Rozdział VIII
Noc była pochmurna, a co za tym idzie bezgwiezdna. Jedyne światło na błoniach pochodziło z okien zamku i latarń. Gwałtowny wiatr szarpał drzewami - wszystkimi, prócz Bijącej Wierzby, która miała dość siły, by bez specjalnych starań być cały czas w jednej pozycji. Obserwowałam ją z okna pokoju wspólnego Gryffindoru, zastanawiając się, czy to możliwe, by nawet najcieńsza jej gałązka nie drżała. Byłoby to niepokojące. Albo raczej upiorne.
Zaczynałam już przysypiać z głową opartą na dłoniach, gdy ktoś położył mi rękę na ramieniu. Otrząsnęłam się, otarłam oczy i spojrzałam na Nate'a, który był całkowicie przytomny i - jak widziałam w jego oczach - pełen energii i ochoty do przygody. Przez ramię miał przewieszoną torbę, tak wypchaną, że nawet nie zapiętą. Spod jej "klapy" widać było dwie dość grube książki, różdżkę, butelkę i dwie fiolki z połyskującym srebrnym płynem. A to na pewno nie było wszystko.
Rozwinął pelerynę niewidkę, trzymaną wcześniej pod pachą i z lekkim uśmiechem zwrócił się do mnie:
- Gotowa?
Kiwnęłam głową, rzucając kątem oka ostatnie spojrzenie na złowieszczą Bijącą Wierzbę, mając nadzieję, że nie spotkam tej nocy niczego tak niebezpiecznego jak ona.
- To takie bez sensu. - mruknął Nate, pochylając się, aby razem ze mną zmieścić się pod pelerynką - Dlaczego przejście do Komnaty Tajemnic jest w damskiej toalecie? Przecież Slytherin był mężczyzną.
Stłumiłam śmiech, bo faktycznie było to dość dziwne i nasuwało różne skojarzenia...
- Może wtedy to była męska? - odszepnęłam.
Weszliśmy do środka, przeciskając się przez wąską szparę między drzwiami a framugą - tylko na taką mogliśmy sobie pozwolić, bo pamiętałam, że te drzwi bardzo skrzypiały.
W łazience było ciemno, słychać było krople wody cieknące z kranu i rozpryskujące się na umywalce. Powoli przeszliśmy się po pomieszczeniu, żeby sprawdzić, czy kogoś w nim przypadkiem nie ma. Teren był czysty, więc zdjęliśmy pelerynkę i stanęliśmy przed miejscem, gdzie ukryte było przejście. Pogładziłam dłonią wyrzeźbionego węża i czując na sobie spojrzenie Nate'a, powiedziałam głośno i wyraźnie:
- Otwórz się.
Umywalki rozsunęły się, a wydany przez to dźwięk poniósł się echem w dół okrągłej dziury, którą odsłoniły. Staliśmy na jej krawędzi przez dobrą minutę, zastanawiając się, czy aby na pewno jest to dobry pomysł. Potem Nate chwycił moją dłoń. Policzył do trzech i razem skoczyliśmy w czarną otchłań...
Jak się okazało, wpadliśmy do stromego tunelu o śliskich, okrągłych ścianach - można by to nazwać zjeżdżalnią, gdyby nie to, że owo słowo dobrze się kojarzy. A miejsce, w którym się znaleźliśmy z pewnością nie było niczym dobrym. Prędkość ściskała nam płuca, uniemożliwiając krzyczenie.
Kiedy znaleźliśmy się już na samym dole, chrupnęły pod nami stare, łamane i gołe kości - większość wyglądała na zwierzęce, ale część... część miała niepokojąco duże rozmiary... Kilka czaszek porozrzucanych dookoła nie pozostawiało jednak żadnych wątpliwości.
Starając się nie patrzeć pod nogi, ale przed siebie, wyciągnęłam z kieszeni różdżkę i ponownie podając roztrzęsioną dłoń Nate'owi, ruszyłam przed siebie. Wszelkie próby zachowania ciszy spełzły na niczym - kości stukały o siebie, przesypywały się, łamały...
To nie kości. wmawiałam sobie, przyglądając się oddalonemu, oświetlonemu wejściu do Komnaty...
Nagle się potknęłam. Nate nie zdążył mnie złapać i leżałam twarzą w twarz z ludzką czaszką, wpatrującą się we mnie pustymi oczodołami. Jednocześnie czułam pieczenie policzka i syknęłam z bólu oraz przerażenia.
Nate chwycił mnie w talii jedną ręką, a drugą pod ramię i pomógł mi wstać. Kiedy zobaczył mnie w nikłym świetle, ze zmartwieniem zmarszczył brwi i uniósł różdżkę.
- Nie bój się, to nie będzie polało. - szepnął, uniósł moją twarz i przyłożył do niej koniec różdżki, mówiąc: - Episkey.
Rzeczywiście, nawet nie poczułam, jak rozcięcie na skórze zarosło się i zniknęło, ale po ciepłym uśmiechu zadowolonego Nate'a zrozumiałam, że wszystko jest w porządku.
Ja jednak nie czułam się ani trochę w porządku. Staliśmy w niemal zupełnych ciemnościach i chociaż nie widziałam jego twarzy, wiedziałam, że jego chabrowe, głębokie oczy są wpatrzone we mnie, a rozczochrane ciemnobrązowe włosy opadają zawadiacko na czoło.
W sumie to całkiem normalne, że wiem, że tak jest. Przecież on tak właśnie wygląda, więc nie muszę go widzieć, żeby o tym wiedzieć. Nikt kto go zna nie musi.
Odsunęłam się, uśmiechnęłam do ciemności i podziękowałam, ponownie chwytając jego dłoń i idąc przed siebie.
Naszym oczom ukazała się ogromna komnata, w której woda sięgała do kostek, a sufit podpierały wysokie kolumny z wyrzeźbionymi wężami. Na przeciwnej do drzwi ścianie była ukazana ogromna twarz mężczyzny, być może Slytherina. Całość kąpała się w zielonkawym świetle niewiadomego pochodzenia.
Nie chcieliśmy się rozdzielać, ale nie było innego wyjścia. Puściliśmy swoje ręce; ja ruszyłam w stronę tajemniczej twarzy, a on udał się do kolumn. Plusk wody odbijał się od ścian. Wszystko w tej komnacie było idealne dla groźnego drapieżnika - strome wejście, aby ofiara nie miała jak wrócić, porozrzucane kości i ciemność, aby straciła zdolność chłodnego myślenia i jeszcze woda, spowalniająca jej ruchy, obciążająca ubranie i chlupocząca przy każdym ruchu. Gdyby był tu bazyliszek, nasz los byłby już przesądzony.
Gdyby tu był.
Gdyby.
A czego my tu innego szukamy jak nie śladów życia węża?
Otrząsnęłam się i szybko rozejrzałam po Komnacie, sprawdzając, czy Nate'owi nic się nie stało. Na szczęście bezpiecznie (w każdym razie taką miałam nadzieję) kręcił się przy kolumnach, wodząc palcami po rzeźbach i co chwila szukając czegoś w jednej ze swoich grubych ksiąg. Powróciłam do swojego zajęcia.
Twarz na ścianie była wielka i groźna. Miała w sobie coś majestatycznego, potężnego, jakby była obliczem króla, a ja nędznym podwładnym. Wydawała się zniszczona jak po kwaśnych deszczach, ale była też bardzo twarda. Nie kryła tajemniczych schowków, oprócz wiadomej dawnej kryjówki bazyliszka.
Dawnej.
Cofnęłam się, unosząc różdżkę.
- Otwórz się.
Kryjówka się otwarła. Słyszałam biegnącego w moją stronę Nate'a, krzyczącego coś do mnie. Krzyki jego były rozpaczliwe, ale rozumiałam ich. Rozumiałam tylko to, co widziałam. A widziałam przed sobą mały pokój oświetlony pochodniami, ze ścianami oblepionymi pergaminem pokrytym tajemniczymi znakami. Weszłam do środka, przypatrując się tym zapiskom, a wtedy Nate wrzasnął najgłośniej jak tylko potrafił, wciąż do mnie biegnąc:
- ROSE! ZA TOBĄ!
Odwróciłam się i wówczas ujrzałam przypatrującego mi się zielonego węża. Przypatrywał mi się, a ja jemu, więc nie mógł to być bazyliszek...
Nagle wąż wyprężył się i z całą mocą rzucił się ku mnie, chcąc ukąsić mnie w szyję. Próbowałam uciec w bok, zasłaniając się rękami. Wąż nie był jednak wybredny - skoro nie dałam mu szyi, ugryzł mnie w rękę. Krzyknęłam z bólu, upadłam, ale zaraz się podniosłam i znalazłszy się obok Nate'a, popchnęłam go, żeby uciekał. On jednak już motał zaklęciami w węża, zaciskając mocno zęby. Ja również wyjęłam różdżkę i rzuciłam pierwsze zaklęcie, które przyszło mi na myśl.
- Drętwota!
Trafiłam, ale rzucenie zaklęcia osłabiło moje siły i jeszcze bardziej rozbolała mnie ręka. Zajęło to moją uwagę jedynie przez chwilę, bo to, co zrobił wąż, kazało mi o wszystkim zapomnieć.
Pod wpływem Drętwoty gad wydał z siebie ostry syk i zaczął się wić, rozbryzgując wodę. Zaczął rosnąć i zlewać się w jedną masę, a w następnej chwili masa ta przybrała ludzki kształt. Zakapturzony człowiek, z budowy ciała wywnioskować można było, że mężczyzna, podniósł się z klęczek, wyjął różdżkę i rzucił w nas zaklęciem niewerbalnym.
- Protego! - krzyknęłam, osłaniając siebie i towarzysza, jednak zaklęcie przeciwnika było tak mocne, że odbiło się od tarczy, niszcząc ją.
Schroniliśmy się za kolumnami, broniąc się zawzięcie. Jedno z zaklęć Nate'a ugodziło w klatkę piersiową mężczyzny i odrzuciło go do tyłu. Szybko się podniósł i zaczął uciekać. Pognaliśmy za nim, ale kiedy wybiegliśmy z komnaty, nie mogliśmy go dostrzec. Zaklęcie Lumos rozświetlało ciemności, jednak mężczyzny nie było śladu.
- Musimy tam wrócić. - szepnęłam.
- Wiem, ale najpierw chcę sprawdzić, czy mamy czystą drogę.
- Nie do łazienki, Nate. Nie o to mi chodziło. Musimy wrócić do tej rzeźby twarzy.
Odwrócił się do mnie gwałtownie, robiąc wielkie oczy.
- Zwariowałaś?!
- Nie, nie, posłuchaj mnie! - odparłam, niezrażona jego złością. - Wiem, że byłam lekkomyślna, ale w tym pokoju... tam są jakieś notatki na ścianach. Gdybyśmy je zdarli i sprawdzili potem, co znaczą...
- Nie ma mowy.
- No, proszę cię! Nasza wyprawa miałaby zostać bezowocna? - skrzywiłam się.
- Owoce są, ale nie takie jak trzeba. - wskazał ruchem głowy moją rękę. - Muszę ci to jak najszybciej przemyć wywarem z łez feniksa.
- Zaraz! - niemal krzyknęłam i pobiegłam po zapiski. Moja słaba kondycja dała się we znaki, ale nie mogłam niepokoić Nate'a słabymi siłami, więc zmusiłam się i pospieszyłam z powrotem.
Nate czekał, trzymając miotłę w jednej ręce, a różdżkę w drugiej.
- Skąd wziąłeś miotłę? - zdziwiłam się, opanowana sennością. Czułam ciepłą krew rozlewającą się po rękawie.
- Zmniejszyłem ją czarami i wsadziłem do torby. - odparł przyglądając się z niepokojem mojej ręce. - Wskakuj - nakazał i pomógł mi wsiąść, po czym usiadł przede mną i kazał się objąć. W ostatniej chwili poprawiłam wystające mi z kieszeni notatki, a potem odbiliśmy się od chrupiących kości i polecieliśmy w górę tunelem.
- Szczypie? - szepnął, przecierając moje gołe ramię ręcznikiem, aby wytrzeć resztki wywaru z łez feniksa.
- Tylko trochę. - mruknęłam, osłabiona.
Znajdowaliśmy się w damskiej łazience. Nadal była noc, ale Nate postanowił zaryzykować i zapalić dwie pochodnie, zamiast zdawać się na światło księżyca. Leżałam na podłodze z peleryną zwiniętą pod głową, a rękaw mojej koszuli był rozdarty, pokrwawiony i podwinięty, by Nate mógł mnie wyleczyć. Robił to bardzo delikatnie, choć leki to równoważyły. Maść, którą zaczął mnie smarować, śmierdziała dymem i mocno piekła.
- Tak w ogóle, to dlaczego wywar z łez feniksa? Dlaczego nie same łzy?
- Bo kiedy rozrobi się łzy na wywar, dodając różne składniki, to powstaje więcej potrzebnego płynu. Niestety jest też słabszy, ale łzy feniksa są drogie, a kilka nie starcza na głębsze rany. - wyjaśnił, skupiony. Rozwinął mi rękaw, zasłaniając pielęgnowane miejsce.
- Skąd go w takim razie wziąłeś? - mruknęłam jeszcze słabiej niż wcześniej.
- Poprosiłem Davida, żeby go uwarzył, jest bardzo dobry z eliksirów.
Uśmiechnęłam się mimo woli, przymykając powieki ze zmęczenia.
- Stary, dobry David. Jaki on miły... Podziękuj mu ode mnie.
Zapadło milczenie. Nate przestał wygładzać mi rękaw i zamarł z dłonią na moich palcach.
- O co ci chodzi z tym Davidem? Zawsze się uśmiechasz, gdy o nim coś słyszysz.
- Ależ o nic. - uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, ale zaraz posmutniałam. - Przepraszam się, Nate.
- Za co?
- Za kłopot. Nieostrożność. Niepotrzebne zmartwienia...
- No coś ty! - prawie krzyknął. - To była przygoda! Dziękuję ci za nią. A jednocześnie przepraszam, że cię na nią namawiałem...
- Nie dałabym spokoju, sama bym tam poszła. A wtedy - mówiłam coraz ciszej - nie wiadomo jakbym skończyła. Chociaż łatwo się domyślić. Dziękuję za pomoc.
Złapałam jego dłoń.
- Jesteś naprawdę...
Urwałam. Nate się rozmazywał. W następnej chwili klęczało przede mną trzech brunetów i obracałam głowę od jednego do drugiego, nie wiedząc, do którego mam mówić. Zamknęłam oczy, jęknęłam.
- Rose? Rose!
Nie odpowiedziałam.
________________________________________________________________________
Piszę tu tak rzadko, że powinnam nazwać tego bloga kwartalnikiem. Przepraszam za to.
Zbliżają się moje egzaminy, a ja leżę i kwiczę z historii i przyrodniczych. Zdecydowanie nie mam siły zrobić tak jak przed próbnymi - uczyć się dzień przed egzaminem. Histroria z dwóch i pół roku, lektury z polskiego? Okej. Angielski? Nie ma problemu. Przyrodnicze, czyli cztery przedmioty z trzech lat? Ooo, nieee. Nie znowu. Trzeba wziąć się za siebie.
Moją kolejną zmorą również związaną z edukacją jest wybór liceum. Z tego co mi wiadomo moje województwo jest jedynym w Polsce, z którego uczniowie muszą tak wcześnie, czyli do końca kwietnia, ustalić "hierarchię wartości" szkół. A ja zmieniam zdanie jak rękawiczki i nie mam pojęcia gdzie iść!
Wszystko to ma wpływ na to, że znowu mnie tu trochę pewnie nie będzie, usprawiedliwiam się z góry ;)
Co do Świata Magii, o który pytałam wcześniej, to Marchewa ma rację, nic godnego polecenia. W ogóle nie rozumiem jaki cel wyznacza ta gra.
Mmmm... To chyba wszystko. I jak, cieszycie się, że mnie widzicie? :D
- To takie bez sensu. - mruknął Nate, pochylając się, aby razem ze mną zmieścić się pod pelerynką - Dlaczego przejście do Komnaty Tajemnic jest w damskiej toalecie? Przecież Slytherin był mężczyzną.
Stłumiłam śmiech, bo faktycznie było to dość dziwne i nasuwało różne skojarzenia...
- Może wtedy to była męska? - odszepnęłam.
Weszliśmy do środka, przeciskając się przez wąską szparę między drzwiami a framugą - tylko na taką mogliśmy sobie pozwolić, bo pamiętałam, że te drzwi bardzo skrzypiały.
W łazience było ciemno, słychać było krople wody cieknące z kranu i rozpryskujące się na umywalce. Powoli przeszliśmy się po pomieszczeniu, żeby sprawdzić, czy kogoś w nim przypadkiem nie ma. Teren był czysty, więc zdjęliśmy pelerynkę i stanęliśmy przed miejscem, gdzie ukryte było przejście. Pogładziłam dłonią wyrzeźbionego węża i czując na sobie spojrzenie Nate'a, powiedziałam głośno i wyraźnie:
- Otwórz się.
Umywalki rozsunęły się, a wydany przez to dźwięk poniósł się echem w dół okrągłej dziury, którą odsłoniły. Staliśmy na jej krawędzi przez dobrą minutę, zastanawiając się, czy aby na pewno jest to dobry pomysł. Potem Nate chwycił moją dłoń. Policzył do trzech i razem skoczyliśmy w czarną otchłań...
Jak się okazało, wpadliśmy do stromego tunelu o śliskich, okrągłych ścianach - można by to nazwać zjeżdżalnią, gdyby nie to, że owo słowo dobrze się kojarzy. A miejsce, w którym się znaleźliśmy z pewnością nie było niczym dobrym. Prędkość ściskała nam płuca, uniemożliwiając krzyczenie.
Kiedy znaleźliśmy się już na samym dole, chrupnęły pod nami stare, łamane i gołe kości - większość wyglądała na zwierzęce, ale część... część miała niepokojąco duże rozmiary... Kilka czaszek porozrzucanych dookoła nie pozostawiało jednak żadnych wątpliwości.
Starając się nie patrzeć pod nogi, ale przed siebie, wyciągnęłam z kieszeni różdżkę i ponownie podając roztrzęsioną dłoń Nate'owi, ruszyłam przed siebie. Wszelkie próby zachowania ciszy spełzły na niczym - kości stukały o siebie, przesypywały się, łamały...
To nie kości. wmawiałam sobie, przyglądając się oddalonemu, oświetlonemu wejściu do Komnaty...
Nagle się potknęłam. Nate nie zdążył mnie złapać i leżałam twarzą w twarz z ludzką czaszką, wpatrującą się we mnie pustymi oczodołami. Jednocześnie czułam pieczenie policzka i syknęłam z bólu oraz przerażenia.
Nate chwycił mnie w talii jedną ręką, a drugą pod ramię i pomógł mi wstać. Kiedy zobaczył mnie w nikłym świetle, ze zmartwieniem zmarszczył brwi i uniósł różdżkę.
- Nie bój się, to nie będzie polało. - szepnął, uniósł moją twarz i przyłożył do niej koniec różdżki, mówiąc: - Episkey.
Rzeczywiście, nawet nie poczułam, jak rozcięcie na skórze zarosło się i zniknęło, ale po ciepłym uśmiechu zadowolonego Nate'a zrozumiałam, że wszystko jest w porządku.
Ja jednak nie czułam się ani trochę w porządku. Staliśmy w niemal zupełnych ciemnościach i chociaż nie widziałam jego twarzy, wiedziałam, że jego chabrowe, głębokie oczy są wpatrzone we mnie, a rozczochrane ciemnobrązowe włosy opadają zawadiacko na czoło.
W sumie to całkiem normalne, że wiem, że tak jest. Przecież on tak właśnie wygląda, więc nie muszę go widzieć, żeby o tym wiedzieć. Nikt kto go zna nie musi.
Odsunęłam się, uśmiechnęłam do ciemności i podziękowałam, ponownie chwytając jego dłoń i idąc przed siebie.
Naszym oczom ukazała się ogromna komnata, w której woda sięgała do kostek, a sufit podpierały wysokie kolumny z wyrzeźbionymi wężami. Na przeciwnej do drzwi ścianie była ukazana ogromna twarz mężczyzny, być może Slytherina. Całość kąpała się w zielonkawym świetle niewiadomego pochodzenia.
Nie chcieliśmy się rozdzielać, ale nie było innego wyjścia. Puściliśmy swoje ręce; ja ruszyłam w stronę tajemniczej twarzy, a on udał się do kolumn. Plusk wody odbijał się od ścian. Wszystko w tej komnacie było idealne dla groźnego drapieżnika - strome wejście, aby ofiara nie miała jak wrócić, porozrzucane kości i ciemność, aby straciła zdolność chłodnego myślenia i jeszcze woda, spowalniająca jej ruchy, obciążająca ubranie i chlupocząca przy każdym ruchu. Gdyby był tu bazyliszek, nasz los byłby już przesądzony.
Gdyby tu był.
Gdyby.
A czego my tu innego szukamy jak nie śladów życia węża?
Otrząsnęłam się i szybko rozejrzałam po Komnacie, sprawdzając, czy Nate'owi nic się nie stało. Na szczęście bezpiecznie (w każdym razie taką miałam nadzieję) kręcił się przy kolumnach, wodząc palcami po rzeźbach i co chwila szukając czegoś w jednej ze swoich grubych ksiąg. Powróciłam do swojego zajęcia.
Twarz na ścianie była wielka i groźna. Miała w sobie coś majestatycznego, potężnego, jakby była obliczem króla, a ja nędznym podwładnym. Wydawała się zniszczona jak po kwaśnych deszczach, ale była też bardzo twarda. Nie kryła tajemniczych schowków, oprócz wiadomej dawnej kryjówki bazyliszka.
Dawnej.
Cofnęłam się, unosząc różdżkę.
- Otwórz się.
Kryjówka się otwarła. Słyszałam biegnącego w moją stronę Nate'a, krzyczącego coś do mnie. Krzyki jego były rozpaczliwe, ale rozumiałam ich. Rozumiałam tylko to, co widziałam. A widziałam przed sobą mały pokój oświetlony pochodniami, ze ścianami oblepionymi pergaminem pokrytym tajemniczymi znakami. Weszłam do środka, przypatrując się tym zapiskom, a wtedy Nate wrzasnął najgłośniej jak tylko potrafił, wciąż do mnie biegnąc:
- ROSE! ZA TOBĄ!
Odwróciłam się i wówczas ujrzałam przypatrującego mi się zielonego węża. Przypatrywał mi się, a ja jemu, więc nie mógł to być bazyliszek...
Nagle wąż wyprężył się i z całą mocą rzucił się ku mnie, chcąc ukąsić mnie w szyję. Próbowałam uciec w bok, zasłaniając się rękami. Wąż nie był jednak wybredny - skoro nie dałam mu szyi, ugryzł mnie w rękę. Krzyknęłam z bólu, upadłam, ale zaraz się podniosłam i znalazłszy się obok Nate'a, popchnęłam go, żeby uciekał. On jednak już motał zaklęciami w węża, zaciskając mocno zęby. Ja również wyjęłam różdżkę i rzuciłam pierwsze zaklęcie, które przyszło mi na myśl.
- Drętwota!
Trafiłam, ale rzucenie zaklęcia osłabiło moje siły i jeszcze bardziej rozbolała mnie ręka. Zajęło to moją uwagę jedynie przez chwilę, bo to, co zrobił wąż, kazało mi o wszystkim zapomnieć.
Pod wpływem Drętwoty gad wydał z siebie ostry syk i zaczął się wić, rozbryzgując wodę. Zaczął rosnąć i zlewać się w jedną masę, a w następnej chwili masa ta przybrała ludzki kształt. Zakapturzony człowiek, z budowy ciała wywnioskować można było, że mężczyzna, podniósł się z klęczek, wyjął różdżkę i rzucił w nas zaklęciem niewerbalnym.
- Protego! - krzyknęłam, osłaniając siebie i towarzysza, jednak zaklęcie przeciwnika było tak mocne, że odbiło się od tarczy, niszcząc ją.
Schroniliśmy się za kolumnami, broniąc się zawzięcie. Jedno z zaklęć Nate'a ugodziło w klatkę piersiową mężczyzny i odrzuciło go do tyłu. Szybko się podniósł i zaczął uciekać. Pognaliśmy za nim, ale kiedy wybiegliśmy z komnaty, nie mogliśmy go dostrzec. Zaklęcie Lumos rozświetlało ciemności, jednak mężczyzny nie było śladu.
- Musimy tam wrócić. - szepnęłam.
- Wiem, ale najpierw chcę sprawdzić, czy mamy czystą drogę.
- Nie do łazienki, Nate. Nie o to mi chodziło. Musimy wrócić do tej rzeźby twarzy.
Odwrócił się do mnie gwałtownie, robiąc wielkie oczy.
- Zwariowałaś?!
- Nie, nie, posłuchaj mnie! - odparłam, niezrażona jego złością. - Wiem, że byłam lekkomyślna, ale w tym pokoju... tam są jakieś notatki na ścianach. Gdybyśmy je zdarli i sprawdzili potem, co znaczą...
- Nie ma mowy.
- No, proszę cię! Nasza wyprawa miałaby zostać bezowocna? - skrzywiłam się.
- Owoce są, ale nie takie jak trzeba. - wskazał ruchem głowy moją rękę. - Muszę ci to jak najszybciej przemyć wywarem z łez feniksa.
- Zaraz! - niemal krzyknęłam i pobiegłam po zapiski. Moja słaba kondycja dała się we znaki, ale nie mogłam niepokoić Nate'a słabymi siłami, więc zmusiłam się i pospieszyłam z powrotem.
Nate czekał, trzymając miotłę w jednej ręce, a różdżkę w drugiej.
- Skąd wziąłeś miotłę? - zdziwiłam się, opanowana sennością. Czułam ciepłą krew rozlewającą się po rękawie.
- Zmniejszyłem ją czarami i wsadziłem do torby. - odparł przyglądając się z niepokojem mojej ręce. - Wskakuj - nakazał i pomógł mi wsiąść, po czym usiadł przede mną i kazał się objąć. W ostatniej chwili poprawiłam wystające mi z kieszeni notatki, a potem odbiliśmy się od chrupiących kości i polecieliśmy w górę tunelem.
- Szczypie? - szepnął, przecierając moje gołe ramię ręcznikiem, aby wytrzeć resztki wywaru z łez feniksa.
- Tylko trochę. - mruknęłam, osłabiona.
Znajdowaliśmy się w damskiej łazience. Nadal była noc, ale Nate postanowił zaryzykować i zapalić dwie pochodnie, zamiast zdawać się na światło księżyca. Leżałam na podłodze z peleryną zwiniętą pod głową, a rękaw mojej koszuli był rozdarty, pokrwawiony i podwinięty, by Nate mógł mnie wyleczyć. Robił to bardzo delikatnie, choć leki to równoważyły. Maść, którą zaczął mnie smarować, śmierdziała dymem i mocno piekła.
- Tak w ogóle, to dlaczego wywar z łez feniksa? Dlaczego nie same łzy?
- Bo kiedy rozrobi się łzy na wywar, dodając różne składniki, to powstaje więcej potrzebnego płynu. Niestety jest też słabszy, ale łzy feniksa są drogie, a kilka nie starcza na głębsze rany. - wyjaśnił, skupiony. Rozwinął mi rękaw, zasłaniając pielęgnowane miejsce.
- Skąd go w takim razie wziąłeś? - mruknęłam jeszcze słabiej niż wcześniej.
- Poprosiłem Davida, żeby go uwarzył, jest bardzo dobry z eliksirów.
Uśmiechnęłam się mimo woli, przymykając powieki ze zmęczenia.
- Stary, dobry David. Jaki on miły... Podziękuj mu ode mnie.
Zapadło milczenie. Nate przestał wygładzać mi rękaw i zamarł z dłonią na moich palcach.
- O co ci chodzi z tym Davidem? Zawsze się uśmiechasz, gdy o nim coś słyszysz.
- Ależ o nic. - uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, ale zaraz posmutniałam. - Przepraszam się, Nate.
- Za co?
- Za kłopot. Nieostrożność. Niepotrzebne zmartwienia...
- No coś ty! - prawie krzyknął. - To była przygoda! Dziękuję ci za nią. A jednocześnie przepraszam, że cię na nią namawiałem...
- Nie dałabym spokoju, sama bym tam poszła. A wtedy - mówiłam coraz ciszej - nie wiadomo jakbym skończyła. Chociaż łatwo się domyślić. Dziękuję za pomoc.
Złapałam jego dłoń.
- Jesteś naprawdę...
Urwałam. Nate się rozmazywał. W następnej chwili klęczało przede mną trzech brunetów i obracałam głowę od jednego do drugiego, nie wiedząc, do którego mam mówić. Zamknęłam oczy, jęknęłam.
- Rose? Rose!
Nie odpowiedziałam.
________________________________________________________________________
Piszę tu tak rzadko, że powinnam nazwać tego bloga kwartalnikiem. Przepraszam za to.
Zbliżają się moje egzaminy, a ja leżę i kwiczę z historii i przyrodniczych. Zdecydowanie nie mam siły zrobić tak jak przed próbnymi - uczyć się dzień przed egzaminem. Histroria z dwóch i pół roku, lektury z polskiego? Okej. Angielski? Nie ma problemu. Przyrodnicze, czyli cztery przedmioty z trzech lat? Ooo, nieee. Nie znowu. Trzeba wziąć się za siebie.
Moją kolejną zmorą również związaną z edukacją jest wybór liceum. Z tego co mi wiadomo moje województwo jest jedynym w Polsce, z którego uczniowie muszą tak wcześnie, czyli do końca kwietnia, ustalić "hierarchię wartości" szkół. A ja zmieniam zdanie jak rękawiczki i nie mam pojęcia gdzie iść!
Wszystko to ma wpływ na to, że znowu mnie tu trochę pewnie nie będzie, usprawiedliwiam się z góry ;)
Co do Świata Magii, o który pytałam wcześniej, to Marchewa ma rację, nic godnego polecenia. W ogóle nie rozumiem jaki cel wyznacza ta gra.
Mmmm... To chyba wszystko. I jak, cieszycie się, że mnie widzicie? :D
haha gdy zobaczyłam, że dodałaś rozdział to się zakrztusiłam z niedowierzania :D
OdpowiedzUsuńchoć cię nie widzę to i tak się cieszę, że dodałaś ;P
rozdział genialny! Matko jak ty super piszesz! Na serio! Zadziwiasz mnie coraz bardziej! (choć żeby nie było nigdy nie wątpiłam w to, że dobrze piszesz) Kocham to twoje opowiadanie równie mocno co wszystkie części Harry'ego Potter'a :)
Ach powodzenia na tych egzaminach ;*
I mam nadzieję, że jak tylko znajdziesz czas to coś dodasz tutaj ;*
aż sie marchewką zakrztusiłam, a oczy z orbit mi wyszły gdy zobaczyłam że jest nowy rozdział... :D
OdpowiedzUsuńMmmm... Cud, miód i malina :*
Warto było tyyyyyle czekać... mam nadzieje że kolejny ukaże się szybciej :D
dasz rade z wyborem szkoły... mamy ten sam dramat... mimo że mnie to czeka za rok to i tak nwm nawet kim chce być w życiu ani co robić...
zero planów
dasz sobie rade z egzaminami... wierze w ciebie
trzymam kciuki...
a po egzaminach jedziemy na Eurowoche :D
Czekałam na twój powrót z wielkim utęsknieniem, ciekawa jak potoczą się losy Rose i przeuroczego Nate. Jakiż on jest słodki z tą swoją zazdrością o Davida <3 Szczerze powiedziawszy naprawdę cieszę się, że dodajesz rozdziały, mimo że tak rzadko. Przynajmniej możemy się cieszyć twoim genialnym stylem pisarskim. Jest taki lekki, wciągający, przyjemny, sympatyczny... jestem po prostu uwiedziona twoim opowiadaniem.
OdpowiedzUsuńA co do drugiej częsci twojej notki to... współczuję takich dramatów. Sama przeżywałam pseudowybór szkoły, rok temu i było trudno, ale...w końcu podjęłam dobrą decyzję. Wierzę, że i w twoim przypadku tak będzie.
Życzę ci dobrych wyników na egzaminie i mnóstwa weny!
Pozdrawiam
Sherry
http://fantasies-sherry.blogspot.com/
Świetnie piszesz, czekam na kolejne rozdziały . Wakacje są w pełni więc mam.nadzieję że to będzie wkrótce. i jeszcze tajemnica z krukiem *.* (dobrze że nie z krumem ;) )
OdpowiedzUsuń