.
- Kujonek? - uniosła brwi.
- Zdolna osoba. - mruknęłam. Nienawidziłam, kiedy ktoś nazywał mnie kujonem.
- Daj spokój. Masz to wypisane na twarzy.

Popołudnie na Pokątnej minęło przyjemnie i stanowczo za szybko. Pożegnałam się z nowymi znajomymi i zadzwoniłam do taty, by dowiedzieć się, gdzie są. Czekali na mnie w Dziurawym Kotle. Poszłam tam, wymijając tłumy obcych ludzi i plącząc się im pod nogami.
Kiedy już się spotkaliśmy, moi rodzice zbadali wzrokiem brązowe, puszyste stworzenie z klatki. Dali mi na nie wcześniej pozwolenie, lecz było widać, iż jest to dla nich co najmniej nienormalne.
Zapakowaliśmy się wszyscy do samochodu Morrisa. Usiadłam z tyłu z mamą, a między nami ustawiłam klatkę z Nefele, która wyjęła głowę spod skrzydła i niespokojnie obserwowała moją rodzicielkę. Wsadziłam palce do jej małego domku i pogłaskałam ją po piórkach. Wyciszyła się.
Droga tutaj zajęła nam dobre pół godziny, więc tyle samo spodziewaliśmy się po drodze powrotnej. Z początku podróż była nudna i usypiająca. Nie miałam siły słuchać wymiany poglądów taty i Morrisa na temat polityki czarodziejów oraz polityki zwykłych ludzi. Kto miałby?
Nagle coś gwałtownie uderzyło o dach samochodu, robiąc w nim małe wgłębienie tuż nad moją głową. Podskoczyłam, wystraszona. Miny innych wyrażały to samo.
Znów coś uderzyło, tym razem nisko w bok. Tata wyjrzał przez okno.
- Przecież to... - zdziwił się. - To ptak.
Wystraszyłam się nie na żarty. Wielki, czarny kruk uderzył w tył całym ciałem, ale wyraźnie ustawiając dziób w poziomie do walki. Na szybie pokazała się pajęczyna pęknięć.
- Szybciej! - krzyknęłam do urzędnika.
Przyspieszył, ale to na niewiele się zdało. Auto było stare i niebezpiecznie było jeszcze bardziej się rozpędzać. Nefele rzucała się w klatce, a ja nawet nie próbowałam jej uspokoić. Ktoś musiałby najpierw uspokoić mnie.
Kruk zniknął na kilka minut. Siedzieliśmy spięci w oczekiwaniu na jego ponowny atak.
Łup! Kolejne wgniecenie w dachu. Tym razem dużo głębsze. Dach trząsł się. Było słychać pisk pazurów i uderzenia skrzydeł, przez okno ujrzałam dwa spadające, czarne pióra. Kruk nie mógł się uwolnić - ciężko było wybrać, czy to dobra, czy też zła karta. Mama z trudem przestawiła klatkę, przysunęła się do mnie i mocno przytuliła, zasłaniając jednocześnie przez zagrożeniem.
Morris skręcił bardzo ostro na najbliższym zakręcie, a ptak przesunął się z hałasem, uwolnił i spadł. Moich uszu dobiegło głośne krakanie. Obejrzałam się. 
Już nic nie leciało za nami.
Przecznicę dalej był nasz dom. Zaparkowaliśmy i wyskoczyliśmy z samochodu. Dopiero, kiedy zasapani znaleźliśmy się w salonie, tata wykrzyknął:
- Co za głupie zwierzę! Z jakiej racji się na nas rzuciło?
Ja i pan Anthony spojrzeliśmy na siebie. Zrozumiałam, że jest tego samego zdania, co ja.
To nie był zwykły kruk.

13 komentarzy:

  1. Jestem pierwsza? Jestem pierwsza!
    No więc. Jak to miło spotkać swoją postać już w 3 rozdziale. Baaaardzo ładnie opisałaś Remy. Jestem dumna z Remy, że ona jest duma z tego, że mogła być Puchonką. I Jezu, Remy jest kuzynką Nate'a! To cudownie! Cynizm i złośliwość Remy - pierwsza klasa :D
    No, ale może powinnam przestać wychwalać pannę Morgan, bo to nie o niej jest opowiadanie.
    Bardzo mi sie podoba ten rozdział. Nie mam pojęcia o co chodzi z tym Krukiem. Powiało grozą (i może trochę Domem Nocy, czytałaś to? wydaje mi sie, że tak. tam też były kruki, ale to pewnie nie ma związku - Harry Potter i jakieś dziwne mistyczne stworzonka z książki o wampirach? noł łej!).
    Znów czekam na 4 rozdział. Nie będę Cię poganiać - tym razem. Bo już zaspokoiłam swoją wielką potrzebę poznania Nate'a, który jest kuzynem mojej ukochanej Remy!
    Wybrałaś nazwisko River. To dobrze brzmi.
    Jednym słowem: genialne ;*

    PS: Tak czysto prywatnie: "Poszłyśmy do lodziarni" - skojarzyło mi się z moją uuuuukooochaną wycieczką! Lody, lodziarnie itp. -.-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba :)
      Tak, czytałam Dom Nocy i wrzucając tego posta pomyślałam o tym, że niestety może to być czyjeś skojarzenie.
      Nie, nie i jeszcze raz nie. To nie ma najmniejszego związku. Nie będzie tu żadnych krukoształtnych potworów. Nie mam zamiaru nawiązywać do Domu Nocy. Nie przepadam za nim.
      A co do nazwiska River, to nie zapominaj, że w tym też Twoja zasługa :) To Ty zaproponowałaś, żebym nie odrzucała nazwiska "Rivera" (które jest chyba hiszpańskie, może włoskie), tylko zmieniła je na "River" ;)

      Usuń
    2. Wiesz, bo jak przeczytałam w tedy Twojego sms'a to pomyślałam, że zrobiłaś literówkę i dodałaś tam "a" przez przypadek. I potem zastanowiłam się czemu River jest dla Ciebie mało angielskie - i dopiero w tedy się zorientowałam. Moon zalatywało kiczem tak trochę, a River brzmi o wiele lepiej.

      Usuń
    3. PS: Wiem, że ta lodziarnia nie ma związku z moją wycieczką, ale te skojarzenia będę miała przez następne kilka lat.
      Widzisz? Założyłam konto i nie mogę przestać komentować.
      Miałam coś na pisać jeszcze. Prawdopodobnie o Remy. A już wiem. Rose jest na pierwszym roku, Nate na drugim, a Remy na trzecim, tak? To znaczy chodzi mi tylko o Remy, ale wiesz... Muszę przestać o nią wypytywać.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Super!! Super!! i jeszcze raz Super!! :D z niecierpliwością czekam na następny rozdział :)
    Johnny :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurczę... A ja pierwsza nie jestem! ;(
    Widzę, że Johnny nam się tu bardzo udziela ;D
    Rozdział super, jestem pod wrażeniem, że aż tyyyle z niego rozumiem (myślałam, że każde zdanie trzeba będzie czytać po kilka razy, żeby się w tym połapać). Hm, co tu jeszcze dodać... Czekam na ciąg dalszy...
    Ps. Dam się pokroić za ciemną karnację, LP i Shinodę, więc jeszcze zobaczymy co Nancy wymyśli. :D.
    Rozkminiłam tych obserwatorów! :) Jak zaznaczysz publicznie to będziesz wyświetlona w blogu (avek i nazwa, jak mnie tam u góry <-,-> widać), a jak prywatne to tylko w Twoim panelu, nigdzie Cię nie ma. Lecz polecam to publiczne ;).
    Hahaha! Ja pierwsza w "subskrypcjach"! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. 30 czerwca dodałaś 2 rozdział. 4 lipca dodałaś 3 rozdział. Jest 7 lipca, czyli mam nadzieję, że 4 ujrzy na światło dzienne już jutro. Wspominałam, że jestem niecierpliwa? I tak masz szczęście, że zaczytałam się w tamtym przepięknym Dramione (za chwilę rozpocznę 5 rozdział), bo gdybym tego nie znalazła to bym co minutę wysyłała Ci sms'a, którego treść brzmiałaby mniej więcej: "Pisz 4 rozdział albo będziesz miała wjazd na chatę." :D

    OdpowiedzUsuń
  6. No wiecie, wchodzę tu, zastanawiając się, czy ktoś za mną tęskni i widzę, że wszyscy ;D
    Ada, co do 4 rozdziału, to jest "w drodze". Teraz mam masę roboty, bo postanowiłam napisać list to J.K. Rowling... Taaak, pierwszy list w moim życiu i to po angielsku, ha ha.
    Johnny, sorki, że Cię nie powiadomiłam, że już zaczęłam pisać, ale chciałam dać Ci znać, kiedy już Twoja postać by tu była (czyli w rozdziale 4). Dziękuję za komentarz ;*
    Nancy, dzięki za instrukcje ;) I jestem z Ciebie dumna, że aż tyle rozumiesz, ha ha :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobra, czekam, czekam. A jutro składam reklamacje Twojego bloga, wybacz, ale zieje tu pustkami :P
    Jezu, to sobie wymyśliłaś, list do Rowling. Wysłać Ci pocztą książkę ze wzorami listów angielskim? Na wszystkie okazje. "Listy na wszystkie okazje" LOL.
    Jestem idiotką. Ale za to jaką mądrą! :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Ha ha ha ha ha ha, muszę to sobie gdzieś zapisać. "Jestem idiotką. Ale za to jaką mądrą!".

    OdpowiedzUsuń
  9. Spoko. od Sandry się dowiedziałam. trochę poszperałam i znalazłam :) taaaak udzielam się.... :D haha to super że już w 4 rozdziale będzie moja postać. nie mogę się doczekać kiedy przeczytam :)
    Johnny :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Zapowiada się ciekawie ;) Uderzasz w typ literatury, który ja lubie.
    Zapraszam na mojego bloga. Dopiero się rozkręca, jestem tu nowa i podziękowałabym za polecenie znajomym ;)
    http://zizunaczek.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń